SEKS BIZNES ZA WIĘZIENNYM MUREM

0
507

Przed wrocławskim sądem rozpoczął się w środę, 15 marca  proces byłych strażników więziennych oskarżonych m.in. o przyjmowanie łapówek w zamian za umożliwianie więźniom kontaktów seksualnych z osadzonymi kobietami. Łącznie na ławie oskarżonych w tej sprawie zasiadło siedem osób – czterech byłych strażników z Zakładu Karnego nr 1 we Wrocławiu oraz trzech więźniów. Nasz reporter odwiedził Zakład Karny nr 1 we Wrocławiu i przyjrzał się tej sprawie.

Interes za więziennymi murami szedł dobrze. Był seks, prochy, alkohol i łapówki. Można było bez problemu kupić praktycznie wszystko. Można było odnieść wrażenie, że w zakładzie karnym przy Kleczkowskiej we Wrocławiu nie ma choć jednego uczciwego strażnika.

Zamieszanych w sprawę jest 4 strażników zakładu karnego we Wrocławiu przy ul. Kleczkowskiej, oraz trzech więźniów. Akta trafiły już do Sądu Rejonowego Fabryczna we Wrocławiu. Rozprawę przewidziano na 15 marca. Akt oskarżenia wymienia 28 zarzutów, w tym: płatny seks ze skazaną, ciężkie pobicie, znęcanie się nad więźniami, paserstwo i nielegalny handel kartami telefonicznymi na terenie więzienia, alkoholem, środkami odurzającymi, sprzętem DVD, a nawet kinem domowym. Jest też i łapówka w wysokości 15 tysięcy złotych za pozytywną opinię dla więźnia starającego się o przedterminowe zwolnienie. Oskarżają więźniowie. Byli już strażnicy więzienni nie przyznają się do winy. Za przekraczanie uprawnień grożą im 3 lata pozbawienia wolności. Za znęcanie się nad więźniami i pobicia – 5 lat. Za branie łapówek – do 8 lat.

Seks biznes w celi

– Sprawa seksualnych kontaktów w zakładzie karnym przy Kleczkowskiej została rzetelnie zbadana, przesłuchano wiele osób – przypomina prokurator Robert Tomankiewicz, naczelnik dolnośląskiego wydziału Prokuratury Krajowej w Warszawie – Przedstawiliśmy zarzuty jednemu ze strażników, który za 50 i 100 złotych umożliwił więźniowi seks z więźniarkami z kobiecego oddziału. Były też inne przypadki takiego postępowania z więźniarkami przy Kleczkowskiej, o których dowiedzieliśmy się od więźniów. Ale byłyby trudne do udowodnienia przed sądem.

Szczegółowy i obszerny akt oskarżenia wspomina lakonicznie o „handlu więźniarkami”, jednak w uzasadnieniu nie rozwijają dalej tematu. Wiadomo, że strażnik więzienny, zastępca dowódcy zmiany, 36-letni Artur K. w latach 2007-2008, umożliwiał w celi na oddziale 1 A stosunki więźnia z więźniarkami, osadzonymi na kobiecym oddziale.

– W zakładzie karnym oddziału kobiecego pilnują strażniczki, a nie mężczyźni – mówią w biurze prasowym zakładu karnego przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. A jednak żadna ze strażniczek więziennych nie figuruje w akcie oskarżenia. Czyżby kobieca służba więzienna nie wiedziała o tego rodzaju przypadkach?

– To jest niemożliwe – usłyszałem od jednego ze strażników więziennych.

Z aktu oskarżenia nie wynika również czy więźniarki, które uczestniczyły w tym procederze, robiły to z własnej woli. I ile ich było? Czy brały za to pieniądze? I Czy zostały do tego procederu zmuszane? I przez kogo? Przez Artura K.? A może taką odpłatność za ten proceder brały również strażniczki więzienne? Z akt sprawy wynika, że dwa razy z takich kontaktów seksualnych skorzystał za pieniądze więzień – Przemysław E.

Na Artura K., zwolnionego za kaucją, natknąłem się w czytelni Sądu Rejonowego Fabryczna we Wrocławiu. W obecności pracowniczki czytelni sądowej przeglądał akta swojej sprawy, przygotowując się do obrony.

– Jak mogło dochodzić do jakichś kontaktów seksualnych, gdy to miejsce w zakładzie karnym jest monitorowane – mówi mi – To wszystko wyssane z palca przeciwko mnie oskarżenia i pomówienia przez więźniów, bo byłem nieprzekupny. Tak samo zresztą, jak w sprawie tego pobicia więźnia. I pokazuje w aktach, gdzie raz jest napisane, że więzień został pobity metalową rurką, a drugim razem, że jakimś narzędziem – Nie mogli się zdecydować. Ja też nie mam wątpliwości, że pobito wtedy tego więźnia, ale ja w tym nie uczestniczyłem!

I tu przerwał, zagłębiając się w akta. Nie miał już czasu na dalszą rozmowę ze mną.

 Bili i odpoczywali

Pobicie więźnia, o którym wspominał Artur K., a które figuruje w aktach oskarżenia, miało miejsce w nocy z 15 na 16 listopada 2012 roku.

Artur K., który pełnił wtedy funkcje oddziałowego, ponoć podburzał więźniów: Pawła W. i Krzysztofa B. przeciwko innemu więźniowi, Łukaszowi K., iż ten pisze na nich donosy. Rozjuszyło to Pawła W. i Krzysztofa B. Wtedy Artur K. oznajmił im, że do ich celi przeniesie Łukasza K. I jak mu przywalą, nikt się o tym w więzieniu nie dowie. Gdy Łukasz K. trafił do ich celi, wiedział już, co mu grozi. Ale nic nie mógł na to poradzić. Paweł W. i Krzysztof B. na dzień dobry zapowiedzieli mu, że mu przyj…!

Było około 19., gdy obaj rzucili się na niego. On zaczął krzyczeć, że go zabiją, wzywał pomocy. Ale nikt z zewnątrz nie reagował. Katowali go przez kilka godzin, z przerwami na odpoczynek. Znęcali się nad nim fizycznie i psychicznie. Uderzali pięściami. Kopali po głowie, brzuchu, i po całym ciele. Po przerwach lali go dalej. Bili go również po stopach metalowym prętem, wyciągniętym z łóżka. Nie miał już nawet siły krzyczeć, i w końcu stracił przytomność. Po kolejnych siedmiu godzinach tortur przerwali wreszcie. Przy okazji również okradli swoją ofiarę. Zabrali mu bluzę, czajnik, karty telefoniczne potrzebne do porozumienia się ze światem zewnętrznym oraz artykuły spożywcze.

Łukasz K. był zmasakrowany. Musiał się zgłosić do więziennego lekarza. Tam najpierw przyznał, że został pobity. Powiedział nawet przez kogo. A potem ze strachu wycofał swoje wcześniejsze zeznania i dodał, że jego wygląd to efekt padaczki, której miał atak.

Paweł W. i Krzysztof B. też zeznawali, że widzieli, jak Łukasz K. dostaje padaczki.

A co na to lekarz więzienny? Widocznie pogodził się z tym faktem, nie wnikając w szczegóły, że objawy na ciele Łukasza K. po wielogodzinnym okładaniu, to nie jest efekt padaczki. Na którą zresztą Łukasz K. nigdy nie chorował. Musiało by to zostać odnotowane w medycznej kartotece więźnia.

O sprawie tak brutalnego pobicia Łukasza K. w celi, zrobiła się głośno w zakładzie karnym. Nawet wyszło to poza jego mury. I wtedy, kolejny już oskarżony w tej sprawie – dziś emeryt, a wtedy strażnik więzienny i starszy wychowawca – Grzegorz Ż. przyszedł Arturowi K. z pomocą. On również trzymał się w swych zeznaniach wersji o padaczce Łukasza K. Poświadczył nieprawdę, że wprawdzie Łukasz K. doznał w celi obrażeń, ale był to efekt tej właśnie choroby. Którą zresztą on sam widział już raz u tego więźnia. Podobnie wypowiadali się o padaczce Łukasza K. inni więźniowie zaprzyjaźnieni ze strażnikami, kryjąc w ten sposób Artura K. przed odpowiedzialnością. Więźniowie ci trzymali sztamę ze służbą więzienną.

Więzienny biznes

To jednak nie jest koniec wybryków Artura K. 22 stycznia 2014 roku, w trakcie niespodziewanej kontroli w jednej z cel, więzień przysiadł na pryczy, aby zgasić papierosa. Wtedy Artur K. podszedł do niego i zapytał, czy go aby „nie parzy” ten papieros. I nie czekając na odpowiedź, tak mocno uderzył więźnia w twarz, że ten przewrócił się na stół, a potem spadł na łóżko stojące przy ścianie.

Można było odnieść wrażenie, że w tym zakładzie karnym nie ma choć jednego uczciwego strażnika Fot. archiwum ZK Wrocław

Natomiast 4 lipca 2014 roku Artur K. zataił informację o liście pożegnalnym jednego z więźniów, w którym ten pisał, że ma zamiar za pomocą tabletek odebrać sobie życie. Tylko przypadkowo nie doszło do tragedii.

28 października tego samego roku znaleziono w szafce służbowej Artura K. 14 kapsułek z ketanolem, po 50 mg każda, w których to kapsułkach znajdował się również ketoprofen – więźniowie często zażywają nielegalnie ten środek. Strażnik więzienny nie potrafił odpowiedzieć, skąd znalazły się w jego szafce.

Również Grzegorz Ż. usłyszał kolejne zarzuty. Wynika z nich, że wyłudzał i brał od więźniów pieniądze. W połowie 2005 roku zainkasował 15 tysięcy złotych za wystawienie pozytywnej opinii penitencjarnej celem przedterminowego zwolnienia jednego z więźniów. 8 października 2013 roku wyłudził od Przemysława E. – tego samego, który miał stosunki seksualne z więźniarkami – 100 złotych za napisanie pozytywnej opinii z wnioskiem o łączny wyrok. Pobił potem Przemysława E., gdy ten napisał skargę na Grzegorza Ż. I wymusił na nim, by ten kolejnym pismem zmienił swoje wcześniejsze oświadczenie dyskredytujące strażnika w oczach dyrekcji zakładu karnego.

Grzegorz W. w kwietniu 2012 roku otrzymał 100 złotych za wcześniejsze dostarczenie jednemu z więźniów wydruku z systemu informatycznego służby więziennej. W styczniu 2014 roku wziął 200 złotych za osadzenie w jednej celi dwóch znajomych skazanych, a w kwietniu tego samego roku za 100 i 200 złotych przymykał oko na wysyłane do więzienia listy i paczki, w których szmuglowano na teren zakładu karnego sterydy anaboliczne, nośniki pamięci, różne wyroby tytoniowe bez akcyzy, telefony komórkowe i karty telefoniczne.

 Wielki Hadżi oferuje

Gdy 21 kwietnia 2013 r. kontrolowano celę 233, wykryto w niej sporą ilość kart telefonicznych. Więzień przyznał, że można się zgłosić do „klawisza”, który załatwia taki towar: – Mówią na tego „klawisza” „Har Hadżi” albo „Ksiądz”. A niektórzy więźniowie są z nim nawet za pan brat. Wspólnie piją, załatwiają „interesy”. „Har Hadżi” zamawia też przez Internet i kupuje na Allegro, a potem ktoś z zewnątrz wwozi wszystko i „przekazuje” odpowiednim strażnikom.

Tym przywożącym był kierowca, 42-letni Robert K. Za 550 złotych, poza ewidencją, przekazywał towar strażnikowi więziennemu.

Zaś „Har Hadżim” alias „Księdzem” okazał się 47-letni Andrzej O. Funkcjonariusz służby więziennej, łazienny. Który swój proceder prowadził w zakładzie karnym przy Kleczkowskiej już od wielu lat. Dysponował podręcznym magazynem. Ukrywał w nim towar, przemycając go potem na teren więzienia. Ukrywał też w nim sprzęt, który kradziono z cel mieszkalnych i sprzedawano potem innym więźniom. Handlował też marihuaną – 500 złotych za 5 gramów oraz innymi środkami odurzającymi. Nie sprawdzał paczek przesyłanych więźniom, albo udawał, że je sprawdza. Znajdowały się w nich najczęściej środki odurzające.

Andrzej O. wpadł, gdy 1 lipca 2013 roku, w jego biurze znaleziono 300 kart depozytowych. A potem poszło, jak po sznurku. I okazało się, że już od 2007 roku nielegalnie handlował w więzieniu sprzętem DVD . Można była nawet – za 150 złotych – kupić szachy elektroniczne. W cenach od 50 do 500 złotych miał telefony komórkowe i karty SIM. Miał też w ofercie spirytus, towar zawsze chodliwy w więzieniu. Handlował nawet kawą i czekoladami. Gdy na niego padło w grafiku, nie robił wyznaczonych obchodów cel. Dzięki czemu więźniowie mogli sobie pozałatwiać w zakładzie karnym swoje sprawy.

Andrzej O. bronił się, mówiąc, iż jest nieprzekupny. Ale kiedy przedstawiono pogrążające go nagrania i rozmowy z osadzonymi, zamilkł.

W tej sprawie zatrzymano też kierowcę, Roberta K.

 Interes szedł doskonale

W ten proceder był zamieszany również inny ze strażników, 43-letni Artur B. On handlował sprzętem elektronicznym. Od 9 lat, za karty telefoniczne „Telegrosik” po 10 złotych każda, dostarczał więźniom sprzęt RTV. Informował także o planowanych kontrolach, aby osadzeni zdołali ukryć nielegalnie sprowadzane do cel przedmioty.

W jednej z cel znaleziono nawet konsolę do gier oraz konsolę z grami z okablowanym Wi-Fi za ponad 100 euro, a także DVD za 159 euro.

Więźniowie zeznawali, że łapówki przyjmowali również lekarze więzienni. Z kolei więźniowie, Krzysztof B. i Paweł W. wręczali korzyści majątkowe łaziennemu.

Można było odnieść wrażenie, że nie ma w zakładzie karnym przy Kleczkowskiej we Wrocławiu choć jednego uczciwego strażnika, czy pracownika. Trudno byłoby mówić o uczciwych skazanych, skoro siedzą.

W każdym razie, interes za kratami szedł, jak nigdy dotąd.

W uzasadnieniu aktu oskarżenia przypomniano również, że to nie pierwsza tego rodzaju afera w tym zakładzie karnym. W 2014 roku do wrocławskiego sądu trafił akt oskarżenia w podobnej łapówkarskiej sprawie. Winnych osadzono. Zeznawał w niej wtedy świadek koronny – Marcin U., ps. „Mafik”. Sypał kompanów i mówił, że za 20 złotych można było już wtedy uzyskać w więzieniu przy Kleczkowskiej różne przysługi. Na przykład pójść na siłownię, do czego było potrzebne odpowiednie wskazanie lekarza. Mówił także o korupcji lekarzy, wskazując na ówczesnego kierownika ambulatorium.

– Zniszczenie tego „układu” skazane jest z góry na niepowodzenie – miał się wtedy wyrazić w sądzie.

U „Mafika” w celi, było jak w mieszkaniu: dwa akwaria, lodówka, przyrządy do gotowania, sprzęt sportowy, ubrania, puchowa kołdra w cywilnej pościeli.

Rzecznik prasowy zakładu karnego we Wrocławiu przy ulicy Kleczkowskiej ppor. Tomasz Wołkowski nie komentuje obecnej sytuacji. – Sprawa jest bardziej złożona, niż by można było przypuszczać. Trzeba by porozmawiać ze strażnikami więziennymi, jak to jest naprawdę. Jeżeli by się na taką rozmowę w ogóle obecnie zdecydowali. Poprzednią aferę wykryliśmy sami i przekazaliśmy ją służbom ścigania. W tej nowej poczekajmy na orzeczenie sądu.

Roman Roessler

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ