Scenariusz oszustwa był dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, a kanadyjski Polonus wyłożył nawet swoje pieniądze, aby zyskać wielokrotnie więcej. Nie był to pierwszy przekręt Adama W. i nie największy, bo w wyższych sferach gospodarczych oszukał klientów na kilka milionów euro!

Ale ta historia warta jest osobnej relacji ze względu na swój koloryt. Obok siebie wystąpili dwaj rówieśnicy, teraz 37-latkowie, a podczas pierwszego spotkania o cztery lata młodsi. Pochodzili z dwóch różnych światów, ale łączyło ich zamiłowanie do biznesu i pieniędzy, choć zdobywanych w różny sposób. Jednak początkowo Jarosław A. z Olsztyna nie miał pojęcia, kim w istocie jest jego nowy znajomy. Jawił mu się jako święty Mikołaj z Kanady, dzięki któremu podniesie swą małą firmę na wyższy poziom, a lokalnej działalności nada sznyt międzynarodowy.

Przyszłego partnera poznał poprzez bramkarza z nocnego klubu, gdzie bywał jako właściciel podolsztyńskiej żwirowni i małej firmy recyklingowej, jakie przepisał mu ojciec. Usłyszał od bramkarza, że jest gość z zagranicy, który szuka człowieka z pół milionem euro, aby zrobić świetny interes. Sam nie znał szczegółów, bo dowiedział się o tym od pewnego złodzieja samochodów. Nadał więc tylko namiary na kanadyjskiego biznesmena, oczekując drobnej prowizji w razie powodzenia przedsięwzięcia. Był wrzesień 2010 roku.

W bajecznej scenerii

Pierwszy kontakt telefoniczny zrobił na olsztyńskim przedsiębiorcy duże wrażenie. Jego nowy znajomy nazywał się Marek Grządek, tak przynajmniej się przedstawiał, wpisując nazwisko w polskim brzmieniu do adresu mailowego. Rozmowa przybrała postać przyjaznej pogawędki, podczas której Polak z Kanady prezentował się jako prawdziwy światowiec, świetnie zorientowany w sprawach finansowych, także międzynarodowych, myślący „do przodu” i na dodatek człowiek, który chce wspomóc rodaków. Nie tylko w Olsztynie, bo miał partnerów w różnych miejscach Polski, a nawet za granicą. Miał ponoć nawet znajomego eurodeputowanego, który pomagał mu w biznesie.

 Dzięki tym związkom pojawiła się niecodzienna okazja zrobienia interesu na miarę europejską. Bo w tych kategoriach trzeba dzisiaj myśleć. Z tego powodu Marek Grządek zaprosił Jarosława A. do centrum zachodniej Europy, czyli do Brukseli. Tak zaczęła się „przygoda życia” pana Jarka. 

Do stolicy Belgii przyleciał samolotem, a na lotnisku odebrał go osobiście Marek Grządek. Niewysoki, drobny mężczyzna w szykownym garniturze, markowych butach i luksusowym zegarkiem na ręce, wyglądał jak z żurnala mody dla biznesmenów. Pierwsze wrażenie na gościu było oszałamiające. Kanadyjczyk zawiózł Polaka eleganckim samochodem do pięciogwiazdkowego hotelu w centrum miasta, potem zeszli na wytworną kolację i zaliczyli spacer po uroczej brukselskiej starówce. Oczywiście wszystkie rachunki za te przyjemności płacił pan Marek. Później już w hotelu toczyli poważne rozmowy biznesowe, a Jarosław A. jak urzeczony słuchał roztaczanych przed nim planów zdobycia dużych pieniędzy i to praktycznie bez wysiłku.

Biznes życia

Interes polegał z grubsza na tym, że grupa osób wpłaca w sumie 10 milionów euro do jednego z największych funduszy inwestycyjnych we Francji, co miało przynieść 8 procent czystego zysku. Tak przynajmniej planowano na początek. Udział Jarosława A. miał wynosić skromne 500 tysięcy euro, które powinien przekazać na konto polskiej firmy w Toruniu, pośredniczącej w transakcji.

Gwarancją sukcesu miał być nie byle kto, tylko sam Rafał Trzaskowski, eurodeputowany, późniejszy minister cyfryzacji, dziś wiceminister spraw zagranicznych. Grządek przedstawił go jako przyjaciela szefa wspomnianego funduszu inwestycyjnego. Jarosław A. kojarzył tego polityka, bo miał z nim kiedyś wykłady w Warszawie, więc rysopis mu się zgadzał. Dostał również regon firmy, na której konto miał wpłacać pieniądze, a także inne dokumenty, które umocniły wiarygodność przedsięwzięcia. Potem sprawdził, że taki fundusz inwestycyjny we Francji istnieje.

Musiał tylko zebrać 500 tysięcy euro, co mu się nie udało, ale zgromadził 600 tysięcy złotych. Co prawda Grządek przekonywał go, że uzyskanie odsetek zależało od tego, czy wpłacą cały kapitał, ale przecież wspólników miało być więcej. Kanadyjski partner był zatem dobrej myśli, o czym olsztynianin przekonał się w czasie drugiego spotkania w Brukseli. Marek Grządek zgodził się na 600 tysięcy złotych, podpisali umowę, którą uczcili wykwintnym poczęstunkiem i pogawędką do późnej nocy. Polonus roztaczał przed gościem barwne wizje przyszłych biznesów, ale na razie mieli działać przy niewielkich procentach. Po powrocie do domu Jarosław A. wpłacił pieniądze na konto pośrednika w Toruniu i niebawem otrzymał pierwsze odsetki. I to nie 8, ale 10 procent, co tylko umocniło wiarygodność nowego partnera. Regularnie wpłynęły trzy takie wypłaty. Jarosław A. czuł się tak, jakby znalazł te pieniądze na ulicy.

Jak fatamorgana

Wkrótce nastąpiła kolejna odsłona tej bajki. W styczniu 2011 roku Jarosław A. został zaproszony do Monako. Znów nocował w eleganckim hotelu, zwiedzał miasto i odwiedził legendarne Monte Carlo Casino, dokąd poszedł z rosyjskim biznesmenem o imieniu Igor. Był on jednym z dwóch kluczowych inwestorów ściągniętych przez Grządka. Ten drugi to niejaki Franz, czyli Stanisław L. z Rzeszowa, który na spotkanie przybył w towarzystwie atrakcyjnej asystentki.

Po kolacji przeszli do sedna sprawy, która wydawała się prosta jak konstrukcja cepa: jest recesja na rynku nieruchomości, na skutek czego znacznie spadła wartość ziemi i obiektów, które można kupić za grosze. I na tym można zrobić duży biznes. Utworzona grupa kapitałowa wykupi całe osiedle mieszkaniowe od zbankrutowanego dewelopera z Irlandii, a uzyskany majątek odsprzeda z 30-procentowym zyskiem! Interes wręcz bajeczny, ale teza trzymała się kupy – jak ocenił Jarosław A. Wtedy uznał on, że taki interes już mu się nie trafi. Jego zysk zależał od tego, ile wpłaci do wspólnej puli. A że nie miał za dużo własnej gotówki, przekonał dwóch kolegów z Olsztyna, żeby przystąpili do spółki. Wiarygodność interesu gwarantował im własną osobą i majątkiem, więc dołożyli mu 180 i 313 tysięcy złotych.

W sumie na konto pośrednika w Toruniu wpłacił 900 tysięcy złotych i wtedy telefon „przyjaciela” niespodziewanie zamilkł. Marek Grządek nie odpowiadał również na wysyłane maile, co wzbudziło dodatkowe zaniepokojenie polskiego przedsiębiorcy. Po iluś nieudanych próbach nawiązania kontaktu, Jarosław A. nabrał wątpliwości, choć nadal nie przychodziło mu do głowy, że mógł paść łupem wyrafinowanego oszustwa. Czas jednak mijał, a partner się nie odzywał. W końcu olsztynianin przestał się łudzić i na własną rękę próbował ustalić sprawcę, jednak bez skutku.

2

Dopiero pod koniec 2011 roku – za namową swego adwokata – zwrócił się o pomoc do funkcjonariuszy od spraw gospodarczych Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Policjanci w pierwszym rzędzie ustalili, że taka osoba jak Marek Grządek w ogóle nie istnieje. Skojarzyli kilka faktów i wytypowali podejrzanego, w którym Jarosław A. rozpoznał swego kanadyjskiego partnera.

Minister świadkiem?

Okazało się, że to 34-letni wówczas Adam W. – oszust urodzony w Lidzbarku Warmińskim, ale ostatnio bez stałego adresu zamieszkania, który swego czasu siedział w olsztyńskim więzieniu, gdzie poznał lokalnych kryminalistów, co wykorzystał w późniejszych kontaktach. Równocześnie Komenda Stołeczna Policji prowadziła śledztwo w sprawie oszustwa – na kilka milionów euro – w handlu dwutlenkiem węgla (co wiązało się z przyznaniem unijnych kwot na emisję CO2). Czyli działał naprawdę w wyższych sferach. Wysłano za nim dwa europejskie nakazy aresztowania i cztery listy gończe, co i tak nie gwarantowało sukcesu, bo podejrzany mógł dysponować kilkoma paszportami. W końcu został trafiony w kanadyjskim Toronto, gdzie ostatnio mieszkał ze swoją partnerka i dwójką dzieci. Prokuratura wystąpiła o ekstradycję i tak Adam W. wrócił na ojczyzny łono. 

Śledztwo w sprawie handlu dwutlenkiem węgla jeszcze się toczy, a oszust został najpierw skazany w Warszawie za naciągnięcie płockiego biznesmena na zaliczkę przy „sprzedaży” blachy ocynkowanej. Równolegle był przesłuchiwany w Olsztynie i przyznał się do oszustwa Jarosława A. Ale teraz wszystkiemu zaprzecza w olsztyńskim sądzie, dokąd dowożony jest z warszawskiego więzienia. Twierdzi, że zawarł z prokuratorem układ: on przyzna się do winy, zwróci panu Jarkowi wyłudzone pieniądze i dostanie za to 2,5 roku pozbawienia wolności. Miał się zgodzić na to dlatego, że podobno prokurator miał go „na widelcu”. Ale gdy Adam W. przejrzał akta sprawy, dostrzegł luki w oskarżeniu i wycofał się z układu.

1

 Oskarżony może mówić wszystko, ale teraz prokurator i sąd mają problem, bo trzeba udowodnić mu winę. W związku z tym prokurator zastanawiał się nawet, czy na jedną z kolejnych rozpraw nie wezwać wiceministra Rafała Trzaskowskiego, który pewnie jeszcze nie wie, że jest „zamieszany” w tę sprawę. Sąd uznał jednak, że to nie ma sensu.

Natomiast na pierwszych rozprawach w olsztyńskim sądzie Adam W. dorzucił nowy wątek. Ujawnił otóż, jakoby Jarosław A. na każdym spotkaniu biznesowym z nim był pod wpływem narkotyków. Można to potraktować jako typowe „odwracanie kota ogonem”, tylko że oszust z Kanady nie dodał, że to na nim ciąży oskarżenie o handel kokainą w latach 2008-2009. Czyli w czasach, gdy naiwny przedsiębiorca z Olsztyna nie był mu jeszcze znany.

Marek Książek

Fot. Marek Książek