26 stycznia 1974 roku sytuacja pod salą 202 warszawskich sądów na Lesznie przypominała tę z 9 października roku wcześniejszego, sprzed teatru „Rozmaitości”. I tu, i tam zabrakło wejściówek. Do teatru jednak dawało się wcisnąć dzięki dodatkowym biletom (Narodowego Banku Polskiego o wysokich nominałach), podczas gdy wejścia na salę rozpraw strzegła nieprzekupna woźna.
Za to i w prawdziwym, i w sądowym teatrze główną rolę grała ta sama japońska awangardowa grupa Tenjo Sajiki. A najgłówniejszą: pewien aktor – też japoński, i też awangardowy – który dokonał artystycznej napaści na 19-letnią pannę Barbarę K., widza. Anonimowy, bo nie dało się ustalić, co za jeden. Sąd zrezygnował, gdy kolejny z naocznych świadków pytany:
– Jak wyglądał ten Japończyk?
odpowiedział:
– A jak miał wyglądać? Normalnie, jak Japończyk.
W dodatku akcja toczyła się w egipskich – choć może należałoby powiedzieć: japońskich – ciemnościach. Aby zaś wywołać entuzjazm widowni, aktorzy rozdawali widzom kuksańce, ciągnęli za włosy, rzucali im na głowy płonące zapałki. Wreszcie na siedzącą w siódmym rzędzie pannę Barbarę rzucił się któryś z aktorów i zaczął z niej zdzierać sweter oraz stanik. Japończyk wrzeszczał, Basia wrzeszczała, a jeden z widzów pytał, z jakiego teatru jest ta pani?
 Awangarda z kapustą
Nie ukrywajmy: panna Barbara trochę sama sobie była winna. Bo wcześniej otrzymała poważne ostrzeżenie. Dzień przed występem, jeden z awangardowych Japończyków stał mianowicie na sąsiadującym z „Rozmaitościami” ruchliwym placu Unii Lubelskiej i namawiał przechodniów. Stał z kapustą, a namawiał do jej konsumpcji na miejscu. Jakiś idiota wezwał milicję, choć przydatniejszy byłby doświadczony psychiatra. Na widok mundurów, aktor rzucił się do ucieczki w kierunku teatru. Przed wejściem oraz kasami, wpadł w żądny sztuki awangardowej tłum, przewracając pewną dziewczynę. Tą dziewczyną była właśnie panna Barbara.
Wróćmy jednak na salę teatralną. Nie jest do końca jasna przyczyna napaści na młodą kobietę. Prawdopodobnie wynikała ze scenariusza, bo podobny numer został następnie powtórzony we Wrocławiu. W dodatku aktorzy mieli powody do zdenerwowania. Na Zachodzie byli przyjmowani entuzjastycznie, natomiast dzień wcześniej warszawscy widzowie reagowali raczej chłodno, choć najpierw pchali się drzwiami i oknami. Na domiar złego dyrekcja teatru nie zgodziła się na mocny akcent, czyli rozpoczęcie przedstawienia jeszcze na ulicy Marszałkowskiej, przed teatrem. Mianowicie któryś z Sajików miał zleźć po ścianie kamienicy, ale musiał się zadowolić zejściem po drabinie z balkonu widowni. Niewiele brakowało, by na tym tle doszło do zerwania spektaklu.
Ostatecznie zaczął się w foyer. Też interesująco, ponieważ jeden z aktorów nie mógł się przedrzeć przez tłum ludzi i drogę utorowało mu dopiero dwóch milicjantów. W dowód wdzięczności poszarpał im mundury i – prawdopodobnie, bo po japońsku – naurągał. Funkcjonariusze zachowali postawę pełną godności osobistej i rezerwy.
Rozgoryczenia awangardzistów dopełnił fakt, że na czas zajmowania miejsc przez widzów, zapalono na widowni światła, podczas gdy wspomagany przez aktorów reżyser domagał się zupełnych ciemności.
Zabrali spodnie i wyszli
 Dla lepszego zrozumienia zawodu japońskiej trupy, przedstawmy jej credo. Shuji Tarayama, autor granych owego wieczoru „Notatek ślepca – przeklętego musicalu” tłumaczył, że nie jest to sztuka do oglądania (pewnie, że nie, skoro się toczy w ciemnościach). A w ogóle to widza trzeba zaczepiać, być wobec niego agresywnym. Fizycznie.
– Jednemu daliśmy zupy ze środkami nasennymi – wspominał z zachwytem Tarayama w swoim posłaniu. Niestety, nie informując, co z tego wynikło.
Z kolei szef grupy, Tenjo Sajiki, tak określił formułę swojego teatru: – Przekształcamy wszystkie rzeczy i miejsca w teatry – publiczne łaźnie, stołówki, sekretne pokoje, uniwersytety, bary, szkółki bokserskie, serca, słowa i wewnętrzny wszechświat.
Po raz kolejny wróćmy na widownię „Rozmaitości”. Zanosiło się, że i ten wieczór nie przyniesie awangardzie sukcesu, że widzowie znowu będą się zachowywać biernie i z pokorą należną Sztuce przyjmować szturchańce, pozwalać na chodzenie po głowach i poręczach foteli. Można też było przypuszczać, że nadal nikt nie zechce kapusty ani nawet zupy ze środkami. Czy takie były przyczyny, czy inne, dość, że – jak już ujawniliśmy – w pewnym momencie aktor rzucił się na naszą Basię kochaną, natomiast reszta widzów siedziała spokojnie, albo niczego nie widząc, albo – słysząc – wyobrażała sobie, że właśnie tak powinno być w awangardowym teatrze.
W końcu jeden Japończyk odciągnął drugiego Japończyka od ofiary, po czym widowisko – szybciej niż przewidywano? – dobiegło końca.
Gdy sąd zadał któremuś z widzów-świadków podchwytliwe pytanie: – A skąd było wiadomo, że sztuka się skończyła?
Padła roztropna odpowiedź: – Bo Japończycy pozbierali swoje buty, spodnie i wyszli.
Szekspir kontra biustonosz
 Młoda kobieta doznała szoku, nie mówiąc już o szkodach na odzieży wierzchniej i spodniej. Andrzej Jarecki, dyrektor „Rozmaitości”, przeprosił i zaproponował śmieszne odszkodowanie (równowartość np. jednej pary dżinsów II klasy, bo nie wranglerów czy levisów), które ze zrozumiałym wstrętem odrzuciła. Dyrektor sumitował się, że na więcej nie pozwalają mu przepisy.
Teatralnego agresora nie zatrzymano na gorącym uczynku, tak więc po paru dniach – odwiedziwszy jeszcze Wrocław – spokojnie wyjechał wraz z trupą do domu. Po kilku miesiącach, już na rozprawie przed sądem cywilnym, stawiło się za to dwóch czy trzech Bogu ducha winnych Japończyków, którzy chcieli obserwować przebieg procesu. Niestety, nie zanotowałem, skąd się wzięli, a jedynie fakt, że sąd wyprosił ich za drzwi, ponieważ na sam widok skośnookich panna Basia ponownie doznała szoku. Jeden z wyrzuconych odgrażał się wprawdzie w łamanej polszczyźnie, że zaskarży ten sąd do sądu, ale do niczego takiego nie doszło.
Nie tylko agresor nie stanął przed sądem. Nie stanął również teatrolog, reżyser, pisarz, juror, krytyk w jednej, bardzo wówczas popularnej osobie – Witold Filler. Wieść gminna niosła, że miał być biegłym wyjaśniającym wraz z mniej znanym kolegą, intelektualne przesłanie światowego teatru awangardowego (ze szczególnym uwzględnieniem Tenjo Sajiki), ale sąd go nie powołał, ku zawodowi tej części publiki, która przyszła tylko na Fillera.
W ogóle nie powołał biegłych teatrologów, wbrew pięknie uzasadnionemu wnioskowi dyrektora „Rozmaitości”:
– Są niezbędni. Powódka (Barbara K.) mówi o stratach w sferze duchowej, psychicznej. Ale teatr musi działać właśnie na tę sferę. I jeżeli widz ponosi jakieś straty, to zadaniem sądu winno być potwierdzenie, od jakiego momentu (i czy w ogóle) kształtuje się odpowiedzialność teatru. Każda bowiem sztuka może siać spustoszenie moralne. Szekspir też może w określonych okolicznościach doprowadzić do rozstroju zdrowia, a co dopiero teatr awangardowy! Przedział między aktorem i widzem, tradycyjna rampa, zanika. Cóż więc począć z widzem, który się skarżył, że po przedstawieniu poczuł się gorzej niż przed? Sam incydent to domena prokuratora, a tu rzecz należy rozpatrywać nie w aspektach fizycznych, lecz duchowych.
– O, nie! – oponowała mecenas Hanna Hryniewicz, pełnomocniczka panny Basi – Rzecz powinno się rozpatrywać w aspekcie szkody, jaką poniosła moja klientka. Chodzi i o konkretne szkody materialne, i szkody na zdrowiu, o jej stan psychiczny, który pogorszył się w wyniku konkretnego działania, nie zaś o teoretyczne zasady. Przypuśćmy, że biegli powiedzą, czym jest albo powinien być teatr awangardowy – i co z tego? Oni to wiedzą i wiedzieli od dawna, ale powódka nie musiała.
Można powiedzieć, że sąd uznał racje bardziej pani adwokat niż pana dyrektora i teatru awangardowego. W skrócie. Pani Basia: a) doznała uszczerbku na mieniu w postaci ubrania i bielizny; b) doznała uszczerbku na zdrowiu psychicznym wskutek zaskakującej napaści aktora awangardowego, o której to możliwości nikt nikogo, a więc i jej, nie uprzedzał; c) gdyby nawet uprzedzał, to i tak widz po wykupieniu biletu ma prawo czuć się w teatrze bezpiecznie, w powszechnie rozumianym znaczeniu tego słowa; d) w konsekwencji finansowe zadośćuczynienie musi kilkakrotnie przewyższyć niewielką kwotę wcześniej zaproponowaną przez dyrektora teatru „Rozmaitości”. I przewyższyło.
Szekspira sąd zostawił w spokoju.
O sprawie karnej nie było w ogóle mowy, wskutek braku jasności co do osoby podejrzanego.
A co dalej z polskim epizodem grupy Tenjo Sajiki? Otóż ona przed wyjazdem z naszego kraju zdążyła jeszcze zaznać przykrości. Gdy we Wrocławiu zaprezentowała swój popisowy numer z atakiem na dziewczynę z widowni, z sąsiednich foteli natychmiast poderwała się silna, zdrowa, męska obstawa koleżanki i przykładnie obiła awangardzistę.

Piotr Ambroziewicz