Biznesmen spod Warszawy perfekcyjnie wyreżyserował swoją śmierć. Rok temu kupił na Zamojszczyźnie starą, wiejską chatę, ściany pomalował na czarno, okna zakleił ciemną folią. Gdy uznał, że przyszedł już na niego czas, założył białą szatę liturgiczną, podłączył wąż do silnika spalinowego… i w tych makabrycznych okolicznościach pożegnał się z życiem.

66-letni biznesmen spod Warszawy kupił drewniany dom w Stryjowie, małej wiosce koło Izbicy. Już wcześniej spodobały mu się sielskie tereny Zamojszczyzny, przyjeżdżał tu bowiem do kolegi. Jednak nie wybrał Stryjowa, by żyć spokojnie, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Miejsce to wybrał na śmierć. Na swoje „odejście” przygotowywał się od miesięcy. Najpierw wynajął ekipę robotników, by pomalowali mu ściany, sufit, podłogę na czarno. Potem zaczął zwozić do domu jakieś dziwne urządzenia, dużą ladę chłodniczą, silnik spalinowy, rury, pojemnik z trucizną. Tuż przed przejściem w inny wymiar, zakleił okna czarną folią.

DSCF2416

Tajemniczy jegomość

Kim był tajemniczy biznesmen? Jacek G. mieszkał w gminie Stare Babice, na podwarszawskim willowym osiedlu domków jednorodzinnych. Mieszkańcy tej okolicy należą do zamożnej części społeczeństwa. Miał żonę, dorosłą córkę i syna. Ze wspólnikami prowadził różne firmy. Zajmował się nieruchomościami, działał w branży budowlanej, hydraulicznej. Kulturalny, elegancki, jak to się mówi, człowiek na poziomie.

samobojca

Jesienią 2015 roku przeczytał w Internecie ogłoszenie o sprzedaży siedliska w Stryjowie. Duża 29-arowa działka w samym sercu wioski, a na niej stara, drewniana chałupa, stodoła, inne budynki gospodarcze. Przyjechał raz, drugi, stanął na wzgórzu, uśmiechnął się. Właściciele nieruchomości już wiedzieli, że w końcu znaleźli kupca. I rzeczywiście 1 grudnia 2015 roku stawili się u notariusza, aby dokonać transakcji. Hałasowie sprzedali mu dom z całym „dziadkowym” dobytkiem za ponad 20 tysięcy złotych. Ze sprzętami gospodarstwa domowego, kredensem, szafą, łóżkiem, stołem, krzesłami a nawet garnkami. Dom z trzema izbami: kuchnią, pokojem i spiżarką, nie był użytkowany przez wiele lat i popadał w ruinę. Prąd był tam dociągnięty, ale bieżącej wody nie było.

Po co takiemu warszawiakowi rozwalająca się chałupa – zachodzili w głowę miejscowi. Ale on miał na wszystko wytłumaczenie.

– Mówił, że będzie się tu budował, że postawi drewniany domek tuż za stodołą, gdzie rozpościera się przepiękny widok na okolicę wspominają Hałasowie.

Rzadko przyjeżdżał. Jeśli już to na kilka godzin. Raz wynajął robotników, by zrobili mu ogrodzenie, bramę wjazdową na posesję i położyli płyty, by mógł wjechać swoją skodą yeti do stodoły (tam parkował auto). Innym razem zlecił pomalowanie ścian w domu na czarno. Syn byłych właścicieli domu stanął jak wryty, gdy około 3 miesięcy temu zaszedł do niego.

– Byłem w szoku. Wszystko czarne, sprzęty domowe po babci powynoszone. Na szczęście logicznie mi to wytłumaczył. Mówił, że będzie wywoływał zdjęcia i potrzebuje ciemni. Łyknąłem to – wspomina.

Sąsiedzi widzieli, jak pewnego razu na jego posesję podjechał bus. Jacek G. wynosił z niego jakieś sprzęty, pudła, ubrania. W lecie odwiedzili go znajomi. Kobieta i mężczyzna w starszym wieku. Spacerowali po podwórzu i rozmawiali. Jego rodzina ponoć nie wiedziała, że kupił dom.

Sąsiedzi widzieli go może ze trzy razy: – Z nikim się tu nie zadawał – mówi właścicielka wiejskiego sklepiku, znajdującego się vis a vis jego domu – Gdy pierwszy raz go widziałam, chwasty na jego posesji były po pas, a on rozłożył sobie leżak, położył się i czytał książkę.

Trucizna, leki i spaliny

Gdy już wszystko dopiął na ostatni guzik, napisał list do rodziny. – Mężczyzna zapowiedział, że popełni samobójstwo, przy czym wskazał, że żadna osoba nie jest w to zamieszana, i że jest to jego świadoma decyzja. Napisał też, że skończy ze sobą albo poprzez zatrucie spalinami samochodowymi, zażycie znacznej ilości leków, albo z powodu hipotermii czyli wyziębienia – wyjaśnia Bartosz Wójcik, rzecznik prasowy zamojskiej Prokuratury Okręgowej.

DSCF2428

Podał też bliskim adres domu, w którym znajdą jego zwłoki. List został nadany 11 listopada. Rodzina odebrała go 15 listopada. Nazajutrz jego żona z córką i synem przyjechali do Stryjowa. A za nimi samochód pogrzebowy. Czekali na policję, aby otworzono im drzwi do domu. Rodzina w asyście funkcjonariuszy weszła do mieszkania i tam rzeczywiście znaleziono martwego mężczyznę.

66-latek leżał na podłodze w kuchni. Ubrany był w białą albę (długą szatę liturgiczną) i klapki. Obok leżało opakowanie po lekach. W sąsiednim pokoju stał pojemnik z napisem „trucizna”, silnik spalinowy, przymocowany do podłogi na macie. Rura silnika była połączona za pomocą węża z pomieszczeniem, w którym leżało ciało.

Śledczy przyznają, że okoliczności śmierci mężczyzny są tajemnicze i nietypowe. Nie dość, że pomieszczenia były wymalowane na czarno, co mogłoby wskazywać na jakieś rytualne samobójstwo, to jeszcze w pokoju stała duża lada chłodnicza, a w niej rozłożone łóżko polowe. Wyglądało to tak, jakby mężczyzna chciał się tam położyć, by poddać się hibernacji. Wiele przecież mówi się na temat zamrażania ciał. I to nie tylko w sferze science fiction. Naukowcy od wielu lat badają bakterie i drożdże, które posiadają zdolność przeżycia ekstremalnie trudnych warunków. W temperaturze powodującej skrajne wychłodzenie (hipotermię) zwalniają metabolizm i przetrzymują trudny okres, aż do czasu, gdy warunki się poprawią. Sztuczna i kontrolowana hibernacja może mieć ogromne znaczenie dla medycyny. Pozwoli na wydłużenie czasu koniecznego do przeprowadzenia transplantacji organów, umożliwi ratowanie życia np. chorych na raka. Czy w tym celu G. przywiózł ladę do Stryjowa? Już się nie dowiemy.

Podczas oględzin zwłok biegły sądowy nie był w stanie jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną zgonu. Na ciele denata nie było żadnych obrażeń. Zarządzono sekcję zwłok. Z uwagi na okoliczności zostały dodatkowo zlecone badania histopatologiczne i toksykologiczne. Choć wyników jeszcze nie ma, wszystko wskazuje na to, że przyczyną zgonu było zatrucie spalinami i lekami.

A z aktu zgonu sporządzonego w USC w Izbicy wynika, że zgon nastąpił 11 listopada. Śledczy znają przyczynę desperackiego kroku mężczyzny. Napisał o tym w liście do rodziny. Ale ze względu na dobro śledztwa i bliskich zmarłego, nie ujawniają jej.

Aneta Urbanowicz