Po siedmiu miesiącach udało się w końcu firmie Strabag zakończyć remont mostu na Bzurze oraz przebudować ulicę Płocką. Inwestycja prowadzona przez miejski samorząd, wspólnie ze starostwem powiatowym, kosztowała 3 737 300 złotych, z czego połowa środków pochodziła z funduszy zewnętrznych.
7 grudnia odbędzie się uroczyste otwarcie wyremontowanego mostu na Bzurze oraz przebudowanej ulicy Płockiej. Uroczystość zaplanowano na godzinę 14.00, co można uznać za historyczny moment. Jednak nie dlatego, że remont mostu udało się w ogóle zakończyć, chociaż i to należy uznać za sukces.
Uszczęśliwieni na siłę
Otóż 13 lat temu, 9 grudnia 2003 roku, o godzinie 14.00, otwarto obwodnicę Sochaczewa. Co z kolei spowodowało, że z mocy prawa wiadukt kolejowy, most na Bzurze oraz wszystkie ulice, po których odbywał się ruch tranzytowy, stały się własnością miejskiego samorządu. Dodajmy, że własnością niechcianą.
Co prawda podczas uroczystości otwarcia obwodnicy ówczesny burmistrz wyraził nadzieję, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych pomoże miastu w wyremontowaniu mostu oraz zdewastowanych przez tiry ulic, ale były to płonne nadzieje. GDDKiA nie zamierzała tego robić. Z kolei miasto nie chciało przyjąć takiego podarunku, i rozpoczęło sądową batalię o unieważnienie decyzji dotyczącej zwrotu otrzymanych „prezentów”. Jednak sądy stanęły po stronie GDDKiA i o zwrocie ulic nie było mowy. I tak most stał się własnością miasta. Podobnie miało stać się z wiaduktem, który wymagał natychmiastowego remontu. Tego jednak udało się uniknąć.
Jak powiedział nam Julian Zasuwa, z Wydziału Gospodarki Przestrzennej i Architektury Urzędu Miejskiego, wówczas pełnomocnik burmistrza do rozmów z GDDKiA: – Dzięki determinacji Urzędu Miejskiego zniszczony wiadukt, którego remont wyceniono wówczas na kilka milionów złotych, nie stał się własnością miasta. Sprzyjało nam to, że w wyniku otwarcia obwodnicy w systemie dróg wojewódzkich na terenie Sochaczewa powstała luka, co nie powinno mieć miejsca. Dlatego zaproponowaliśmy, aby powiat oddał samorządowi Mazowsza ulicę Piłsudskiego, a my z kolei dołożyliśmy wiadukt. W zamian musieliśmy wziąć od powiatu ulicę 1 Maja a od MZDW fragment 15 Sierpnia. I tym sposobem pozbyliśmy się wiaduktu – wyjaśnia Julian Zasuwa.
Kukułcze jajo
Z mostem ta sztuczka już się nie udała. W jego okolicy nie było dróg wojewódzkich. Były za to powiatowe. Ale starostwo, zdając sobie sprawę, co dla jego finansów oznaczałoby przejęcie przeprawy, nie chciało rozmawiać o zamianie. I tak po przegranych procesach z GDDKiA niechciana przeprawa stała się własnością miasta.
Trzeba przyznać dyrekcji, że ta po korzystnym dla siebie wyroku od razu przekazała miastu całą dokumentację przeprawy. Z małym wyjątkiem. Dotyczył on ekspertyzy technicznej, która powinna być wykonana przed przekazaniem mostu. Nie przekazano także wcześniejszych ekspertyz. Podobno zaginęły. Owo zniknięcie wynikało po prostu z faktu, że Dyrekcja obawiała się, iż miasto mogłoby wystąpić do niej o zwrot ewentualnych kosztów poniesionych na naprawę mostu. Miejskim urzędnikom nie pozostało nic innego, jak przyjąć za pewnik, że przeprawa jest w dobrym stanie. Co okazało się błędem.
Pierwsze niepokojące sygnały, że stan mostu jest fatalny, pojawiły się już rok od przejęcia przeprawy. Na jednej z sesji Rady Miejskiej radny Grzegorz Próchniak zapytał ówczesnego burmistrza, co ten zamierza zrobić z mostem, ponieważ jego filary zaczynają się kruszyć. Zapewniono radnego, że urząd zbada sprawę i podejmie odpowiednie kroki. Minął rok a żaden, nawet symboliczny, remont na przeprawie nie został wykonany. Tymczasem korozja filarów postępowała w coraz szybszym tempie i na wierzchu znalazły się ich zbrojenia.
Miejscy urzędnicy twierdzili, że panują nad sytuacją i przeprawa jest w idealnym stanie. Na ziemię nie sprowadzili ich także przedstawiciele Endico, firmy która zamierzała wybudować jaz na Bzurze. Według ich ekspertyz w fatalnym stanie były nie tylko filary i ich fundamenty, ale także płyta nośna jezdni oraz dźwigary. Innego zdania był Ryszard Buzałek, ówczesny naczelnik Wydziału Gospodarki Komunalnej. Ten w rozmowie z nami stwierdził, że tak na oko z mostem jest wszystko w porządku, ale dokładnie będzie wiadomo, co mu dolega po zakończeniu prowadzonych badań. Co się stało z owymi badaniami, nie wiadomo. Nasza redakcja występowała o ich udostępnienie, ale nigdy ich nie otrzymaliśmy. Most natomiast popadał w coraz większą ruinę.
Póki co most stoi
Sytuacja zmieniła się dopiero po przejęciu władzy w mieście przez obecną ekipę. Choć i ona zajęta innymi sprawami nie miała początkowo czasu na dokładniejsze przyjrzenie się przeprawie,  o jej remoncie nie wspominając.
Przełom nastąpił w 2013 roku. Wtedy to burmistrz Piotr Osiecki zlecił wykonanie ekspertyzy przeprawy. Co prawda nie wykazała ona, aby trzeba było zamykać most ze względu na groźbę zawalenia. Jednak dalsze zwlekanie z jego remontem mogłoby tym skutkować, z powodu postępującej degradacji jego elementów. W złym stanie okazała się płyta, na której ułożona była jezdnia i chodniki. Praktycznie nie istniała izolacja jezdni od elementów nośnych, co powodowało ich korozję. Zanikły dylatacje pomiędzy dźwigarami, przez co most nie mógł pracować. To mogło doprowadzić do zakleszczenia się mostu i  zniszczenia przeprawy. Sztywne dźwigary doprowadziły do uszkodzenia przyczółków. A na tych pojawiły się pęknięcia, które powstały w wyniku nadmiernego obciążenia mostu w okresie, gdy przez centrum Sochaczewa przejeżdżały dziennie tysiące tirów. To one spowodowały, że trzeba było również wymienić wszystkie łożyska mostu, czyli stalowe tuleje, na których spoczywają i poruszają się dźwigary przeprawy. W dodatku zostały one zaklinowane, a tym samym nie współpracują z dźwigarami, bo te nie mogą się po nich swobodnie poruszać. W najlepszym stanie okazały się natomiast filary, od których zaczęła się cała awantura z mostem. W ich przypadku wystarczyło jedynie zabezpieczenie antykorozyjne zbrojeń oraz uzupełnienie ubytków betonu.
Fortel burmistrza
Remont mosty planowano początkowo przeprowadzić w dwóch etapach; pierwszy w 2014 roku, drugi w 2015 roku. Powodem takiego rozłożenia prac był fakt, że – ze względu na niemożliwość uzyskania środków zewnętrznych – całą inwestycję trzeba byłoby finansować z budżetu miasta.
Ponieważ z pieniędzmi było krucho, burmistrz wpadł na inny pomysł. Miasto złożyło wniosek o dofinansowanie remontu ulicy Płockiej, wychodząc ze słusznego założenia, że tej nie da się wyremontować bez naprawy mostu. I tak, zamiast wydawać z kasy miasta 6 milionów złotych, miejski samorząd otrzymał wsparcie w wysokości połowy kosztów inwestycji. Z kolei wyniki przetargu pozwoliły na zaoszczędzenie dodatkowo 1,2 miliona złotych. Co prawda i tak trzeba było wyłożyć 1,8 miliona złotych, ale dzięki finansowemu wsparciu, praktycznie za darmo udało się nie tylko wyremontować zniszczoną przeprawę, ale również ulicę Płocką i jej skrzyżowanie z Gawłowską. Wybudowano także ścieżkę rowerową, położono nowe, szersze chodniki, oraz ustawiono bardziej oszczędne latarnie.
 I tak, stara przeprawa otrzymała nowe życie
Jerzy Szostak
Fot.: Jerzy Szostak

 

Zobacz również: