Niebo stało się piekłem

0
976

Sekta religijna „Niebo” dla wielu wyznawców jest dzisiaj złym wspomnieniem. Jej guru Bogdan Kacmajor potrafił zgromadzić wokół siebie grupę bezwzględnie posłusznych mu ludzi. Mieli swój dom, absurdalny system wartości oraz język i bez sprzeciwu wykonywali polecenia. Stracili dorobek życia, wpadli w nerwice, lęki, a niektórzy popełnili samobójstwa.

Urodzony w 1954 roku Bogdan Kacmajor twierdził, że już w dzieciństwie czuł w sobie siły boskie. Pierwsze widzenie po którym miał się objawić u niego dar uzdrawiania, pojawiło się w 1982 roku i od tego czasu jego życie uległo ogromnym zmianom. Z dnia na dzień stał się cudotwórcą, który leczy wszystkie choroby. W ten sposób skupił wokół siebie rzesze wyznawców i po kilku latach założył sektę „Niebo”.

Posiadł moc absolutną

Pochodzi z Elbląga z rodziny inteligenckiej. Ojciec osierocił go, gdy mały Bogdan miał niespełna trzy lata. Zawsze miał problemy z przystosowywaniem się do czyichś poleceń. To po latach zaprowadziło go do więzienia, gdyż odmawiał służby wojskowej, a gdy został do niej zmuszony, nie chciał wykonywać rozkazów. Skazany za to w 1978 roku na dwa lata więzienia wyrok odsiadywał w Elblągu i Sztumie. W osobnej celi zajmował się projektowaniem mebli, malarstwem i pisaniem prac zaliczeniowych strażnikom.
Cztery lata później – po dwutygodniowej głodówce – stwierdził, że doznał objawienia i ma dar jasnowidzenia oraz uzdrawiania. Miał się przed nim pojawić jego sobowtór podążający w krystalicznie czystej wodzie z dnem pełnym rybich szkieletów. Gdy ich dotykał stopami zamieniały się w ptaki i odlatywały ku niebu.

fit-2
Od tego dnia jego życie zmieniło się radykalnie. Porzucił pracę w teatrze lalek, pozbył się z domu wszystkich „złych” przedmiotów i zostawił tylko Biblię. Twierdził, że posiada absolutną moc uzdrawiania chorób poprzez nakładanie rąk, bowiem powiedział mu o tym we śnie sam Bóg. Tak zaczął przyjmować ludzi w rodzinnym Elblągu, a pierwszą uzdrowioną miała być jego ciotka. Od tego czasu jego popularność rosła i rozchodziła się po całym regionie.

Uzdrawiał i straszył

Dwa lata później „cudotwórca” przeniósł się do wsi Kruszewnia, obok Morąga (woj. warmińsko-mazurskie) i przyjmował chorych w swojej prywatnej posesji. Bywało, że dziennie „uzdrawiał” 400 osób, które przyjeżdżały głównie z okolic Lubartowa (woj. lubelskie). Ta „praca” pozwoliła mu na reperację finansów i prestiż. Zdarzało się, że cudotwórca leczył ludzi nawet w salkach katechetycznych, czy w kościołach. Zatrudnił kierowcę, sekretarkę, a pacjenci czekali w kolejce nawet kilka miesięcy.
Uważał, że ludzie cierpią na choroby za grzechy z poprzednich wcieleń. Dlatego, aby przestać chorować muszą stać się dobrzy. Straszył, że może te choroby uzdrowić, ale może też je na kogoś nałożyć.
Ludzie w Kruszewni pamiętają Kacmajora.
– To był taki typowy prosty facet. Nosił dżinsy, modne koszule, skórę i okulary, dbał o swój wygląd. Lubił wypić, palił dużo papierosów i klął. Znał się z moim mężem, który pochodzi z Maliniaka blisko Kruszewni i czasami do nas zachodził. Nigdy nie widziałam w nim nic boskiego, wręcz przeciwnie, był takim zwyczajnym człowiekiem. Ale widziałam te tłumy, które do niego przyjeżdżały– opowiada 59-letnia Jadwiga G. z Morąga. – Ja nie wierzyłam w jego cuda, choć na początku zastanawiałam się nad tym, bo moja ciotka została wyleczona z bólów kręgosłupa. Po roku te bóle jej wróciły. Zapytałam go kiedyś: Boguś ty naprawdę w to wierzysz? A on mi powiedział wierzę i dlatego leczę i tak bardzo głośno zaczął się śmiać.
Inny mieszkaniec Morąga Grzegorz P. uważa, że miał spore sukcesy i wielu ludziom pomógł w wyleczeniu. – Sam do niego się zapisałem bo miałem chore stawy. Jak nałożył na mnie ręce, to poczułem dziwne prądy i zawroty głowy. Później nie maiłem już żadnych problemów ze zdrowiem – przyznaje mężczyzna.

Oddawali majątki

W 1990 roku Kacmajor rozwiódł się z żoną, sprzedał posiadłość w Kruszewni i przeniósł się do wsi Majdan Kozłowiecki koło Lubartowa. Co dziwne, najwięcej jego uzdrowionych pacjentów pochodziło z tamtych terenów. Kupił tam ponad 30 hektarów ziemi i rozpoczął budowę dużego domu dla rodziny i około 40 wyznawców. Przy budowie domu pomagał im najbogatszy człowiek z tamtych terenów.
Wyznawcy widzieli już w Kacmajorze swojego guru. Byli mu podporządkowani do tego stopnia, że oddawali cały swój dobytek, sprzedawali domy, samochody i mieszkania, z których pieniądze przekazywali Kacmajorowi. Nie pracowali zawodowo, nie oglądali telewizji, nie słuchali radia, nie czytali prasy, odmawiali służby wojskowej, rejestracji urodzeń dzieci i posyłania ich do szkoły oraz leczenia u lekarzy. Wierzyli, że rezygnacja z życia i oddanie się w ręce Boga, da im moc uzdrawiania oraz wywoływania chorób i śmierci. W swoim zaślepieniu zniszczyli swoje dokumenty tożsamości i przybrali absurdalne imiona: „Raj”, „Autobusem przez Miasto”, „Trójkątyzacja Kota”, „Anioł Rowerowy”, „Do Góry Nogami”, czy „I Śrubokręt Nie Pomoże”. Sam Kacmajor przybrał imię „Nie”, a jego druga żona „Bo” (co razem oznaczało „Niebo”). Grażyna U. – absolwentka muzykologii i pedagogiki urodziła mu siedmioro dzieci, choć według planów miało ich być tyle co plemion Izraela – dwanaścioro. Dzieciom nadali imiona: „Niebo Idzie”, „Do”, „Nas”, „Co Dzień”, „Nowe”, „Świtem” i „Mądrość”.
Twierdził, że imię dla Boga nie jest ważne. Powtarzał: „Moje nowe imię: „Nie” ma sens, a stare imię „Bogdan” gówno znaczy”.

Przydzielał żony

Tak powstała sekta z pełną nazwą „Niebo – Zbór Chrześcijański Leczenia Duchem Bożym”. Przy posesji postawili wykonany z patyków drogowskaz: „Niebo” – ale nazwa często ulegała modyfikacjom.
W 1991 roku Kacmajor rejestruje spółkę cywilną Leczenie Ludzi przez Nakładanie Rąk, w 1992 roku: Leczenie Duchem Bożym w Imieniu Jezusa Chrystusa przez Nakładanie Rąk, inne nazwy to m.in. Państwo Jutrzenki Pomocy Nieustającej.
Kobiety obowiązywało całkowite posłuszeństwo wobec mężczyzn, wymagało się od nich rodzenia dzieci, które miały stanowić nową ulepszoną wersję człowieka. Misją sekty było przygotowanie 144 tysięcy osób, które miały przeżyć zagładę świata zapowiadaną przez guru w 2000 roku.

fot-1
Wyznawcy kpili z prawa i posługiwali się językiem seplenionym, pozbawionym: ą, ę, sz, cz, ś, ż, ź, itp. Sami sobie udzielali ślubów błogosławionych przez Kacmajora. Doszło do sytuacji, gdy guru nakazał poślubić 14-letniemu chłopcu 25-latkę. Ta mająca już dwoje dzieci z innym, urodziła kolejne dziecko.
Kacmajor nie tylko przydzielał nowe imiona i nowe żony, ale sam odbierał porody, uczył dzieci i nie posyłał ich do kościoła. Szkoła była dla niego czymś zepsutym i uczącym niewiary, zaś kościół katolicki odszczepieńcem od Boga.

Beczeli jak barany

Miejscowi z Majdanu byli im na początku przychylni, zwłaszcza po tym jak wyznawcy sprzedawali za bezcen swoje pralki i telewizory uważając to za przeszkodę materialną w drodze do czystości. Traktor sprzedali za dziesięć jajek, volkswagena za worek ziemniaków.
Przyszedł czas, że brakowało im pieniędzy, bo chorzy już nie walili do nich tłumami. Być może dlatego, że Kacmajor sam już nie leczył, ale „przyuczał do uzdrawiania” co niektórych, w tym nawet byłego policjanta z Lubartowa.
Tymczasem zaczęły się zgłoszenia od rodziców, których nastoletnie dzieci nie chciały opuścić sekty. Do policji napływały sygnały o nierejestrowaniu noworodków i „Niebo” zaczęło być na językach mediów. W końcu doszło tam do tragedii, gdy jedna z kobiet, która wstąpiła do seksty pod wpływem męża, po kilku latach napisała list pożegnalny, pojechała do Lublina i rzuciła się z dwunastopiętrowego wieżowca.
Natomiast jeden z wyznawców został znaleziony martwy, gdy opuścił – bez środków do życia – areszt. Zwłoki odkryli w lesie robotnicy, miał nóż w ręce i przeciętą tętnicę szyjną. Zaczęły się także niesnaski z miejscowymi, więc Kacmajor przepowiedział kilku z nich szybką śmierć, „zadawał” klątwy i wraz z innymi wygwizdywał procesję, która w Dzień Matki Boskiej Zielnej szła przez wieś. Wyznawcy krzyczeli do tłumu obraźliwe słowa, beczeli jak barany i mierzyli do ludzi z pistoletów wystruganych z drewna.
Gdy umarł człowiek ze wsi, sekta wystawiła przy drodze kukłę zrobioną na jego podobieństwo z napisem: „On nie chciał się z nami bawić”.

Morderca w „Niebie”

Mieszkańcy zaczęli się ich obawiać. Do otwartego konfliktu doszło, gdy członkowie sekty zaczęli kraść we wsi. Guru tłumaczył, że kradną aby m.in. wejść na policję i rozmawiać o Bogu, że Chrystusowi ludzie dawali pieniądze i on też nigdzie nie pracował, że prawo mówi: z wiary żyć będziecie. Gdy policja próbowała przeszukać posesję wyznawcy wzięli w ręce siekiery.
Przez jakiś czas w sekcie ukrywał się Janusz Ochnik, zabójca czterech żołnierzy z jednostki wojskowej w Zegrzu. Gdy trafił na obserwację psychiatryczną do szpitala w Abramowicach pod Lublinem tam poznał Kacmajora. Wkrótce Ochnik uciekł ze szpitala i ukrywał się w „Niebie” w specjalnie dla niego wybudowanym schowku. Jednak zimą 1994 roku Kacmajor uznał, że zbieg jest dla sekty zbyt wielkim ciężarem i wygonił go z „Nieba”.
W końcu „Niebo” przestało sobie radzić, bo skończyły się pieniądze. Nie było jedzenia i prądu, a guru kazał odejść tym najbardziej słabym – nie zastanawiając się dokąd mają pójść. Pod koniec 2002 roku sekta opuściła wieś, wydzierżawiając dom na dwa lata sąsiadowi.
Zatrzymali się na Podhalu w miejscowości Stare Bystre i tam wynajęli mieszkanie. Stamtąd wraz z matką uciekł Dawid K. – jeden z synów Kacmajora. Chłopiec uważał swój dom za nienormalny, bał się też zamierzeń ojca o zbiorowym samobójstwie w razie ciężkiej sytuacji życiowej. Po czterech dniach błądzenia – bez jedzenia i dachu nad głową – matka Grażyna U. kazała synowi zgłosić się do domu dziecka, natomiast sama znikła.
Zaraz po tym do nowego mieszkania guru zapukali policjanci, bo zatrzymali jednego z wyznawców, gdy ten chciał sprzedać kradzioną konsolę. Odebrano mu też resztę dzieci. Policjanci odwiedzali go jeszcze kilkakrotnie, więc razem z innymi znowu zmienił miejsce pobytu. Gdy wrócił do Majdanu, zastał tam wybite szyby i zdewastowane wnętrza.
Od 2005 roku nikt go już tam nie widywał, a ludzie mówili, że podobno osiedlił się na Ukrainie gdzie miał stałych pacjentów.

Zabiła ich sekta

Grupie zostały postawione zarzuty działalności przestępczej, izolacji i tworzenia dziwacznych imion. Byli członkowie donosili, że kilka z urodzonych dzieci zginęło, natomiast te które zmarły i płody z poronień były zakopywane na terenie sekty i w pobliskim lesie. Kacmajor był już wcześniej podejrzewany m.in. o zabójstwa noworodków oraz sprzedawanie dzieci za granicę. Śledztwo w tej sprawie i oględziny posesji w Majdanie zostało przeprowadzone w 1997 roku , ale nic nie udało się znaleźć.
Jeden z byłych wyznawców postanowił wszystko opowiedzieć w swojej książce „Pięć lat w sekcie Niebo”. Sebastian Keller szczegółowo opisuje wszystkie tego konsekwencje. Podkreśla, że nie wszyscy, którzy głoszą uzdrowienie w imię Chrystusa, znają prawdziwego Zbawiciela, a przywódcy sekt przyciągają do siebie ludzi czyniąc często znaki i cuda, ale mocą, która nie pochodzi od Boga. „Ponieważ w niczym nie byłem lepszy od Macieja, Damiana, Jagody, Mariusza, Lucyny, Sławka oraz Przemka, których już nie ma, którzy stracili życie przez tę sektę. A ja żyję i może tylko po to, aby dać świadectwo o ich cierpieniu, o tym jak wiele zła „Niebo” i Bogdan Kacmajor wyrządził im i ich bliskim” – pisze autor.
Sebastian, który do sekty trafił, jako zapatrzony w Kacmajora 20-latek, spędził tam 5 lat zanim zdecydował się odejść: – W końcu moje życie w Niebie zamieniło się w piekło. Cierpiała też moja żona, którą poznałem po rocznym pobycie w Majdanie i przywiozłem do sekty. Przez pierwsze dwa lata byłem w hierarchii niebiańskiej bardzo wysoko, można powiedzieć: „pupilek Kacmajora”. Czułem się przez niego wyróżniany, był dla mnie jak ojciec i tak go traktowałem. Potem byłem już jak zaszczute zwierzę, zamykany przez miesiąc na strychu, straszony, przeklinany. Pod koniec mego pobytu trzech największych osiłków w sekcie zaprowadziło mnie do pustego pokoju – tam mnie tłukli przez pół godziny za złe myśli o Grażynie Kacmajor i za to, że nie jestem posłuszny. Marzyłem, aby stamtąd uciec. Dwa razy próbowałem, lecz po paru godzinach wracałem, bo tam przecież była moja żona i kochana córka. Najgorsze było to, że Kacmajor nam wmówił, iż jest bogiem, który zstąpił na ziemię, a jego najstarszy syn to Chrystus.
Wspomniana Jadwiga G. z Morąga, która wraz z mężem znała Kacmajora, kręci ze zdziwienia głową, bo nie wierzy że człowiek jest zdolny do uwierzenia w takie rzeczy; – Nie rozumiem tych ludzi, bo jak widzieli, że tam już dzieje się źle, to powinni byli odejść. Przecież musieli widzieć, że to nie ma nic wspólnego z Bogiem.

Aneta Dzich

Kacmajor był w sekcie jedyną wyrocznią

 Lata 90. obfitowały w różne sekty i kulty. Po latach komunizmu mnóstwo osób, szczególnie młodych, szukało jakiegoś celu w życiu. Osoby te stawały się łatwym łupem dla różnych hochsztaplerów. Pranie mózgu, różne sztuki psychologiczne uzależniały wyznawców od swych „nauczycieli”. Ci zaś często kierowali się zupełnie materialnymi powodami – w tamtym okresie związki wyznaniowe korzystały z ogromnych ulg przy sprowadzaniu sprzętu elektronicznego czy samochodów z zagranicy. W tamtym okresie w Polsce działało kilkaset różnych związków wyznaniowych.

SONY DSC
Tomasz Połeć

Z sektą „Niebo” zetknąłem się w 1955 roku, kiedy to pracowałem w Expressie Wieczornym jako dziennikarz śledczy. „Niebo” stało się głośne dzięki swemu charyzmatycznemu przywódcy – Bogdanowi Kacmajorowi. Zajmując się tą sprawą trafiłem do Majdanu Kozłowieckiego nieopodal Lublina, w którym mieściła się siedziba sekty. Byłem tam kilkakrotnie. Za pierwszym razem członkowie sekty byli jeszcze dość otwarci, pozwolili naszej ekipie wejść na teren, robić zdjęcia. Sam „guru” nie pokazywał się, wysyłał swoich przedstawicieli.

Spotkanie z wyznawcami sekty było wstrząsające. Opowiadali bzdury z pełną wiarą w prawdziwość swoich słów i w żaden sposób nie można ich nakłonić do dialogu. Gdy próbowałem podważać fakt, że Kacmajor nie jest bogiem, rozmowa natychmiast się urywała, a oni zachowywali się agresywnie – pluli, rzucali w nas. Byli naprawdę przekonani, że Kacmajor jest Bogiem i ma moc czynienia cudów.

Sekta była niezwykle złośliwa. Gdy któryś z członków próbował się uniezależnić od nich i uciekł – ścigali go. Znałem kilka przypadków, gdy uciekinierzy przez wiele miesięcy byli prześladowani anonimowymi telefonami, wybijano im szyby w oknach domów, w jednym przypadku doszło do pobicia.

W sekcie to Kacmajor był jedyną wyrocznią. On decydował o życiu i śmierci członków (dosłownie), on wskazywał kto ma z kim żyć, on uczył, żywił i ubierał. Każde nieposłuszeństwo było karane – dzieci czy kobiety zamykano na kilka dni w ciemnych pomieszczeniach.

Bardzo wielu wyznawców przekazało swe majątki Kacmajorowi. Ten jednak w szybkim czasie roztrwonił je, prowadząc dość lekkomyślną gospodarkę finansową sekty. I to prawdopodobnie był główny powód rozpadu sekty – po prostu członkowie nie mieli co jeść.

Z samym Kacmajorem spotkałem się w prokuraturze w Lublinie, gdzie czekał na przesłuchanie. Pamiętam jego pełne szaleństwa oczy, które na mnie akurat wrażenia nie zrobiły, ale musiały robić na ludziach, którzy szukali swej drogi w życiu. Nie powiedział wiele, bełkotał coś o swoim posłannictwie, o tym, że jest mesjaszem, a właściwie bogiem. Po zatrzymaniu Kacmajora sekta rozpadła się.

Tomasz Połeć

Autor jest dziennikarzem, współzałożycielem Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami

fot. Agencja Gazeta

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ