Po 28 latach szczęśliwego życia, uciekała z Syrii przed bezwzględnością i okrucieństwem  rebeliantów. Była przez nich torturowana. Tego, co przeszła i widziała, nie da się opisać. Do dziś boi się zemsty islamistów.
 Od powrotu minęło kilka dni, a ona nadal roztrzęsiona cała: – To jeszcze ciągle za mało czasu, by dojść do siebie – łamaną polszczyzną, niemal cedząc przez zęby poszczególne słowa, przyznaje 47-letnia Dorota Dąbrowska. Nie było jej w kraju przez 28 lat. – Rzadko mówiłam po polsku – usprawiedliwia się. Opowiada wolno. Im więcej opowiada, tym łatwiej jej idzie.
Spotkałem się z nią w Zabrzu. Przyszła  z 17-letnim synem Aisą i  52-letnim bratem  Dariuszem, który wiele lat temu przyjechał za pracą z Warszawy na Górny Śląsk. Kiedyś mieszkali razem na warszawskiej Białołęce, przy  ulicy Zegarynki: Było nas dwanaścioro w rodzinie. Mama miała domek, nie remontowała go, teraz już nie ma tam praktycznie do czego wracać – przyznaje Dariusz. Nie przelewało się. Zatem każde z dzieci ruszyło w swoją drogę. Jego poniosło do Zabrza. Tu założył rodzinę. Zatrudnił się w kopalni „Pstrowski”. Kopalnię zlikwidowano, on jest teraz na emeryturze.
Dorota spod Damaszku uciekła z synem właśnie do niego. Uciekała przez Libię. Dariusz chce pomóc siostrze, choć w Zabrzu żyje skromnie z rodziną.
– Tak przecież siostry nie zostawię! – skinieniem głowy wskazuje na Dorotę i chłopaka o delikatnej, arabskiej urodzie, którego arabskie imię można przetłumaczyć na polskie: Krzysztof.
Każdy ruch ciała sprawia Dorocie  Dąbrowskiej ból. Obraca się pomału, jak na zwolnionym filmie, podnosi ręce, wędrują do jasnych włosów; poprawia luźno spadające na twarz kosmyki: – Przepraszam, jeszcze czuję na ciele każdy mięsień.
Niedawno ją bito, torturowano: – Gdy przyjechała, miała podpuchnięte oczy, pod nimi sińce! – opowiada Dariusz – Cała była w siniakach! Teraz dopiero przychodzi wolno do siebie.
Niewysoka kobieta, wątła, o wymizerowanej kredowo-żółtej twarzy, w niczym nie przypomina tamtej ze zdjęcia sprzed lat, które trzyma przed sobą. Widzę na nim zadowoloną z siebie, uśmiechniętą osobę, ufną w to, co przyniesie przyszłość.
Spoza kościstych policzków, delikatny grymas pojawia się na jej twarzy: – Z dalekiej podróży wracam…
 Długie łapy Al-Kaidy
Pokazuje pierwsze zdjęcia z Syrii. Młoda kobieta o długich blond włosach, w dżinsowym stroju, przyrządza mężowi lokalną potrawę.  Nikt by dziś nie uwierzył, jaką wtedy była szczęśliwą kobietą.
Tego, co przeszła i co widziała, nie da się opisać. Najważniejsze jednak, że żyje. Że jest z nią syn, Aisa. Czeka jeszcze na przyjazd córki, 23-letniej Asfar (Klaudii): – Jutro przyleci z Libanu.
Dorota zastanawia się, czy może ujawnić swoje polskie nazwisko. – Al-Kaida ma długie łapy…
Na pewno nie poda arabskiego nazwiska, po mężu Syryjczyku. Choć już od dawna nie żyją z sobą, i rzadko kontaktowała się z jego rodziną, to nie chce, aby z jej powodów spotkała w Syrii kogoś krzywda.
Za żadne skarby świata nie zamierza tam wracać. Nigdy. Wie, co mówi: – Otrzymałam z dziećmi bilet lotniczy w jedną stronę.
Widziała na własne oczy zbrodnie. Zbrodnie straszne i okrutne. Mordowano na jej oczach dzieci, kobiety i syryjskich mężczyzn. Zbrodnie, o jakich czytała jedynie w podręcznikach szkolnych o drugiej wojnie światowej. Zbrodnie dokonywane w ojczyźnie jej męża, przez ludzi związanych z Al-Kaidą.

dorota-w-syrii

Nie zna się na polityce, ale to wcale nie jest tak, jak się przedstawia sytuację w Syrii: – To nie Baszar al-Asad jest zły, to Al-Kaida. To ich się należy bać. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę doświadczyć czegoś podobnego.  Oni nienawidzą Ameryki, która ich popiera, i wszystkiego co amerykańskie. Krzyczą na ulicach, że potem pójdą na Europę. Na chrześcijan i przeciw temu, co ich zdaniem niewierne. W Syrii walczą z rządem Asada na śmierć i życie. A świat dostaje przekłamany obraz tego konfliktu.
Aisa, syn Doroty zna tylko arabski. Na słowo Al-Kaida poważnieje i przestaje się bawić telefonem komórkowym. Pokazuje ręką długie bokobrody, zarost i kształt turbanu, daje do zrozumienia, że boi się tak odzianych ludzi.
– Wszędzie ich pełno w Syrii, ściągają tam ze wszystkich państw arabskich! Mogą zamordować z zemsty, nawet w Polsce! – twierdzi Dorota. Z niedowierzaniem spoglądam na nią.
– Al-Kaidy pan nie zna – stwierdza kobieta.
Fajnie im się gadało
W warszawskim domu mieli zawsze pod górkę: – Było ciężko, co to dużo gadać – przyznaje Dariusz. Ich matka miała na wychowaniu dwanaścioro dzieci i męża, który za kołnierz nie wylewał. Nie żałował też dzieciom kuksańców. Na dalszą naukę nie było czasu. Musieli szybko stawać o własnych nogach, stąpać twardo po ziemi. Dorota zdobyła zawodowe wykształcenie. Została krawcową: – W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku krawiectwo to było za mało, aby utrzymać się w Warszawie – wyjaśnia. Zaczęła handlować. Różnymi towarami. Tym co uszyła również. Handlowała w różnych miejscach stolicy, na Bazarze Różyckiego także. Komunizm dogorywał i do Polski zaczęli przyjeżdżać na handel ludzie ze Wschodu. To wtedy poznała przyszłego męża, Mazena.  Na targu go poznała: – To był przypadek. Koło jego straganu rozłożyłam swój.
Mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące.  Najpierw trudno im się było porozumieć, ale on łapał szybko. Na początku pojedyncze polskie słówka. Potem już nawet całe zdania. Poza tym znał angielski i rosyjski. Ona uczyła się rosyjskiego w szkole i wzięła się również za angielski. Po roku gadali. Fajnie im się rozmawiało. Wtedy już handlowali razem, na wspólnym stoisku. Było taniej. On przywoził towar ze Wschodu. Ona pomagała jemu, on jej. Oboje zarabiali, i mamie Doroty także zaczęło się lepiej powodzić.
W końcu stwierdzili, że Warszawa, to za mało, że trzeba ruszyć dalej.  Znalazł się samochód. I tak, jak wszyscy Polacy, ruszyli na podbój Europy. Odwiedzali Związek Radziecki, Czechosłowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i potem szlak na Grecję, i dalej do Turcji.
Handlowali wszystkim. Najwięcej materiałami i odzieżą, w końcu była krawcową. W każdym z państw szło co innego. Z jednego przewozili, w drugim sprzedawali. To była wyższa szkoła jazdy. Wtedy zbliżyli się do siebie. Nie miała nic do stracenia. Nie powie, ognisty i zaradny Arab, zajmujący się handlem, robił na niej wrażenie. Poza tym pochodził z chrześcijańskiej rodziny w Damaszku: – Nie było sprzeczności, mnie również wychowano w wierze katolickiej.
W czasie jednego z takich wypadów na południe Turcji, Mazen postanowił, że tym razem, od razu nie wrócą do Warszawy. Przekroczyli granicę turecko-syryjską i pojechali do jego rodziców, do Damaszku: – Chciał, aby zobaczyli, jaką będą mieć synową – wspomina Dorota – Dom był jasny, przestronny, z ogrodami w środku, i biały. Jak wszystkie wokół, na małych, wąskich, zatłoczonych, pełnych ludzi i przeróżnych pojazdów uliczkach. Ojciec mego przyszłego męża był adwokatem. Znał angielski, francuski i różne dialekty arabskie. Był człowiekiem wykształconym. W domu było kilka pokoi, kuchnia. Mieszkała tam matka Mazena i dwie jego niezamężne siostry. Na ścianach wisiał  obrazek Matki Boskiej i  Chrystus na krzyżu.
W domu z mężem i teściem rozmawiała już tylko po angielsku, jej teściowa i dwie siostry męża nie znały innych języków, prócz arabskiego.
Wygnana z domu
 Potem jeszcze kilka razy odwiedzała swoją przyszłą rodzinę w Damaszku. Spodobała się. Rodzina Doroty też nic nie miała przeciwko temu małżeństwo. Po ślubie zamieszkali razem w Damaszku.
– Nie powiem, było skromnie, ale fajnie.
Dorota nauczyła się arabskiego. Stał się jej drugim językiem, może się nim biegle posługiwać w piśmie i mowie. W Syrii nie zmuszano Doroty do zmiany koloru włosów, nie musiała też nosić tradycyjnych arabskich strojów, ani zakrywać twarzy. Była Polką. Jest nią przecież nadal: – Nigdy nie zrzekłam się polskiego obywatelstwa, ani paszportu!
– To były piękne lata – wspomina kobieta   W pięknym, rozwijającym się mieście, o które dbał w tamtych czasach Hafiz al-Asad, a po jego śmierci obecny prezydent, jego młodszy syn, Baszar al-Asad, człowiek otwarty na nowoczesność.  To się widziało po tamtejszych sklepach i towarach – podkreśla Świat zawitał do Damaszku.
Wprawdzie nie miała pracy, ale wszyscy w domu jej męża trzymali się razem. Ona szyła. Tym zarabiała. Ale to było mało. Różne stroje szyła, dla sąsiadów i ich dzieci również. I nawet się podobały, bo szyła po europejsku. Interesowała się też arabskim krawiectwem.
W domu pozwolono jej nosić się po europejsku. Na ulicy też nie miała z tego powodu problemów. Gdy jednak wychodziła gdzieś dalej, na zakupy, lub odwiedzić kogoś, musiała mieć zgodę męża. Spotykała się z życzliwością i sympatią otoczenia, sąsiadów, że taka odważna, że zdecydowała się wyjść za Araba i tutaj zamieszkać, w domu jego rodziców.
komunai-dzieci
Pamiątka z Pierwszej Komunii dzieci Doroty Dąbrowskiej
Nie interesowała ją za to wielka polityka: Nie obchodziło mnie,  kto z kim przystaje w Syrii, i dlaczego.
Lata mijały.  Najpierw urodziła się Asfar. Dorota już dobrze mówiła po arabsku – miała sporo czasu w domu, ciągle szlifowała język. Mąż wyjeżdżał gdzieś w różnych sprawach, a potem wracał.
– I nic nie wskazywało, że może nastąpić coś złego.
Nadal mieszkali wszyscy razem. Gospodarowali też razem. Dom trzymał teść. Asfar dorastała, a monotonne życie stawało się codziennością. Dorota tęskniła za rodzinnym domem. Nie miała jednak pieniędzy, aby pozwolić sobie na odwiedziny kraju. I wtedy, niespodziewanie, zmarł jej teść – podstawowy żywiciel całej rodziny. Mazen nadal nie zarabiał dużo. Z powodu braku stałej pracy Doroty, po śmierci jej teścia, dochodziło w domu do awantur. Prowokowanych przez siostry Mazena: – W końcu kazały mi się wynosić na swoje. Na dodatek zachorowała teściowa. A, gdy siostry postawiły Mazenowi warunek, albo ja, albo dom rodzinny, to wtedy odczułam, co naprawdę znaczy kobieta w kulturze arabskiej. Nawet nie musiały mu stawiać takiego ultimatum. Natychmiast stanął po ich stronie. Sam mi powiedział, bym się wynosiła i opuściła dom, bo on zostaje. I nawet się nie zainteresował, gdzie znajdę się z Asfar. W końcu wynajęłam mieszkanie w innej dzielnicy Damaszku.
Wtedy pękło wszystko pomiędzy nimi. I tak miała sporo szczęścia, pozwolono jej odejść z córką. Postawiono jednak warunek, że będzie odwiedzała regularnie dom rodzinny: – Inaczej by mi odebrano Asfar, w krajach arabskich mężczyzna jej górą, w każdej sytuacji.
Zaczęły sobie radzić z córką we dwójkę. Znała już na tyle dobrze arabski, że w końcu znalazła pracę i zaczęła sprzedawać w różnych sklepach. Życzliwi Arabowie, którzy ją zatrudniali, wiedzieli, że to Europejka, Polka. Uśmiechali się tylko pod nosem.
Asfar kończyła szkołę, odwiedzała ojca, babcię oraz ciotki. Dorota czasami pojawiała się w ich domu. Z takich spotkań właśnie – cztery lata po opuszczeniu domu w Damaszku – narodził się Aisa.
– Powiedziałam, że jednak nie wrócę do Mazena, ale będzie mógł odwiedzać syna, będę z nim przychodziła do ich domu.
Wtedy mąż Dąbrowskiej wpadł we wściekłość. Chciał nawet porwać syna. Sprawa trafiła do sądu. Rozwiedli się. Mazen próbował wymusić opiekę nad synem. Sąd jednak przyznał Aisę matce, jak przypuszcza Dąbrowska, dlatego, iż przez cały ten czas była obcokrajowcem, że nie zrzekła się własnego obywatelstwa: – Pokazałam w sądzie paszport, gdybym była Syryjką, na pewno by mi odebrano syna, to standard w tamtych stronach.
 W tamtym okresie zacieśniał się kontakt Dąbrowskiej z polską ambasadą w Damaszku. Podczas spotkań przypominała sobie ojczysty język. Pojawiała się na różnych uroczystościach i okolicznych spotkaniach rodzinnych, rodaków zamieszkałych w Syrii. Starała się przybliżyć dzieciom kulturę polską: – U Mazena w domu nigdy nie rozmawiało się o Polsce – dodaje.
I wtedy, po raz pierwszy, pomyślała o powrocie do kraju. Zwróciła się o pomoc do ambasady w Damaszku. Przyjęli ją, wysłuchali, jednak konsul oświadczył, że bardzo mu przykro, ale nie będzie się mieszał, gdyż sprawa z góry jest przegrana. W Syrii panują inne prawa i zwyczaje, niż w Polsce, i jej mąż nie wyda zgody na wyjazd swych dzieci, a to podstawowy warunek. Ona zapewne też nigdy nie opuści córki i syna. Zatem muszą się dogadać we dwoje.
Sprawa powrotu do kraju upadła.
Tymczasem Asfar poszła śladami dziadka i rozpoczęła studia prawnicze na uniwersytecie w Damaszku. Studia kosztowały sporo i Dąbrowska z dziećmi  musiała przenieść się do uboższej dzielnicy, w okolicę Babesalam-Midam, na obrzeża Damaszku. Z braku pieniędzy – Mazen ciągle zarabiał mało, bądź w ogóle – po trzech latach Asfar przerwała studia.
Brat zabija brata
Wielka polityka gdzieś tam żyła sobie daleko poza nią, i w tych sprawach jedynie coś obijało się o jej uszy. I teraz też tak było. Dopóki ktoś się nie podpalił, a inni uznali, że to wszystko z powodu rządów Baszar al-Asada.
– Ponad dwa lata temu, w styczniu, nagle wszystko się zaczęło.
Zauważała przez lata podział wśród Syryjczyków: ci dobrze sytuowani sprzyjali Hafiz al-Asadowi i jego synowi, Baszar al-Asadowi. Mniej zamożni, ubodzy, masy – stanowiące jednak sporą większość społeczeństwa Syrii – zazdrościły władzom. Oni nazywali obu prezydentów dyktatorami. Będąc obcą, nigdy nie wdawała się w takie dyskusje: – Gdy przyjechałam do Damaszku, ulice też szemrały, ale teraz się wylało.
Pierwsze demonstracje, interwencje, policja i wojsko. Cywile, rewolucjoniści  złapali za broń i zaczęło się. Nikt już nad tym nie panował. Brat zabijał brata. I do tego Al-Kaida.
Dorota, jej syn Aisa i brat Dariusz w Polsce/ fot Roman Roessler
– Mieszkaliśmy gdzieś półtora godziny drogi autobusem od centrum Damaszku –  ciężko opowiadać Dorocie o zdarzeniach, których była świadkiem – Ginęli moi sąsiedzi, znajomi ze sklepów, ludzie, których widywałam na ulicy, zawsze zaganiani troskami dnia codziennego. Bezbronni, których też nie interesowała wielka polityka.
Pamięta dokładnie, gdy kolejny raz rebelianci wpadli na osiedle, w cywilnych ubraniach, z jakimiś zielonymi opaskami – każdy je miał wokół ramienia – i wdarli się do jej mieszkania. Myślała, że już po niej i jej dzieciach. Skuleni w rogu pokoju, przerażeni, w trójkę wpatrywali się w rozjuszone, nieogolone, brodate i wąsate twarze napastników, z arabskimi hasłami na opaskach głów. To byli młodzi ludzie, często bardzo młodzi. Szukali swych rodaków, Muzułmanów, aby ich zabić. Widzieli, że była Europejką. Rozglądali się tylko, plądrowali pokoje i wypadli. A potem w domu obok znaleźli tych, których szukali, i zabijali ich po kolei. Wszystkich, których dopadli. Wyciągali na zewnątrz i mordowali, w imię Allacha, i na pohybel Ameryce. Wrzeszcząc przy tym niemiłosiernie, w jakimś histerycznym podnieceniu. Bezwzględni i niewzruszeni dla błagających o litość. Sadystyczni w swym morderczym i religijnym fanatyzmie. Jak z książek o drugiej wojnie światowej, które Dorota czytała, jak w 1939 roku hitlerowcy pacyfikowali Bydgoszcz. Potem dowiedziała się, że ci wymordowani nieopodal jej domu, byli zwolennikami Asada.
– Zaraz po nich, przyszli tamci z brodami, Al-Kaida. I wydawało się, że ci co wcześniej odeszli, zabijali z polecenia tej islamskiej organizacji.
Takich zdarzeń w jej dzielnicy było sporo.  Bywały miesiące, że cały czas przebywała z dziećmi w piwnicy, bądź siedziała zamknięta na cztery spusty w domu. Przerażeni muzułmanie z sąsiedztwa – widząc, w jakim stanie znajduje się kobieta – podrzucali pod jej drzwi wodę i jakieś jedzenie, żeby tylko przeżyła z dziećmi.
– Wspaniali, zwykli ludzie!
Raz  muzułmanin, w podeszłym wieku, stał przed jej drzwiami z pożywieniem w rękach, nie spoglądając Dorocie w oczy – wiara nie pozwalała mu patrzeć kobiecie w twarz, szczególnie niewiernej. Wykręcając głowę na boki prosił, aby przyjęła strawę od jego rodziny.
– I gdyby nie tragizm całej sytuacji, byłoby nawet śmiesznie –  Dorocie  nie było jednak do śmiechu.
Innym razem, po przejściu rebeliantów z Al-Kaidą, gdy znowu zabijali, tym razem kogo popadło, rabowali i palili domostwa. Ona z dziećmi siedziała wtedy w piwnicy. Widziała, jak  śmierć poniosło dziecko z przeciwka: – Na ulicy umierała na moich rękach, prosząc mnie cichutko o pomoc, kilkuletnia dziewczynka, a jej młoda matka konała właśnie na ulicy. Nic nie mogłam uczynić.
Takich momentów nie zapomina się do końca życia.
Rebelianci nie oszczędzali dzieci. Taka w nich była zawziętość jakaś, i nienawiść. Może dlatego, że strefę, w której zamieszkiwała Dąbrowska, kontrolowały wojska rządowe, i tutejszą ludność traktowano jako przeciwników Islamskiej Syryjskiej Koalicji Narodowej na rzecz Opozycji i Rewolucji?
– Muzułmanie mordujący muzułmanów! To jakiś nonsens!
Pożywieniem dzielili się z Dorotą także żołnierze „reżimowi”, gdy wchodzili zaraz po krwawym przejściu rebeliantów: – To były wojskowe racje. Pomagali jej i innym.  Informowali, kiedy będą bombardowały samoloty, abyśmy się nie znaleźli w zasięgu rażenia, przestrzegali przed innymi akcjami, abyśmy się chronili.
Dorota przypuszcza, że ostrzegali w tajemnicy przed dowództwem, z litości nad ludnością cywilną. Jednemu z oficerów oświadczyła, że jest cudzoziemką, z Polski, że z dziećmi mieszka już trzy miesiące w piwnicy. Oficer doradzał, by jak najszybciej uciekła do Libanu. Obiecał pomoc. Z jego telefonu kontaktowała się z Mazenem. Był przerażony. Nie wiedział, co się przez ten czas działo z nią i z dziećmi. Umówili się na spotkanie. Jednak kontakt z Mazenem nagle się urwał.
 Bita i torturowana
– To był istny dom wariatów – wspomina Dorota. Ambasada w Damaszku już nie działała, zamknięta, a z tego co się dowiedziała, wszystkie polskie rodziny zostały już ewakuowane, i z tego co powiedzieli jej Rosjanie, była ostatnią Polką w Damaszku!
– Rosjanie ewakuowali z pobliskich dzielnic swoich, rodziny doradców wojskowych, dyplomatów, znam przecież rosyjski, rozmawialiśmy, dziwili się, że jeszcze tu jestem, ale nie mogli mnie i moich dzieci zabrać ze sobą, tak twierdzili. Też doradzali, abym się kontaktowała z polską ambasadą w Bejrucie.
Dorota była już zdecydowana na wyjazd do Polski.
– Na nowo odezwał się mój były mąż. Mazen był tak przerażony, że od razu zgodził się na ratowanie naszych dzieci, bym uciekała z nimi do Polski. Dał mi nawet pieniądze, pomógł w wyrobieniu paszportów syryjskich.
Listownie i telefonicznie ustaliła z bratem, Dariuszem wszystkie szczegóły powrotu.
Dwa razy była busami w Bejrucie. Kilkugodzinna wyprawa w obie strony, to ponad 100 kilometrów przez wzniesienia, kotliny i piaski. Kluczyli głównymi i bocznymi drogami. Cały czas miała przy sobie polski paszport, zawsze pomagał. Konsul w Bejrucie, radca Lech Faszcza, wysłuchawszy opowieści Dąbrowskiej, natychmiast powziął decyzję. Mieli wylecieć z Bejrutu 5 września. Umówili się, że czekać tu będą na nią paszporty dyplomatyczne dla jej syna i córki, i skredytowany bilet lotniczy. W sumie – dla całej trójki – za 850 dolarów, które teraz musi zwrócić.
Uradowana wracała do Damaszku.
– Zatrzymała nas kolejna kontrola na granicy libańsko-syryjskiej. Właściwie, nie wiedziałam już, jacy Syryjczycy kontrolują nasz bus. Różni ludzie wracali nim do Damaszku. Wszyscy byli przerażeni. Kontrolujący częściowo byli w mundurach, częściowo po cywilnemu. W czasie ostatniej podróży do ambasady w Bejrucie, była ze mną Asfar. Zaczęli nas trzepać, ale Asfar puścili. Mnie zatrzymali. Spoglądali w mój paszport, na mnie. I jeden z nich oznajmił, że Polska jest w koalicji z Izraelem, i że jestem izraelskim szpiegiem. Według nich jeżdżę tędy, żeby wszystko przekazać swemu krajowi, a oni Izraelowi. Płaczącej córce kazali jechać dalej, choć błagała, żeby mnie puścili, że jestem jej matką. Mnie wtrącili do jakiejś piwnicy w przygranicznym budynku. Tydzień mnie przetrzymywali, bili i torturowali, abym się przyznała.
Dorota nie chce opowiadać szczegółów tego dramatu.
– Nie są to dla mnie zbyt miłe wspomnienia, i chciałabym jak najszybciej o nich zapomnieć. Tym bardziej, że nic złego nie zrobiłam, nie byłam niczyim szpiegiem!  Ale nie dałam się, byłam zdesperowana, ale i wściekła na nich.
Spodziewała się najgorszego. Powtarzała, twardo i zdecydowanie, że jest Polką, i – pomimo ciągłego bólu i siniaków, cieknącej z licznych ran krwi – mówiła oprawcom, że jak jej się coś przytrafi,  to Polska się o nią upomni.
– W każdym razie, po tygodniu wypuścili mnie. Po powrocie do Damaszku natychmiast skontaktowałam się z Mazenem, był podenerwowany, ale i zarazem szczęśliwy, że dzieci zostaną uratowane. Asfar i Aisa byli mniej zadowoleni, bo nie mieli ochoty odlecieć do nieznanego im kraju. Uzgodniliśmy, że dzieci przyjadą pożegnać się z ojcem, babcią i ciotkami, a ja przygotuję tymczasem wszystko do wyjazdu.
Kiedy pakowała  w domu walizy, na ulicy powstało ogromne zamieszanie, krzyki, i usłyszała ryk nadlatujących samolotów, a potem huk wybuchów, i straciła przytomność.
– Ocknęłam się, gdy jakiś żołnierz za włosy wyciągał mnie z gruzów zburzonego domu. Szukano w zgliszczach moich dzieci, sąsiedzi pytali, gdzie są. Potem żołnierze odwieźli mnie do szpitala. Powiedziano mi, że muszę tam zostać, bo mam złamane żebra, mocno pogruchotaną rękę i stłuczenie głowy. Odpowiedziałam, że nie mogę, gdyż odlatuję z dziećmi do Polski.
Nie odlecieli jednak w ustalonym terminie, a konsul w Bejrucie, dowiedziawszy się o całym zdarzeniu, przebukował bilety jej i syna na 26 września 2013 roku. Asfar miała przylecieć później.
Powrót do Polski
Ostatnia wyprawa busem z Damaszku do Bejrutu była już spokojna.
– Na przejściu granicznym syryjsko-libańskim pytali o wiek Aisa. Na wszelki wypadek skłamałam, że jadę z nim do Libii odwiedzić umierającego ojca. Bałam się, żeby nagle nie postanowili wcielić syna do armii, co z racji jego wieku było możliwe. Sprawy rodzinne dla Syryjczyków są jednak święte, i żadna taka sugestia na przejściu granicznym nie padła z ich strony. Oczywiście zrewidowano mnie i prześwietlono gips na ręce, czy czegoś w nim nie przewożę. Przed nami rewidowano innych, musieli wyrzucić sprzęt z nagranymi na nich filmami. Nie zastanawiając się dłużej, ze strachu, wyrzuciłam do rowu również wszystkie moje nagrania, zapis zbrodni rebeliantów, które chciałam przemycić do kraju i tu pokazać.
Jak samolot podnosił się z bejruckiego lotniska, pierwszy raz od wielu lat była naprawdę szczęśliwa. Na Okęciu nie tak szybko opuścili lotnisko. Znowu prześwietlano jej gips, przeszukiwano. Rewidowano również dokładnie Aisa.
– Ponad dwie godziny po przylocie samolotu, oczekiwałem na wyjście siostry z jej synem – dodaje Dariusz.
corka
Asfar, ku rozpaczy matki, zdecydowała ostatnio, że wraca do swego chłopaka, którego jakiś czas temu poznała w Libanie
Dorota nie wyobraża sobie, aby jej były mąż przyleciał do Polski: – Nie dałby sobie tutaj rady, to już inny kraj, niż wtedy. A poza tym, on nie chciał.
Po załatwieniu ostatnich formalności w Bejrucie, także Asfar wylądowała w końcu w Warszawie. Była podenerwowana i przerażona przylotem do Polski, kompletnie nieznanego sobie kraju. Płakała na lotnisku.  Dariusz, Dorota i Aisa spóźniali się. Od razu podpadła ochronie Okęcia, zapłakaną poddano osobistej rewizji. Wszystko się jednak zakończyło pomyślnie, gdy ujrzała matkę i swego brata.
Z powodu niezbyt dużego mieszkania Dariusza, nie mogła zamieszkać wraz z bratem i matką w Zabrzu. Aktualnie mieszka w stolicy u innych członków rodziny matki. Niestety, problemy językowe powodują ciągły stres u dziewczyny. Asfar, ku rozpaczy matki, zdecydowała ostatnio, że wraca do swego chłopaka, którego jakiś czas temu poznała w Libanie. Nie przypadł on jednak do gustu jej matce. Niemal codziennie, przez telefon komórkowy, dziewczyna kontaktuje się ze swym libańskim chłopakiem, on wydzwania do niej do Warszawy. Chcą się pobrać, co doprowadza matkę Asfar do rozpaczy.
Aisa przyzwyczaja się do nowej rzeczywistości. Raz się tylko zdenerwował, gdy na pokazie, na Śląsku, zobaczył nowoczesny czołg. Szarpnął matkę za ramię i zapytał, czy również tutaj szykuje się wojna. Wprawdzie nie zna innego języka, prócz arabskiego, to zamierza uczyć się polskiego. Zna za to mechanikę samochodową.
– Mój przyjaciel obiecał, że zatrudni chłopaka w swym warsztacie – podkreśla Dariusz.
Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Zabrzu udzielił Dorocie Dąbrowskiej finansowego wsparcia. Z mieszkaniem dla niej, to już gorsza sprawa. Jako Polce, nie przysługuje jej status uchodźcy, i władze Zabrza, do których zwróciła się z prośbą o pomoc w tej sprawie, odpowiedziały, że niestety, musi przejść całą procedurę, aby ewentualnie otrzymać takie lokum, i  to musi potrwać.
Chyba, że pomoże MSZ i sprawę przyspieszy.
Roman Roessler
 Reportaż z 2013 roku
 logo-reporter-na-www-kopia
 
 
 
 
 

Zobacz również: