Polska, 1969-11. Nocna kontrola Milicji Obywatelskiej (MO) na drogach woj. olsztyńskiego. Nz. funkcjonariusz MO przy radiowozie. uu PAP/Stanisław Moroz Dokładny dzień wydarzenia nieustalony. Poland, Nov. 1969. Night check by citizens' militia on the roads of Olsztyn province. Pictured: a militiaman at a Volga car. uu PAP/Stanislaw Moroz

Nic nie wskazywało, że w ten sobotni wieczór zdarzy się coś nadzwyczajnego. Jednak wydarzenia potoczyły się bardzo dynamicznie. W pościgu za sprawcą napadu na taksówkarza, kapitan Bryndza o mało nie stracił życia.

Była wrześniowa noc 1969 roku. W komendzie, przy ulicy Armii Czerwonej w Jeleniej Górze, szykowano się do wieczornej odprawy.
– Jak zwykle o tej porze, odprawiałem do służby nocną zmianę – wspomina kapitan Stanisław Bryndza Pechowo, nie zgłosił się na zmianę wyznaczony przewodnik psa tropiącego, starszy sierżant Tadeusz Staszewski, który wcześniej dostarczył zwolnienie lekarskie.
Odprawa miała charakter rutynowy – sprawdzenie sprawności broni, zapoznanie z fotografiami i rysopisami poszukiwanych sprawców przestępstw. Służbę oficera dyżurnego przyjął doświadczony i spokojny porucznik Stanisław Bójko. Przed gmachem komendy stały gotowe do wyjazdu dwa samochody służbowe. W tym niezawodny gaz 69, który w razie potrzeby mógł pomieścić sporą grupę pościgową, i pokonywał  trudności terenowe na cztery „łapy”.
Wieczorny spokój niespodziewanie przerwał ciągły sygnał klaksonu. Przed komendą, obok służbowych samochodów, zaparkowała oznakowana jeleniogórska taksówka. Kierowca blokując przejazd, wyskoczył zza kierownicy jak poparzony. Drzwi zostawił otwarte na oścież i pognał w kierunku wejścia do komendy. To zachowanie przyciągnęło kryminalnych do okien.
Ostrzelany taksówkarz
Na dyżurce przerażony kierowca opadł na fotel z okrzykiem:   Napad!
Przez chwilę nie był w stanie wydobyć z siebie słowa.
– Zaopiekowaliśmy się nim, podaliśmy wodę. Taksówkarz przedstawił się, że nazywa się Piotr Kowalski i przed chwilą  na postoju taksówek, przy ulicy Obrońców Pokoju, nieznany sprawca podszedł do niego od strony pasażera, sterroryzował go pistoletem i stanowczym głosem zażądał od niego wydania pieniędzy – opowiada naczelnik Bryndza Kiedy ten odmówił, padł pierwszy strzał w jego kierunku. Na szczęście niecelny. Kierowca uruchomił silnik i na pełnym gazie wystartował w kierunku miasta. Drzwi odruchowo się zamknęły, sprawca pozostał na zewnątrz. Taksówkarz słyszał jeszcze kilka strzałów oddanych w jego kierunku.
Podczas pobieżnych oględzin, kryminalni stwierdzili ślady po kulach w kilku miejscach na samochodzie. Pozyskali również mało precyzyjny rysopis sprawcy. Był to mężczyzna w średnim wieku, szczupły, brunet. Kierowca zapamiętał, że był ubrany w szarą kurtkę. Pistolet z wyglądu przypominał mu broń, jaką miał w wojsku.
Nie było czasu do stracenia. Wydarzenie miało miejsce zaledwie kilkanaście minut wcześniej. Niezwłocznie zorganizowano pościg za sprawcą.
– Taksówkarza zabrałem ze sobą – podkreśla kapitan Bryndza Z oficerem dyżurnym umówiłem sposób nawiązywania łączności radiowej oraz wydałem polecenie zorganizowania posiłków w razie potrzeby i powiadomienia komendanta, podpułkownika Pawła Kuleckiego. Poprosiłem, aby na wszelki wypadek do jednostki ściągnięto w trybie alarmu lekarza resortowego.
 Krwawy pościg
Sześcioosobowa, dobrze uzbrojona grupa pościgowa z kapitanem Bryndzą na czele, znalazła się na miejscu zdarzenia. Szybka reakcja przemawiała na korzyść kryminalnych. Rozpytano taksówkarzy, którzy tego wieczora stali z poszkodowanym na postoju. Kryminalni otrzymali kilka ważnych tropów. Wszystkie prowadziły w kierunku zalesionych terenów na wzgórzu Krzywoustego nad Bobrem. Powoli zapadał zmrok, który mógł być sprzymierzeńcem napastnika. Kryminalni, wyposażeni w latarki punktowe i reflektory na samochodach, ruszyli do akcji. Obok młokosów, w grupie pościgowej znalazł się były żołnierz frontowy, sierżant Bolesław  Łata, który nie rozstawał się ze swoim pistoletem maszynowym. Jedynie psa tropiącego zabrakło.
Zwiad kryminalny zdobył bardziej szczegółowe informacje i samochody ruszyły drogą w stronę schroniska Perła Zachodu. Tutaj pościg podzielił się na dwie grupy. Pierwsza, pieszo zaczęła penetrować teren od strony rzeki Bóbr, druga od spodziewanego miejsca ukrywania się napastnika. Na wzgórzu Krzywoustego, przy drodze na Perłę Zachodu – o zmroku nastąpiło niespodziewane spotkanie ze ściganym.
 – Okazało się, że w tym miejscu otoczyliśmy go z dwóch stron. Chcąc dać znać podejścia mojej grupie, znalazłem się na poboczu zadrzewionej drogi. W tym momencie, z odległości około piętnastu metrów, zza przydrożnego drzewa w moim kierunku padł pierwszy strzał, a za nim drugi, widziałem wyraźnie rozbłyski – relacjonuje Stanisław Bryndza Zdecydowałem się bronić i oddać strzał w kierunku napastnika, nacisnąłem język spustowy i… cisza. Niewypał w takiej sytuacji. Instynktownie padłem na pobocze jezdni, i całym ciałem przylgnąłem do ziemi, licząc na pomoc. Przez myśl przeleciały mi słowa frontowca, mojego ojca: „Jeżeli do Ciebie strzelają, padnij i przytul się do matki ziemi, ona ciebie nie zawiedzie”. Nie wyczuwałem, abym został trafiony, chociaż wiedziałem, że może to być złudzenie – wspomina naczelnik.
Ścigany wykorzystał tę sytuację, gdyż przez moment zaskoczeni funkcjonariusze cofnęli się na niżej położone pole, nie otwierając ognia w obawie o swojego naczelnika.
– Nie otrzymawszy wsparcia, przez moment miałem ochotę wstać i poderwać ludzi – podkreśla Bryndza – Jednak napastnik nie odpuszczał, oddał do mnie jeszcze kilka strzałów. Pociski podrywały kamienie z jezdni. Rykoszet pocisku, który się odbił od przydrożnego słupka kamiennego, zagwizdał nad moim lewym uchem. Uszkodził mi słuch na jakiś czas, przy tym wyczuwałem jego odpryski.
To wszystko działo się błyskawicznie, i trwało zaledwie kilkanaście sekund. W tym krytycznym momencie z pomocą naczelnikowi przyszedł sierżant Bolesław Łata. Wypatrzył, skąd padają strzały, i wysoko po koronie drzewa posłał dwie długie serie z pistoletu maszynowego. Z drzewa posypały się odłamki gałęzi. Przestraszony napastnik odpuścił. Zaczął uciekać w kierunku miasta i ogródków działkowych.
Oczywiście obie grupy pościgowe ruszyły w kierunku kapitana Bryndzy, aby sprawdzić, w jakim jest stanie.
– Zobaczyli mnie z bliska, opartego o przydrożne drzewo, z zakrwawioną twarzą – opowiada naczelnik   a Bolek oświetlił mi głowę i wykrzyknął: „Naczelnik jest ranny”, chcieli przerwać pościg. Jednak przy bliższych oględzinach okazało się, że nie mam żadnej rany postrzałowej. Natomiast padając na żwirową jezdnię, głęboko zraniłem opuszkę kciuka lewej ręki, która obficie krwawiła, a gdy obmacywałem głowę porysowaną niegroźnymi odłamkami żwiru, rozmazałem krew po twarzy. Dłoń owinąłem chusteczką. Twarz przetarłem drugą, i nie tracąc cennego czasu, ruszyliśmy w pościg za napastnikiem. Nie mógł uciec zbyt daleko, gdyż od strony lasu płynęła szeroka i głęboka rzeka Bóbr. Natomiast od strony miasta, gdzie z daleka widać było oświetlone ulice, dokąd zmierzał ścigany. To my mieliśmy lepszą sytuację – podkreśla.
Dramatyczna obława
Sprawca schronił się na terenie ogródków działkowych, na obrzeżach miasta. W jednej z kilku altanek spał podchmielony działkowicz. Jak się później okazało, miał on konflikt z żoną i dla świętego spokoju postanowił przespać się na działce. Widząc obławę, wskazał altankę, gdzie ukrył się ścigany. Po akcji, działkowicz otrzymał premię pieniężną.
Kryminalni mieli przewagę, wiedzieli, że jako pierwsi nie musieli używać broni: – Zachowaliśmy wszelkie środki bezpieczeństwa. Wyznaczyłem funkcjonariuszy z zadaniem otoczenia altanki. Natomiast sam, z pożyczoną bronią i grupą penetracyjną, zbliżyłem się do drzwi wejściowych. Zgodnie z zasadami, wezwałem do poddania się i złożenia broni. Brak było reakcji. Przygotowaliśmy się do wyważenia drzwi – relacjonuje Stanisław Bryndza.
W pewnym momencie funkcjonariusz z obławy podniósł alarm, że napastnik wyczołguje się przez okienko strychowe z drugiej strony altanki. Wszystkie światła latarek skierowano w tym kierunku.
1
Kapitan Bryndza pokazuje bliznę na dłoni, pamiątkę po pościgu
Napastnik zeskoczył na ziemię, uzbrojony w widły. Tym samym nadział się na grupę obstawiającą altankę. Stoczył zaciętą walkę, w czasie której rozbrojono go z wideł. Skutecznie zamknięto mu drogę ucieczki. W starciu ze ściganym, doszło do niegroźnego urazu podudzia prawej nogi funkcjonariusza.
– Kiedy znalazł się na mojej wysokości, otrzymał silne uderzenie pistoletem w plecy, w okolice karku. Uderzenie na chwilę wytrąciło napastnika z równowagi. Nadział się na włączoną do akcji grupę penetracyjną. W wysokich liściach rabarbaru się zakotłowało. Młody, krępej budowy ciała, wysportowany napastnik nie odpuszczał. Stawiał zaciekły opór, a ciemności nocy były jego sprzymierzeńcem. Chcieliśmy go wziąć żywcem, bez użycia broni – wspomina kapitan Bryndza.
Napastnik został obezwładniony, położony na glebę, przeszukany i zakuty kajdankami. Wynik przeszukania okazał się zaskakujący, nie znaleziono przy nim broni. Na zadane mu pytanie, gdzie podział się pistolet, odpowiedział wymijająco – skąd ma wiedzieć, pierwszy raz słyszy o czymś takim. W świetle latarek przeszukano wnętrza altanki, gdzie znaleziono porzucony w sianie pistolet typu TT z pustym magazynkiem. Broń została zabezpieczona do badań kryminalistycznych. Brak amunicji był niewątpliwie przyczyną podjęcia walki wręcz. Gdyby miał przy sobie zapasową amunicję, nie wiadomo, jak to wszystko by się skończyło.
Służba konwojowa przetransportowała  zatrzymanego Stanisława Zaryckiego do komendy, gdzie został osadzony w areszcie tymczasowym, do dyspozycji prokuratora.
Jeszcze tej nocy kapitan Bryndza znalazł się na sali zabiegowej pogotowia ratunkowego, gdzie opatrzono mu ranę i założono sześć klamer spinających. Do dzisiaj na dłoni widoczna jest blizna. Opatrzono również funkcjonariusza służby kryminalnej, który doznał urazu nogi zadanego widłami.
Arsenał u kochanki
 W niedzielny poranek do drzwi mieszkania Haliny Kwiatkowskiej w Cieplicach, dziewczyny podejrzanego Stanisława Zaryckiego, zapukała służba kryminalna. W mieszkaniu przeprowadzono rewizję. W torbie podróżnej należącej do podejrzanego, znaleziono dwa oryginalnie zapakowane pudełka z amunicją po 60 sztuk do pistoletu TT oraz dwa zapasowe magazynki. Przesłuchana zeznała, że nie zaglądała do torby podróżnej narzeczonego, jak również nie wiedziała, że posiadał pistolet.
Sprawcą napadu na taksówkarza z bronią w ręku, okazał się 20-letni Stanisław Zarycki, z zawodu tokarz, nie karany, poszukiwany dezerter z jednostki wojskowej, który przyjechał do Jeleniej Góry i czasowo zamieszkał u swojej dziewczyny w Cieplicach.
Znalezioną w czasie przeszukania altanki broń, pistolet TT, udokumentowano procesowo w protokole przeszukania altanki i zabezpieczono do badań kryminalistycznych. Na rękojeści technicy kryminalistyki ujawnili i zabezpieczyli ślady odcisków palców. Ekspertyza daktyloskopijna potwierdziła identyfikacje odcisków palców na broni i karcie daktyloskopijnej, podejrzanego Stanisława Zaryckiego.
W świetle takich dowodów, oraz rozpoznania przez taksówkarza, podejrzany skapitulował i przyznał się do napadu rabunkowego. Przyznał się również do strzelaniny w czasie pościgu. Nie potrafił wyjaśnić, do czego było mu potrzebne 120 sztuk amunicji do pistoletu TT, którym się posługiwał, oraz zapasowe magazynki.
W czasie toczącego się śledztwa, prokurator zarządził wizję lokalną z udziałem podejrzanego i pokrzywdzonego. W tym celu śledczy, korzystając z pomocy technika kryminalistyki, opracował szkic miejsca ostrzelania z wyraźnym zarysem położenia sylwetki naczelnika, miejsca, z którego padły strzały, oraz udokumentowanych na jezdni śladów uderzenia pocisków i ich rykoszetów.
– Stwierdzono jednoznacznie, że miałem wiele szczęścia, nie podnosząc się  z ziemi po pierwszych dwóch wystrzałach – opowiada kapitan Bryndza – W przeciwnym razie, byłbym żywą tarczą dla drugiej serii wystrzałów, które padły w moim kierunku. Prokurator doszedł do wniosku, że moja sylwetka nijak nie daje się zmieścić w wyznaczonym przez pociski szkicu. Nie mogłem zostać nietrafiony. Ciągle byłem na linii strzału. Prokurator wreszcie podsumował: „Pan jesteś, panie naczelniku, pod opieką Pana Boga”.

Justyna Bryndza-Bielewicz

ZOBACZ!  Polacy za granicą i słynne polskie k**wa. Internet podzieliło jedno nagranie [WIDEO]

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ