Są wegetarianami, ekologami, starają się żyć zgodnie z zegarem biologicznym. Chcieli być bliżej natury. Uciekając z miejskiej głupoty wpadli w wiejską. Ale okazało się, że głupota ludzka wszędzie jest taka sama, tylko przybiera różne formy. Stereotypy, zaściankowość, czy po prostu brak dobrej woli doprowadziły do tego, że odebrano im dzieci. Matka trafiła do szpitala psychiatrycznego. Z obawy, że może targnąć się na swoje życie.

Karolina Starzyńska (52 l.) z partnerem i dwójką uroczych dziewczynek żyją na swój sposób. W żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jest to rodzina patologiczna. W ich domu nie ma alkoholu. Rodzice nie piją i nie biją dzieci. Nie dochodzi też do przypadków molestowania. Ich sytuacja socjalno – bytowa nie jest też dramatyczna. Wprawdzie – jak mówią pracownicy GOPS – warunki mają spartańskie, ale do zaakceptowania. Wiele rodzin żyje biedniej. Poza tym matka interesuje się córkami, jest częstym gościem w szkole. Poświęca sporo czasu by przyrządzić im zdrowe posiłki. To w czym tkwi problem? W sposobie życia, a zwłaszcza wychowania dzieci.

Natura

Karolina (52 l.) i Adam (45 l.) poznali się 11 lat temu na Festiwalu Wegetariańskim na Pomorzu. On dopiero szukał swojej drogi w życiu. Ona starsza, bardziej doświadczona, pomogła mu ją znaleźć. -Zbliżyły nas wspólne zainteresowania i połączyła prawdziwa przyjaźń, do tego stopnia, że jesteśmy prawie nierozłączni – Karolina prosi by nie nazywać ich konkubentami, partnerami, tylko przyjaciółmi.

Początkowo mieszkali u jej rodziców w Poznaniu, by w końcu osiąść na hrubieszowskiej wsi (w ekologicznie czystej ale zapóźnionej Polsce B). Chcieli żyć w zgodzie z naturą, z dala od konsumpcyjnego stylu życia i wyścigu szczurów. Wprowadzili się do starego, drewnianego domku w Obrowcu, w którym Adam się wychował. W piętrowym murowanym domu obok mieszkali jego rodzice, którzy nie akceptowali tego związku. Gdy konflikty przybrały na sile para musiała się wyprowadzić. Po jakimś czasie wrócili. Z noworodkiem. Angelika przyszła na świat w 2006 r. Po trzech latach urodziła się Letycja (rysy jej twarzy wskazują, że może mieć Zespół Downa). Dzieci nie zmieniły stylu życia rodziców, nieco go jednak zmodyfikowały. Karolina i Adam nadal żyją po swojemu. Starają się – na ile to możliwe – żyć według wskazówek zegara biologicznego (spać tyle ile potrzebuje ich organizm by wypocząć, nigdzie się nie śpieszyć). Jednak jakiemu podlegają dzieci wymusił na nich wcześniejsze wstawanie.

-Gdyby nie obowiązek szkolny, pewnie zapadalibyśmy w sen zimowy, jak niedźwiedzie – śmieje się Adam.

Co jakiś czas całą czwórką wsiadają do swojego busa i wyjeżdżają na kilka dni. By pooddychać pełną piersią na łonie natury, spotkać się z ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Bliskie im są „społeczności alternatywne” – wśród nich czują się najlepiej. Jak u Słomy (muzyka, bębniarza Jerzego Słomińskiego) w Dąbrówce koło Lubartowa, który buduje Rodzinny Dom Kultury Pokoju. Spotykają się tam grupy rozbudzonych intelektualnie i emocjonalnie zapaleńców, by oddać się wspólnemu muzykowaniu i dyskusjom przy ognisku. Karolina i Adam z córkami spędzali niemal każdy weekend sierpnia w Dąbrówce na Dniach Kultury Pokoju, imprezie u Słomy, gdzie panuje iście rodzinny klimat.

Porody
Ich sposób życia, światopogląd nie wziął się znikąd. Jest wynikiem wieloletnich obserwacji swojego ciała i studiowania filozofii egzystencjalnej, filozofii wschodu. -Od ponad 30 lat uczę się zdrowia, nie medycyny. Wiem, że gdy zjem trzy kawałki tortu, to wieczorem nie będę mogła pracować umysłowo, nie poczytam już sobie Kierkegaarda, nie zrozumiem Sartre’a, nie pogram na instrumentach – Karolina jest muzykiem amatorem.
To, że dziewczynki przyszły na świat w warunkach domowych, to był świadomy, przemyślany wybór. -Wszystkie moje porody były naturalne. Gdy 26 lat temu rodziłam pierwszą córkę, dobrze przygotowałam się do porodu. Dużo czytałam na ten temat, miałam kontakt z Ewą Nitecką, ze Stowarzyszenie na Rzecz Naturalnego Rodzenia i Karmienia, chodziłam na wykłady francuskiego położnika Michela Odenta. Gdy podzieliłam się z nim swoimi obawami powiedział krótko „Jesteś kobietą, zatem urodzisz”. Wtedy zrozumiałam i przestałam się bać – wspomina. – Poród to mistyczne przeżycie. Gdy kobieta wie, że jest zdana tylko na siebie, na siły natury, podąża za swoim ciałem – Karolina ma czwórkę dzieci (dwoje jest już dorosłych).
Adam był przy narodzinach Angeliki i Letycji. Jest ich ojcem, ale nie na papierze. W aktach urodzenia dzieci nie ma jego nazwiska (pod względem prawnym ojciec jest nieznany, dziewczynki noszą nazwisko matki).
-Z opinii kuratora sądowego wynika, że matka nie chciała się zgodzić by ojciec był wpisany w akcie urodzenia. Ojciec jest zupełnie przez nią zdominowany – wyjaśnia Andrzej Lachowski, prezes Sądu Rejonowego w Hrubieszowie.

2

Dla Adama taki matriarchat jest wygodny. W stosunku do dzieci nie ma żadnych obowiązków, nie musi płacić alimentów. – Wystarczy mi więź emocjonalna z córkami i ich bliskość. Gdy przychodzą do mnie i przytulają się – mówi.

Kurator

Sygnały o ich niestandardowym trybie życia stopniowo dochodziły do lokalnej społeczności. Początkowo, gdy dziewczynki były małe, kontrowersje wśród miejscowych budził jedynie fakt, iż nie są zapisane do żadnej przychodni lekarza rodzinnego, nie przechodzą obowiązkowych szczepień. -Pielęgniarka środowiskowa dostała donos, że na wsi pojawili się ludzie z noworodkiem i przyszła do nas w odwiedziny. Gdy dowiedziała się, że urodziłam w domu, to sobie wykoncypowała, że  musi mi teraz powiedzieć co mam robić. Byłam w połogu trzymałam córkę przy piersi, a ta prawie na mnie krzyczała -relacjonuje Karolina. – Widząc co się dzieje, przerażona podejściem służby zdrowia powiedziałam Adamowi, że ja rezygnuję z tych sielskich ekologicznych warunków i wracam do Poznania, bo tam przynajmniej nie ma takiego ciemnogrodu. Wsiedliśmy w busa i pojechaliśmy. Załatwiliśmy sprawy urzędowe związane z aktem urodzenia. Aż tu pewnego razu przychodzi kuratorka i przynosi mi pismo z sądu. Okazało się, że ta pielęgniarka spod Hrubieszowa przyczyniła się do założenia mi sprawy (o ograniczenie władzy rodzicielskiej – przyp. red.). W związku z tym, że przebywaliśmy w tym czasie w Poznaniu, rozpoznawał ją tamtejszy sąd. Pamiętam jak sędzina powiedziała: „państwo rzeczywiście nietypowo zajmujecie się dzieckiem, ale to nie znaczy, że źle. A może nawet lepiej”.
I to zakończyło sprawę. Ale tylko w Poznaniu.
Po jakimś czasie rodzina wróciła na wieś. I znowu się zaczęło. -Przyszło pismo z sądu, że mam się stawić na rozprawę dotyczącą ograniczenia praw rodzicielskich. Mieliśmy inne plany, wyjazd z którego nie zamierzaliśmy rezygnować. Ponieważ nie stawiłam się na rozprawie sąd przydzielił mi kuratora – wspomina.
Szkoła

Konflikty przybrały na sile gdy Anglika poszła do szkoły, którą prowadzi Stowarzyszenie Rozwoju Wsi Obrowiec. -Byłam bardzo szczęśliwa, że dziecko nie musi chodzić do szkoły molocha. W tej małej szkółce było ponad 20 uczniów. W klasie Angeliki były tylko 3 dziewczynki. Panowała  rodzinna atmosfera. Córka chętnie chodziła do szkoły. Nie musiałam jej zmuszać. Zawsze była chwalona, uważana za dziecko bardzo inteligentne – mówi matka.

Nagle okazało się, że jest niedożywiona. Było to 5 września. Renata Makieła, dyrektor szkoły poinformowała Danutę Gerynowicz, kierownik GOPS-u o tym, że dzieci są głodne. Nazajutrz wystosowała wniosek o objęcie ich dożywianiem.

Dziwić może tylko fakt, że w tym czasie dziewczynki nie chodziły do szkoły. -Chcieliśmy wykorzystać piękną pogodę i przedłużyliśmy sobie wakacje. Dziewczynki przyszły do szkoły dopiero w poniedziałek 12 września, opuściły zaledwie 6 dni. Zważywszy na to, że był to początek roku szkolnego, uznaliśmy, że nic takiego się nie stanie.

Kierownik zgłosiła zapotrzebowanie na dożywianie do placówki, która dowozi obiady dla uczniów z gminy Hrubieszów.

Tym razem problemem okazał się wegetarianizm (podstawą ich diety są rośliny strączkowe, kasze, warzywa, owoce).

-Prosiłam kucharki o to, by oddzielały obiady dla moich wegetariańskich dzieci. Ziemniaki są tam z mortadelą, tłuszczem. Jak było drugie danie mówiłam córce by jadła czyste ziemniaki i surówkę. Gdy jedna z pracownic szkoły powiedziała mi, że wszystkie zupy gotowane są  na mięsie (zupy są 3 razy w tygodniu, obiady są jednodaniowe), poprosiłam by w zastępstwie zupy, moje córki dostawały banana, jabłko czy jakiegoś Kubusia. Za takie obiady chętnie sama będę płacić. Niestety moje prośby na nic się zdały. Nie chciało im się. Dlatego przynosiłam córkom obiad do szkoły.

 Opieka społeczna

Gdy kierownik Danuta Gerynowicz dowiedziała się o tym, że dzieci nie jedzą obiadów, postanowiła interweniować. – Do 19 września nie byłam świadoma, że matka zabrania dziewczynkom spożywania szkolnych posiłków. Gdy tylko dostałam pismo od dyrektorki szkoły z informacją, iż w ub.r. starsza zemdlała podczas akademii szkolnej, od razu zadzwoniłam do kuratora sądowego. Bałam się, że może dojść do tragedii – tłumaczy.

Tego dnia w szkole odbyło się spotkanie matki z kuratorką, pracownikiem socjalnym, kierownikiem GOPS, dyrektorką szkoły i nauczycielami. Rozmowa nie należała do łatwych.

Nazajutrz dzieci nie przyszły do szkoły. Karolina postanowiła zatrzymać je w domu, gdyż – jak twierdziła – były wymęczone psychicznie tą sytuacją. Zaniepokoiło to opiekę społeczną. -Tylko we wrześniu Angelika opuściła 28 godzin lekcyjnych. Gdy przyjechałyśmy do nich do domu, matka wykrzyczała, że przez nas nie może się pozbierać, po tym co wczoraj przeżyła nie może normalnie funkcjonować i musi odpocząć. Powiedziała, że jej córki do tej szkoły już nie wrócą, że będzie szukać dla nich innej placówki. Myślę, że to przelało czarę goryczy – wyjaśnia kierownik GOSP.

Agnieszka Żmuda, kurator sądowa musiała podjąć decyzję. Nie była łatwa. Postanowiła jednak wnioskować do sądu o zmianę miejsca zamieszkania dzieci i umieszczenie ich w placówce opiekuńczo – wychowawczej. Uznała, że przebywanie dzieci w tej rodzinie może zagrażać ich zdrowiu.

Sąd – dmuchając na zimne – przychylił się do wniosku kuratorki. 22 września po godz. 9, po dzieci przyjechała kuratorka, pracownice PCPR, w asyście dwóch dzielnicowych KPP. Nie mogli znaleźć ubrań, dlatego dziewczynki zostały opatulone w koce, zaniesione do samochodu i wywiezione do Pogotowia Opiekuńczo – Wychowawczego w Krasnymstawie. Płakały i krzyczały. Adam niewiele mówił (spytał tylko policjantów gdzie pojechały). Karolina nagrywała całe zajście na tablet. Skupiła się na rejestrowaniu pracy kuratorki i policjantów.

Z notatki kuratora sporządzonej po tym zdarzeniu wynika, że w trakcie czynności matka dwukrotnie powiedziała, że targnie się na życie jeśli zostaną zabrane jej dzieci. W związku z tym funkcjonariusze policji wezwali karetkę pogotowia. Kobieta została przewieziona na izbę przyjęć szpitala w Hrubieszowie. Prosiła o rozmowę z psychologiem, ale nikt jej nie słuchał. Ubrano ją w kaftan bezpieczeństwa i kazano czekać na karetkę, która zabierze ją do szpitala psychiatrycznego w Radecznicy. Na oddziale zamkniętym przebywała ponad tydzień. Nie przyjmowała leków, odmawiała badań. -Było ze mną bardzo źle, ale dzięki przyjaciołom, którzy mnie odwiedzali i wspierali w tych ciężkich chwilach poczułam się lepiej. Trzymali mnie tam bezzasadnie. Nie mówiłam, że popełnię samobójstwo. Teraz wiem, że moja rodzina została rozbita przez niepedagogiczne podejście dyrektorki szkoły. To fakt Angelika zemdlała na akademii. Ale nie tylko jej się to zdarzyło. Uroczystość była w małej, dusznej salce, okna były pozamykane, panował tam potworny zaduch. Gdy zobaczyłam, że córka blednie i osuwa się na podłogę, podbiegłam i ją wyniosłam na świeże powietrze. Od razu doszła do siebie. Drugi raz zasłabła na lekcjach. A to dlatego, że poszła do szkoły bez śniadania. Staram się by dziewczynki zjadły rano coś ciepłego. Zupę z kaszy jaglanej, brązowego ryżu, czy płatków owsianych z dodatkiem mleka orkiszowego, czy kokosowego. Ale Angelika nigdy rano nie jest głodna. Wtedy pozwoliłam jej nie jeść, bo się śpieszyła na lekcje – wyjaśnia matka. – Jak była mniejsza brała do szkoły słoiczek z soczewicą, kaszę jaglaną na słodko, czy zupę warzywną. Dzieci zaczęły się z niej śmiać, dlatego zaczęłam robić jej standardowe kanapki, by nie czuła się odmienna. Zaczęliśmy kupować chleb, wafle ryżowe, buły z kapustą czy soczewicą.

Dyrektorka szkoły zapewnia, że problem nie był wyłącznie wegetarianizm. -Angelika miała mnóstwo nieobecności w szkole, ciągle się spóźniała. Nauczycielka angielskiego miała kłopot z wystawieniem jej ocen – tłumaczy Renata Makieła. -Wszystkie dzieci chciałyby żyć zgodnie z zegarem biologicznym, spać do południa, ale muszą żyć zgodnie z czasem europejskim. Przez trzy lata byłam wyrozumiała. Ale w szkole musi być ład i porządek. Dzieci mają być czyste, najedzone, zdrowe i spełniać obowiązek szkolny.

Balans i równowaga

Kilka lat temu Karolina dostarczyła do opieki społecznej zaświadczenie od Elżbiety Dąbrowskiej z Poznania, stosującej medycynę ekologiczną. Z pieczątki jaką się posługuje wynika, iż jest lekarzem pediatrą, prowadzi Indywidualną Specjalistyczną Praktykę Lekarską „Magnetostymulacja”.

„Rozwój Letycji jest niezwykle harmonijny, i według mnie jest wynikiem nad wyraz prawidłowej i troskliwej opieki matki” – napisała.

-Od urodzenie Letycji jeździliśmy regularnie do Eli, która jest pediatrą wegetariańskim. Mam do niej pełne zaufanie, świetnie się dogadujemy. Jak dziewczynki były małe przez tydzień mieszkaliśmy u niej, w tym czasie ona obserwowała nasze dzieci. W domu gdy tylko coś się działo dzwoniłam do niej i stosowałam się ściśle do jej rad. Podczas pierwszych objawów choroby zawsze odstawiamy produkty, które karmią wirusa (pieczywo, przetwory mleczne), przechodzimy na surowe warzywa i owoce, na kaszę jaglaną, soczewicę, wodę z imbirem. Wtedy wszystkie objawy chorobowe mijają. Najważniejszy jest balans. Umiejętność dostosowania się do warunków zewnętrznych. Gdy sobie folgujemy, siedzimy w kawiarni, jemy ciastka, rurki z kremem czy lody, wtedy szybciej łapiemy przeziębienia. Gdy nie przekroczymy limitów spożywania niewłaściwych produktów to organizm daje sobie radę. Nie jesteśmy strasznie restrykcyjni. Na co dzień nie przesadzamy z dietą. Ale jesteśmy „nienormalni” bo nie jemy mięsa, nie używamy kosmetyków, nie korzystamy z detergentów.

Karolina niewątpliwie jest specyficzna. „Bratnią duszę” znalazła w Teresie Perechubko – Mirosław, dyrektor Poradni Psychologiczno -Pedagogicznej w Hrubieszowie.

-Nasze rozmowy trwały godzinami. Wyglądały nieco dziwnie. Ona mówiła, ja słuchałam. Nie mogła zrozumieć tego co się wokół jej rodziny dzieje. Nie przyjmowała do wiadomości, że młodsza dziewczynka to dziecko o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Nie wnioskowała o orzeczenie o niepełnosprawności. Uważa, że Letycja rozwija się w sobie właściwym tempie. Jako poradnia możemy jedynie prosić, nie mamy narzędzi by rodzica do czegokolwiek przymusić – wyjaśnia dyrektor PPP.  -Między matką a dziećmi jest naturalna więź emocjonalna. Nie zaobserwowałam ani oziębłości ani wylewności. Odebranie dzieci to ostateczność. Myślę, że stała się rzecz najgorsza z możliwych.

Dzieci nadal przebywają w Placówce Opiekuńczo – Wychowawczej w Krasnymstawie. Dyrekcja poprosiła sąd by ten wydał zgodę na podejmowanie czynności leczniczo – wychowawczych. Tak też się stało. -To są bardzo fajne dzieci, wesołe, otwarte. Czują się tu dobrze. Absolutnie nie zmuszamy ich do jedzenia mięsa. To jest ich wybór. Starsza spożywa głównie owoce i warzywa, czasami nabiał. Jesteśmy w trakcie kompletowania dokumentacji medycznej – tłumaczy Bożena Dąbrowska, dyrektor placówki.

Jak się dowiedzieliśmy, Letycja ma poważną wadę serca. Kardiolog skierował ją do kliniki w Zabrzu na operację.

-Postanowienie o umieszczeniu dziewczynek w placówce jest tymczasowe. Najbliższe posiedzenie sądu w tej sprawie odbędzie się 27 października. Zapewniam, że takich decyzji nie podejmuje się łatwo. Ale dla sądu najważniejsze jest dobro dzieci, a nie dobro rodziców. Gdyby dziewczynkom coś się stało, wszyscy mieliby pretensje do sądu – tłumaczy prezes Andrzej Lachowski.

Aneta Urbanowicz

Po petycji Magdaleny Sikoń z portalu wegemaluch.pl o umożliwienie rodzicom wyboru diety bezmięsnej w publicznych placówkach oświatowych, Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że prawidłowo zbilansowana dieta wegetariańska nie zagraża zdrowiu dzieci i jest akceptowalną formą żywienia. Pozytywną opinię wydał również Instytut Żywności i Żywienia, a Ministerstwo Edukacji Narodowej podkreśliło, że nie widzi przeciwwskazań, żeby rada rodziców i inne organy szkoły zezwalały na bezmięsną dietę dzieci na terenie przedszkola lub szkoły.

fot. Rodzinnego Domu Kultury Pokoju w Dąbrówce

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ