ZŁOMBOL NA CZARNYM LĄDZIE

0
SONY DSC

Po pokonaniu 5704 kilometrów, zarówno drogą lądową, jak i morską, przejechaniu wysłużonym autem trasami sześciu krajów na dwóch kontynentach, bezpiecznie wrócili do domu. Tegoroczny Złombol, czyli ogólnopolski rajd pojazdami wyprodukowanym w czasach gospodarki centralnie planowanej dobiegł końca. Choć pierwsza meta miała miejsce we Włoszech, to jednak szesnaście spośród pięciuset dwunastu wszystkich ekip postanowiło sobie za cel finisz w słonecznej Tunezji. To ogromne wyzwanie podjęła też załoga z Teresina.

O kulisach tej niecodziennej wyprawy, której celem jest zebranie funduszy na osierocone dzieci, rozmawiamy z jej uczestnikami Pawłem Przedpełskim i Michałem Odolczykiem. W Złombolu reprezentowali gminę Teresin, jadąc dwudziestoletnim autem marki Lublin.

Za Wami tegoroczna edycja Złombolu, chyba najtrudniejsza w jej kilkuletniej historii?

Paweł Przedpełski: Czy najtrudniejsza? Trudno powiedzieć, w styczniu, kiedy ogłoszono gdzie znajduje się meta, faktycznie tak myśleliśmy, dziś z perspektywy tego, co się wydarzyło, myślimy, że wcale nie było tak źle.

Michał Odolczyk: Bariera językowa, kulturowa, religijna, to wszystko co wydawało nam się murem nie do pokonania, okazało się, że nie jest niczym strasznym. Ludzie, których poznaliśmy w trasie szybko wyprowadzili nas z błędu, każdy chciał pomóc, chciał przyłożyć swoją cegiełkę do tego, żeby cały ten zwariowany plan się powiódł. Cały czas jesteśmy pod olbrzymim wrażeniem tego, co się wydarzyło.

Pojechaliście starym polskim lublinem do Afryki i wróciliście nim szczęśliwie do domu. To chyba dowód, że kiedyś auta były naprawdę solidne?

M.O. Samochód był naprawdę solidnie przygotowany przez Pawła, przestrzeń w środku zaplanowana w najdrobniejszym szczególe, mechanicznie praktycznie nowy, bo wszystko, co się dało, wymienione było długo przed startem. Nie obyło się bez usterek, na szczęście na tyle drobnych, że albo kontynuowaliśmy z nimi jazdę, albo usuwaliśmy je sami, mając chwilę wolnego.

P.P. Takim konstrukcjom nie można odmówić jednego: prostoty. Nie ma komputera, który zabroni jazdy, bo pompka paliwa nie domaga, są nasze ręce i głowy pełne pomysłów, jak problem rozwiązać i to chyba w tym wszystkim jest najpiękniejsze.

Jak wyglądały Wasze przygotowania do tegorocznego Złombolu?

M.O.: Przygotowania zaczęły się już w styczniu, oprócz samochodu musieliśmy przygotować nasze organizmy, tu naprzeciw wyszła nam klinika Alfa z Sochaczewa, w której zostaliśmy zaszczepieni i przygotowani do wyjazdu na inny kontynent. Do tego szukanie darczyńców, bo przecież jest to rajd charytatywny, planowanie trasy, rezerwacja promów, wyliczanie kosztów autostrad itd. Lista jest długa i przygotowania tak naprawdę trwały prawie rok, za to satysfakcja jest ogromna. Dziś śmiało możemy powiedzieć, że wszystko poszło zgodnie z planem a nawet lepiej.

 Czy ruszając z Teresina nie mieliście typowego stracha? Czego obawialiście się najbardziej?

P.P. Tylko głupi się nie boi (śmiech). Jasne, że baliśmy się o samochód, czy nie nawali gdzieś kilka tysięcy kilometrów od domu i nie utkniemy na odludziu, o to gdzie jedziemy, bo przecież Tunezja nie uchodzi za miejsce bezpieczne, a dziś śmiało możemy powiedzieć, że jest to opinia krzywdząca, bo Tunezja to kraj fantastycznych ludzi. Taki wyjazd to nie tylko przygoda, to również pokonywanie własnych lęków czy słabości, każdy z nas dzięki tej podróży nauczył się czegoś nowego nie tylko o świecie, ale przede wszystkim czegoś o sobie.

Czyli jeśli chodzi o Tunezję, to śmiało można planować tam wakacje?

M.O. Tunezja jest rewelacyjna! My mieliśmy to szczęście, że wsparcia na miejscu udzieliło nam biuro podróży Sun&Fun. Daria Łojek, Kasia Popowska i fantastyczny Baligh Souidi otoczyli nas wszystkich fantastyczną opieką. Dbali nie tylko o to, żebyśmy czuli się dobrze, ale też chętnie przystawali na nasze pomysły, jak np. parada złombolowych samochodów ulicami Hammamet, gdzie mieszkaliśmy.
P.P. Baligh i jego tunezyjscy koledzy witali nas z otwartymi rękoma i zawsze podkreślali, że Tunezja jest pięknym bezpiecznym krajem i że gorąco zapraszają wszystkich Polaków do siebie. Tunezyjczycy to wspaniali ludzie, a ich kraj jest świetnym miejscem do spędzenia tam wakacji. Niestety przez sytuację polityczną na świecie bardzo dużo stracili, aczkolwiek robią wszystko, żeby udowodnić, że warto ich odwiedzać.
Co w czasie długiej drogi naprawdę Was zaskoczyło?
P.P. Przede wszystkim ludzie, nie spodziewaliśmy się, że spotkamy osoby tak chętne do pomocy. Oprócz wspomnianych mieszkańców Tunezji dobrze wspominamy też o.o. Franciszkanów z Santa Savery, którzy bez mrugnięcia okiem udostępnili nam pokój i dostęp do ciepłej wody, niby nic a w takiej podróży to bardzo dużo. Zaskakiwali też sami uczestnicy. Pewnej nocy, na stacji benzynowej spotkaliśmy załogę podróżującą skodą 120 ich historia nas powaliła. W Neapolu spalili sprzęgło, nie mieli drugiego na wymianę, więc praktycznie koniec rajdu, lecz oni się nie poddali i po dwóch godzinach poszukiwań udało im się kupić w sercu Neapolu fabrycznie nowe, kompletne sprzęgło do czechosłowackiego samochodu, który nie jest produkowany od ponad 30 lat! Mało tego, wymienili sprzęgło, a żeby to zrobić, trzeba w tym modelu wyciągać silnik, przy składaniu wszystkiego coś źle połączyli i po przejechaniu kilku kilometrów mieli pożar! Spaliła im się cała instalacja elektryczna, część paliwowej i część hamulcowej, i co? Odbudowali wszystko i jechali dalej!
M.O. Kiedy z nimi rozmawialiśmy, ich jedynym zmartwieniem był brak gaśnic, bo wszystkie zużyli do gaszenia pożaru. To jest właśnie Złombol, nie ma takiej możliwości, żeby czegoś się nie dało zrobić, wszystko się da, tylko trzeba chcieć.
A co najbardziej zapamiętacie z tej przygody?
M.O. Wszystko! Każdy dzień był inny, każdy dzień uczył nas czegoś nowego. Wiele miejsc, które widzieliśmy oraz ludzie, których poznaliśmy, to są wspomnienia, które zostaną z nami na zawsze. Dużym przeżyciem był też rejs powrotny do Europy pełen uchodźców. Widzieliśmy to na własne oczy, slalomem omijaliśmy całe muzułmańskie rodziny koczujące na posadzce statku, szokujące przeżycie, zobaczyć to, o czym wszyscy mówią, a tylko niewielu miało okazję widzieć, jak to naprawdę wygląda.
 Kiedyś teresiński żuk OSP pięknie prezentował się na fotkach tuż przed stadionem Barcelony, potem na szczycie włoskich Alp, a teraz oklejony lublin wśród afrykańskich palm. Darczyńcy też chyba powinni być zadowoleni, było ich widać.
P.P. Staraliśmy się, dzięki darczyńcom wszystkim załogom udało się zebrać ponad milion złotych, to absolutny rekord. Przy zdjęciach, czy to z Filipem Chajzerem, czy podczas wywiadu, jakiego Michał udzielał dla tunezyjskiego radia CAP FM, a który jest dostępny również w wersji wideo na fanpage’u radia, zawsze widać nasz samochód i logotypy naszych darczyńców.

teresin-na-zeombolu-2016-2

 Najważniejsze, że udało się wesprzeć mieszkańców Domów Dziecka, bo chyba o to główne chodzi organizatorom Złombolu?
M.O. Tak, właśnie po to odbywa się cała impreza, my dodatkowo wspieramy Zuzkę, ciężko chorą córkę pani Ani, która pracuje w Urzędzie Gminy Teresin. Bardzo się cieszymy, że podejmując wyzwanie, pomagamy innym, to jest taka zdublowana radość. Cieszymy się my, jadąc w rajdzie i cieszą się dzieci, bo pieniądze są dla nich.
W planach jest już przyszłoroczna edycja?
M.O. W planach jest, ale szczegóły będą znane w styczniu, więc do końca roku odpoczywamy.
 Od dwóch lat Waszej eskapadzie towarzyszy nasza redakcja. Czujemy się więc razem z Wami!
P.P. Jesteśmy dumni, że możemy się podzielić z Wami  tym, jak było i tym, co mamy w planach, bo wiemy, że przeczytają tysiące osób. Dziękujemy za wsparcie i oczywiście obiecujemy, że już niedługo poznacie nasze dalsze plany i na pewno poznacie je jako pierwsi.
Dziękujemy za rozmowę.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ