Normalnie staram się nie komentować wyroków wydawanych przez polskie sądy. Nie daję ponieść się fali społecznego oburzenia, mając świadomość, że nie mam wiedzy na temat wszystkich dowodów i przesłanek, jakimi kierował się Wysoki Sąd wydając takie, a nie inne orzeczenie.

 Nie mogę jednak nie odnieść się do bulwersującego opinię publiczną wyroku, wydanego w sprawie zgwałcenia tłumaczki przez dwóch ratowników medycznych podczas pobytu w Kaliningradzie. Być może nigdy bym o tej sprawie nie usłyszał, gdyby zapadł wyrok uniewinniający oskarżonych. Stało się jednak inaczej. Oskarżeni zostali uznani za winnych, więc zapewne materiał dowodowy potwierdzał podane przez pokrzywdzoną okoliczności zdarzenia.

I naprawdę mało istotnym jest fakt, czy wyrok zapadł w wyniku przewodu sądowego, czy został zaproponowany przez oskarżonych, którzy sami postanowili poddać się karze. To nie czas ani miejsce na dywagacje na temat „wynalazku”, jakim jest przepis pozwalający na samoukaranie bez przyznania się do winy. W tym przypadku wyrok sądu potwierdził, że oskarżeni dopuścili się zarzucanego im czynu, tyle że jakby – w moim odczuciu – nie do końca uznał, że zgwałcili oni kobietę. Brakowało  jedynie, żeby w sentencji wyroku umieścić słowa popularnej przyśpiewki stadionowej: „Nic się nie stało! Kobieto, nic się nie stało”. Mało śmieszno, bardziej straszno.

Ofiara jest winna

Ale nie sam wyrok w zawieszeniu jest tu problemem. Jest nim podejście organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości do przestępstwa zgwałcenia. Moim zdaniem wynika on z dwóch elementów. Pierwszy to brak podstawowej wiedzy na temat motywów, jakimi kierują się sprawcy, a drugi to pokutujące wciąż w społeczeństwie mylne przeświadczenie, że zawsze jakaś część odpowiedzialności spoczywa na ofierze.

Już nie jeden raz na łamach „Reportera” przekonywałem, że brak fachowej wiedzy jest wśród policjantów, prokuratorów i sędziów porażający. Dowodem niech będzie „publikacja” jednej z dolnośląskich komend policji na temat problematyki gwałtów właśnie. Zawarte w niej „złote myśli” i „porady”, jak uniknąć zgwałcenia, zaczerpnięto chyba wprost z ludowych podań. Na szczęście „poradnik” ów szybko zniknął z przestrzeni publicznej.

Zamiast tworzyć podobne bzdury, proponuję kierownictwu policji przeprowadzenie testów wiedzy wśród policjantów zajmujących się ściganiem gwałcicieli. W tej chwili mogę w ciemno przyjąć zakład, że większość poproszona o wymienienie dewiacji seksualnych, zakończy na pedofilii. Nie wspomnę już o tym, że zawiadomienie o przestępstwie od ofiary gwałtu, zwykle przyjmuje dyżurny dochodzeniowiec, który na co dzień zajmuje się np. przestępczością gospodarczą.

Poszkodowane kobiety skarżą się, że z góry są traktowane jak współwinne swojej tragedii. Normą są pytania o prowokacyjne zachowania i ubiór, który ewentualnie mógł wywołać u sprawcy przeświadczenie, że ofiara sama chciała… No właśnie, czego może chcieć młoda, atrakcyjna dziewczyna zakładając krótką spódniczkę? Na pewno NIE CHCIAŁA zostać zgwałcona! Przepraszam za szczerość, ale to wszyscy zainteresowani powinni w końcu wbić sobie do swoich łbów.

Szanowni Policjanci, Prokuratorzy, Sędziowie, wszyscy którzy myślicie stereotypami! Wystarczy odrobina dobrej woli i trochę czasu poświęconego na naukę, żebyście wiedzieli, że w przestępstwie zgwałcenia nie chodzi wyłącznie o seks. Normalny mężczyzna nie rzuca się na pierwszą napotkaną atrakcyjną kobietę. Owszem, może ona spowodować pewne zachowania u mężczyzny, z bezpośrednią propozycją uprawiania seksu włącznie, ale takim zachowaniom daleko do przestępczych. Co najwyżej można oceniać je w kategorii braku kultury czy dobrych manier. Gdyby było inaczej, to strach by było wyjść na ulicę. Gwałty stałyby się plagą porównywalną z łamaniem przepisów przez kierowców. Tak na szczęście się nie dzieje. Gwałciciele, jak wszyscy przestępcy, kierują się motywem. Motywem nie może być mini spódniczka. Motyw powstaje w świadomości sprawcy. W jego głowie pojawiają się „głosy” mówiące: „Jeśli ja mam ochotę na seks z tobą, to twoje zdanie nie ma dla mnie znaczenia”, „Jeśli będziesz się opierała, to ucierpisz na tym, bo ja siłą złamię twój opór”.

 Normalny nie gwałci

Gwałt to władza, a nie wyłącznie wyładowanie napięcia seksualnego. Pojawienie się kobiety w ustronnym miejscu o zmroku, może zakończyć się gwałtem, tylko gdy na swojej drodze napotka ona gwałciciela. Większość mężczyzn nie zrobi jej krzywdy.

Niech mi ktoś wskaże chociaż cząstkę winy ofiar zboczeńca, z którym przyszło mi się spotkać w swojej policyjnej karierze. W ciągu kilku tygodni zaatakował kilkakrotnie, w biały dzień w miejscach uczęszczanych przez ludzi. W krzakach na środku osiedla, dokonał gwałtu na ponad 60-letniej kobiecie. Kilka dni później w bloku na sąsiednim osiedlu zgwałcił trzynastoletnią dziewczynkę. Potem kilka razy próbował, ale na szczęście bez skutku. Został zatrzymany przed jedną ze szkół przez dzielnicowego. Po odbyciu kilkuletniego wyroku, wyszedł z więzienia. Bodaj następnego dnia brutalnie zgwałcił chłopca.

Ratownicy medyczni, którzy zgwałcili swoją koleżankę, byli gwałcicielami. Takimi samymi, jak opisany zwyrodnialec. Pomylili seks z przemocą.

To nie są normalni mężczyźni. Normalny mężczyzna rozumie znaczenie słowa „nie”, bez względu na ilość wypitego alkoholu. Normalny mężczyzna, nawet gdy kobieta proponuje mu seks, z czego później się wycofuje, nie gwałci jej. Co najwyżej pomyśli sobie, że ona sama nie wie, czego chce.

Żaden mężczyzna, który gwałci nie jest normalny, w tym znaczeniu, że uważa siebie za kogoś ważniejszego niż ofiara. Powody mogą być różnie: pieniądze, zależności służbowe, własne ego.

Dlaczego ludzie dokonują gwałtów, nie jest żadną wiedzą tajemną. Dowiedzieć się można tego z podręczników kryminalistyki czy psychologii. Pora, aby wszyscy zajmujący się zawodowo ściganiem przestępców (nie tylko gwałcicieli), pojęli w końcu, że obowiązuje ich nie tylko znajomość kodeksów i suchych paragrafów. Że znajomość motywów, jakimi kierują się sprawcy, to ich wiedza zawodowa, niezbędna w trakcie wykonywania pracy.

Spotkałem się z wieloma informacjami o tym, że policjanci przesłuchujący ofiary gwałtów, przywiązują dużo uwagi do ich zachowania przed i podczas zdarzenia. Jest to odbierane jako próba wskazania elementów świadczących o prowokowaniu sprawcy. I pewnie niestety o to chodzi. Znowu pokutuje brak elementarnej wiedzy. Gdyby funkcjonariusz prowadzący przesłuchanie posiadał wiedzę w zakresie dewiacji seksualnych, to byłby w stanie wyjaśnić poszkodowanej kobiecie, że pytanie dotyczące elementów jej ubioru, czy też zachowania, ma na celu ustalenie, co kierowało sprawcą. Wystarczy wspomnieć, że np. w dewiacji zwanej podofilią, sprawca doznaje podniecenia w trakcie kontaktu ze stopami partnera, ale również na widok jego butów, pończoch, aby ofiara  doszła do wniosku, że takie pytania nie tylko mają sens, ale także, że ma do czynienia z kompetentnymi policjantami.

W całej sprawie dziwi mnie jeszcze jedna rzecz. Prokurator usiłował zakończyć dochodzenie w zaciszu własnego gabinetu, jakby zupełnie nie przejmując się czymś, co w prawie karnym zwie się „społeczną szkodliwością czynu”. Mając dowody przeciwko podejrzanym, powinien dążyć do napiętnowania ich postępowania, co jest jednym z elementów kary. Obowiązkiem prokuratora jest reprezentowanie interesów ofiary, a nie dbanie o dobre samopoczucie podejrzanych. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku prokuratorowi pomyliły się role.

Mirosław  Rybicki

 

 

 

N

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ