Po wprowadzeniu stanu wojennego, ekipa generała Wojciecha Jaruzelskiego starała się za wszelką cenę zdobyć społeczne zaufanie dla siebie, a przy okazji odbudować (zaufanie) do socjalizmu. W tym zbożnym celu postawiła przed sądami kilku tzw. prominentów z poprzedniej – ściślej: gierkowskiej – ekipy.
Stosowną pokazówkę urządzono m.in. Adamowi Glazurowi – ministrowi  budownictwa i przemysłu materiałów budowlanych w latach 1975-1980 (w latach 1969-1975 wiceministrowi).
Pod względem propagandowym był to strzał w „10”. W socjalistycznej gospodarce wiecznego niedoboru, Polakom szczególnie doskwierał brak ulubionego mięsa oraz niezbędnych do godziwego życia mieszkań. Jakieś niewyraźności – związane z budową domu letniskowego (wtedy z radziecka mówiło się: „daczy”) Adama Glazura – okazały się jak znalazł: – Popatrzcie, towarzysze i obywatele, wy tu cierpicie na brak mieszkań, bo albo materiałów budowlanych brak, albo moce przerobowe za małe, a u takiego ministra od Gierka jednego i drugiego pod dostatkiem. I w dodatku wyłudza, naraża.
Ciekawe, kto nadał tę sprawę prokuraturze, bo jasne, że ona sama z siebie niczego by nie wszczęła. Osobiście generał, któremu donieśli życzliwi? Sami życzliwi (nadali)? Komisja Kontroli Partyjnej, czy jak się to zacne gremium zwało? Tego już się nie dowiemy. Mnie ten proces nie podobał się od samego początku, czemu dałem wyraz w – takie były czasy – zupełnym braku entuzjazmu, dzięki czemu „Prawo i Życie” wyłamało się z zachwyconego dintojrą i lżącego Glazura tłumu koleżanek i kolegów z innych tytułów.
W pierwszym reportażu (sprawa ruszyła w sierpniu 1982) sporo miejsca poświęciłem żałosnemu spektaklowi upokarzania byłego ministra, wprowadzanego w kajdankach na salę rozpraw, niczym niebezpieczny bandyta, i tam dopiero rozkuwanego. Jakby istniało prawdopodobieństwo, że niemal dwumetrowy oskarżony, krótkowidz, zerwie się nagle konwojentom i niczym rączy jeleń pomknie do Popowa?
Coście mi wybudowali!
Popowów pod Wyszkowem jest kilka: Popów Kościelny,  Popów Działki… Znakomite położenie nad zbiegiem Bugu i Narwi, do dziś czyni je miejscem atrakcyjnym, zwłaszcza dla warszawiaków, bo cóż znaczy tych parędziesiąt kilometrów od stolicy.
40 lat temu też tak było. Nic dziwnego, że minister Glazur upatrzył tam sobie – albo upatrzono mu – działkę pod budowę daczy. W latach 70. minionego wieku, w tzw. dekadzie gierkowskiej, wreszcie padło upragnione – zupełnie inne niż za przaśnego i skąpiącego wszystkim wszystkiego Gomułki – hasło: „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Naród zrozumiał to po swojemu i wcale nie opacznie: „Bogaćcie się wreszcie i róbcie sobie dobrze”. Między innymi rozpoczął się istny szał budowania owych dacz, czyli domów letniskowych. Kto oglądał „Czterdziestolatka”, ten pamięta, że nie ominął również inżyniera Karwowskiego. A skoro tak, to dlaczego miał ominąć inżyniera Glazura?

Ładna, mająca blisko 2000 metrów działka w Popowie kosztowała go 17 631 zł. Czy tyle powinna kosztować? To dobre pytanie, ale dobre dzisiaj. Bo wówczas nie miało sensu. Odpowiednia działka kosztowała wtedy tyle, ile powinna, biorąc pod uwagę osobę nabywcy. W każdym razie była to równowartość 1/10 oficjalnej ceny polskiego fiata 1500 (na wolnym rynku płaciło się od 30 do 50 procent więcej).

Minister wybrał spory, drewniany dom letniskowy typu „Szrenica”, popularny, choć z górnej półki, montowany z gotowych elementów produkowanych przez Zakłady Stolarki Budowlanej w Zielonce. Budowlańcy z innego przedsiębiorstwa zrobili wykop, zalali betonem i monterom pozostało tylko położyć bądź ustawić na fundamencie zwiezione części budynku. Tyle, że nic nie pasowało: ani „Szrenica” do fundamentu, ani fundament do „Szrenicy”. Przy okazji można sobie wyobrazić, jak wyglądało budowanie w tamtych latach, jeśli samemu ministrowi budownictwa wyszykowano podobną partaninę!

Nie wnikając, kto winien, projektanci z Zielonki „przeprojektowali” dom na własny, tzn. firmowy rachunek. Po latach Okręgowy Zarząd Dochodów Państwa i Kontroli Finansowej (OZDPiKF – gustowny skrót) uznał, że Zielonka wystawiła fakturę na 236 tysięcy, a powinna na 430 tysięcy więcej.

W tzw. proces inwestycyjny i jego późniejsze dla ministra konsekwencje, wciągnięte było także Przedsiębiorstwo Robót Odkrywkowych i Budowlanych Przemysłu Kamienia Budowalnego (PROiBPKB – czy ktoś na trzeźwo wymyśliłby coś podobnego?). Ono mianowicie we wstępnym kosztorysie zapisało kwotę 27 800, ale ostatecznie fakturę wystawiło na 10 tysięcy z groszami. OZD itd. wyliczył natomiast, że według niego powinno być 43 783 złote.

I o takie właśnie sprawy chodziło w pierwszej części prokuratorskich zarzutów. Pomińmy wywody biegłych, kosztorysantów, księgowych: w uproszczeniu problem polegał na tym, że przedsiębiorstwa – oczywiście wszystkie państwowe i podległe Adamowi Glazurowi – wystawiały faktury, które on natychmiast i bez gadania płacił, ale wyceniały swemu ministrowi zbyt nisko, różnicę wpuszczając w tzw. koszty własne, albo „w ciężar” innych budów. A jako minister, Glazur powinien się znać, dostrzegać, zapobiegać i nade wszystko płacić więcej. I wykazywać czujność – bo jak stwierdził w uzasadnieniu wyroku sąd – wykonawcy, czyli podwładni ministra, „gotowi byli odgadywać każdą jego myśl i nie tylko”

Jednak minister niezbyt interesował się budową.
– Był wszystkiego ze trzy razy – zeznał przed sądem kierownik budowy – Raz złapał się za głowę: co wyście mi tu pobudowali?! Że za wielkie i za bogate. Częstym gościem była za to pani Glazurowa, i w ogóle rodzina ministra. Jednego pana, to musiałem z budowy wyrzucić, bo za bardzo się do wszystkiego wtrącał.
Na tę okoliczność oskarżony machnął z rezygnacją ręką: – Dobrze zrobił. Rodzina nie zachowywała się odpowiednio…
Prezenty dla Rady Ministrów
Wedle aktu oskarżenia, Adam Glazur rozdawał na prawo i lewo prezenty. Korzystał przy tym z funduszu reprezentacyjnego ministerstwa i środków na reklamę podległych mu firm, w tym zwłaszcza Zjednoczenia „Vitrocer”, grupującego przedsiębiorstwa produkujące łakome kąski: kryształy, porcelanę itp. Nie wszystkie trafiały jednak do zagranicznych kontrahentów.
Minister broni się, że w sumie było to korzystne, bo im lepszy prezent, tym łatwiejsze stawało się zawieranie korzystnych kontraktów, zwłaszcza z niektórymi krajami.

– Czy oskarżony wiedział o zakazie obdarowywania prezentami krajowców? – spytał sąd.

– Brali je ci, którzy takie zakazy wydawali – odpowiedział Glazur.

– Czy to coś zmienia?

– Tak. Z punktu widzenia moralnego. Na posiedzeniach Rady Ministrów koledzy z rządu nie raz i nie dwa opowiadali sobie, co kto i od kogo dostał.

Co więcej, wyszło na jaw, że szef Urzędu Rady Ministrów Janusz Wieczorek – także w imieniu premiera Piotra Jaroszewicza – co jakiś czas wysyłał ministrom zapotrzebowania na prezenty, i to cenne prezenty: z tego resortu takie, z owego inne.

– Czy nie można było przerwać tego procederu? –  pytał prokurator Rząsa.

– Przerwać? – oskarżony patrzy na oskarżyciela jak, powiedzmy, na kosmitę – To byłby szok!

– Czyli o ocenach decydowały punkty za prezenty, a nie wyniki pracy? – taki dalszy wniosek wysnuwa prokurator – A bez tych punktów to co by było?

– Może lepiej byłoby o to spytać Wieczorka albo Jaroszewicza? – proponuje adwokat Mirosław Brych.

– Jeśli sąd uzna takie pytanie za pożyteczne, to je zada – ucina sędzia przewodniczący Lech Paprzycki. Widocznie nie uznał, bo nie zadał.

Słoń a sprawa ministra

Kły słonia, to dla fachowców ciosy. Dwoma takimi ciosami zaatakowano byłego ministra. Z jego wyjaśnień wynikało, że gdy wracał z podróży służbowej do Nigerii, tamtejszy przedsiębiorca przysłał na lotnisko paczkę z dwoma rzeźbionymi kłami.

 – Zajrzałem do tej paczki, pomyślałem, że to jakaś nigeryjska Cepelia, poleciłem je złożyć w ministerialnym magazynku z prezentami i na lata o nich zapomniałem – wyjaśniał sądowi Adam Glazur.

O kłach pamięta również, towarzyszący podczas tej wizyty, dyrektor „Budimexu”. Jego zdaniem, kły trafiły właśnie do tej centrali handlu zagranicznego, ale po jakimś czasie dyrektor zdecydował, że do niczego mu się nie przydadzą. I w ogóle, to nie jego, tylko resortowa własność (w takiej kolejności!), po czym kazał odesłać do ministerstwa.

Co ciekawe, z różnych protokołów wynika, że w dniu, kiedy tak dyrektor rozporządził ciosami, one już od dawna spoczywały w gmachu MBiPMB.

– Może więc były dwie pary? – podnosili obrońcy. Pewne jest jednak, że po pewnym czasie po kły zgłosiła się pani ministrowa Glazurowa, po czym zabrała je do domu. Stamtąd ponownie zwrócił je sam minister, ale dopiero wtedy, gdy zaczęło dymić wokół tej sprawy, ponieważ wcześniej uznał że ciosy to nic innego, jak sprezentowana mu, osobista własność.

Sąd stwierdził później, że nastąpiło wyłudzenie mienia o wartości – jak ocenił biegły z Desy – 1,3 miliona zł, zaś podsądny jako myśliwy, powinien zdawać sobie z tego sprawę. Ministrowi-myśliwemu zadał też pytanie, czy wiedział o przepisach zabraniających przywłaszczania sobie prezentów otrzymanych w związku z pełnioną funkcją lub stanowiskiem? Owszem wiedział, ale powszechna praktyka była dokładnie odwrotna.
Skazanie i rehabilitacja
Prokurator żądał kosmicznych 12 lat, natomiast Sąd Wojewódzki dla Warszawy skazał Adama Glazura na łączną karę 7 lat pozbawienia wolności, przepadek domu w Popowie, 150 tys. zł grzywny – za wyłudzenia (Popowo, kły) oraz za narażenie Skarbu Państwa na poważne straty (prezenty). Trochę mnie ta wysoka kara zdziwiła, a zarazem odniosłem wrażenie, iż wątpliwości sąd oceniał częściej na niekorzyść oskarżonego niż – jak to się zwykle dzieje, a przynajmniej dziać powinno – na jego korzyść.
Odrzucam myśl, że sędzia Paprzycki – jako członek ZSL (teraz byłby to PSL) a więc sojuszniczej partii komunistycznej – uległ naciskom z góry, bo znam go od lat jako człowieka przyzwoitego i sędziego faktycznie niezawisłego. Jakoś nigdy nam się na ten temat nie zgadało, ale myślę, że uległ czemu innemu. Otóż w tamtych czasach – i podczas karnawału prawdziwej „Solidarności”, i w początkach stanu wojennego – niesamowite było społeczne parcie na rozliczenia z prominentami. „Prominent”, to zrazu był osobnik z ekipy Gierka (skutecznie zohydzanej w całości przez nowy aparat władzy i propagandy), który miał dostęp do nieosiągalnych dla ogółu profitów.
Przy okazji wspomnę o dość zabawnym zdarzeniu z opisywanego procesu. W pewnym momencie drugi z obrońców, Władysław Pociej zwrócił się do przewodniczącego, zaczynając od: – Proszę Sądu Najwyższego!
– Oby pan mecenas był dobrym prorokiem – zaśmiał się sędzia Paprzycki. I oto w 1990 roku został sędzią Sądu Najwyższego, a w 9 lat później prezesem SN, przewodniczącym Izby Karnej (w Najwyższym jest I Prezes i prezesi).

Swoje zrobił zapewne także fakt, że Adam Glazur nie był wprawdzie równie butny i bezczelny, co sądzony równolegle wszechwładny szef radia i telewizji Maciej Szczepański (czyt. Reporter nr 3 z 2014 r.), ale zdecydowanie obstawał przy swoim. Stale przypominał, że takie właśnie, a nie inne były obyczaje ludowej władzy, i chociaż nie on je tworzył, to musiał się im podporządkować. A co najgorsze – nie poddał się sądowym sugestiom pokajania.

Satysfakcji doznał już w nowej Polsce. Sąd apelacyjny rozpatrywał ponownie jego sprawę i uznał, że nie było podstaw do ukarania.
Piotr Ambroziewicz

 

 

fot. Trwa gierkowska dekada. Minister Adam Glazur (w środkowej części zdjęcia, najwyższy) na otwarciu przesypowni cementu w Wałbrzychu,  1974 rok

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ