CAŁE ŻYCIE ZA KRATAMI

0

Jego Polska ma dzisiaj 8 metrów długości i czterech współobywateli. W Garbalinie mieszka od 11 miesięcy. Wcześniej przebywał w niemal każdym więzieniu i niejednym polskim areszcie. Ale o dzisiejszej wolnej i niepodległej Rzeczpospolitej nie wie nic.  Nawet jej nie widzi przez kraty. Jest ociemniały. I siedzi już ponad 40 lat.

 – W różnych więzieniach chodziłem na spotkania z różnymi misjonarzami. No i się ochrzciłem, bo tu w Garbalinie jest basen – pokazuje świadectwo chrztu przyjętego w obrządku bractwa zielonoświątkowców. „Wobec Boga złożył ślubowanie, iż Jezus Chrystus jest jego panem, a także, że pragnie go naśladować”. Świadectwem, ilustruje twierdzenie, iż: – Człowiek, który jest skazany z najgorszego artykułu, czyli 148, może być innym – deklaruje ten współczesny galernik.

Ale jeszcze dużo wcześniej przed chrztem zielonoświątkowców był bierzmowany w 1992 roku przez bp. Orszulika. Wtedy siedział w Łęczycy.

Lucjan J. pokazuje artykuły prasowe i opowiada o współwięźniach, którzy również się nawrócili. I dzisiaj, po wyjściu na wolność, ułożyli sobie życie.

Skazany za młodu

Miał 19 lat, gdy zabił pierwszy raz. W 1970 roku. Obrazowo, gestykulując, przedstawia jak zadawał ciosy nożem:  – Ale gdyby nie mój szef, to bym nie zabił. On potem podczas rozprawy sądowej oświadczył, że gdybym tego nie zrobił, to on mnie by zabił –  wspomina swą pierwszą zbrodnię.

Przed ponad 40 laty dokonał napadu rabunkowego zabijając nożem swą ofiarę. Nie dostał kary śmierci ze względu na młody wiek. Miał 19 lat. Jego wspólnik był nieco starszy. Został powieszony. Wspólniczka dostała 15 lat. Wyszła na wolność po 10 latach. Lucjan J. opuścił mury w 1987 roku. By po 4 latach trafić ponownie za kratki.

Po odbyciu kary 25 lat za pierwszą zbrodnię, wyszedł w styczniu 1987 roku. Ale już w marcu dostał wyrok w zawieszeniu za drobne kradzieże, czyli włamanie do kiosku.  Próbował jednak zacząć tzw. nowe życie, imając się różnych zajęć i zawodów. Zatrudnił się m.in. w Teatrze im. Jaracza w Łodzi. Pracował tam jako szewc-ortopeda. Był również ratownikiem na pływalni w Łodzi. Uzyskał również, wraz z żoną, prawa rodziny zastępczej do dwóch chłopców – synów szwagierki, siedzącej w więzieniu. Mieli jeszcze dwójkę własnych dzieci.

 Lecz ten okres życia trwał dla Lucjana J. krótko. Cztery lata. Bo w bliskiej okolicy popełniono zbrodnię. On był najbardziej podejrzanym.
Po raz drugi
– Musiał pan walczyć, skoro policjanci użyli siły? – pytam, wiedząc, że oskarża funkcjonariuszy o to, że podczas aresztowania pozbawili go wzroku.
 – No tak. Czterech przyszło – ożywia się gdy wspomina tamtą chwilę – Dałem sobie spokój, gdy zagrozili użyciem broni. A tu żona, dzieci, więc się poddałem. – wspomina rok 1990. – Ja tego nie zrobiłem. Jeśli by pan nie dokonał jakiegoś przestępstwa, to też by się pan bronił – uświadamia mnie.
Policjanci przyszli go aresztować, znowu jako podejrzanego o dokonanie zabójstwa: – Córka miała wtedy roczek, a wie pan, kula nie wybiera – nadal ujawnia swój żal wobec tego, że dał się bez oporu wziąć do „niewoli”.
„(…) Tam oskarżony Lucjan J. uderzeniami pięściami obalił Bogusława K. na podłogę, a następnie zadzierzgnął  mu na szyi pasek skórzany, powodując jego gwałtowną śmierć…” – czytamy w akcie oskarżenia z 1990 roku. I jeszcze opinia śledczych: „Z opinii biegłych lekarzy psychiatrów wynika, iż nie wykazuje on objawów choroby psychicznej ani cech niedorozwoju umysłowego. Oskarżony Lucjan L. jest osobnikiem o nieprawidłowo ukształtowanej osobowości. W trakcie dokonywania zarzucanych mu czynów, rozumiał ich znaczenie i mógł pokierować swoim postępowaniem”.

Co więcej, tuż przed zabiciem Bogusława K. dusił jego sąsiadkę. Poszło o jakieś pieniądze. Kobiecie udało się uciec. I poprosiła o pomoc Bogusława K., który za chwilę już nie żył. Policja znalazła w mieszkaniu ofiary m.in. odciski palców Lucjana J. Ale dodać trzeba, że bywał w tym mieszkaniu  wcześniej.

Do tego ostatniego zabójstwa Lucjan J. nie przyznaje się. Konsekwentnie, od chwili aresztowania. Podobnie i dzisiaj mówi, że tego nie zrobił, że ma alibi. A, co więcej, twierdzi, że jest świadek, który wie, kto wtedy zamordował Bogusława K.

8 czerwca 1990 roku skazano go na karę łączną 25 lat więzienia. I siedzi do dzisiaj.

Jego syn kończy właśnie 25 lat. Nie chce, aby go odwiedzał. Miał jeszcze córkę. Zginęła tragicznie w 1999 roku. Nie był na pogrzebie, mówi, że nie dostał przepustki. Opowiada, że ma do „odsiadki” jeszcze rok: –  Ale  odwieszono mi poprzedni wyrok (włamanie do kiosku). I z tamtego mam jeszcze dziesięć lat do odsiedzenia. 

Twierdzi, że w tę drugą zbrodnię go wmanewrowano jako recydywistę, który już raz jako zabójca został skazany. „Wysądził” 6 tysięcy złotych odszkodowania od aresztu śledczego w Łodzi, za tzw. przeludnienie. Kolejne kilka tysięcy złotych odszkodowania sąd przyznał mu za złe traktowanie przez służbę więzienną. – Wyśmiewali się ze mnie, że jestem ślepy. 
Jak  dziecko we mgle
Składa wnioski o ponowne rozpatrzenie jego drugiego wyroku:  – Ja tego nie zrobiłem, a mam świadka, który twierdzi, że wie, kto tego dokonał.
–  Czy tego świadka pan zgłosił? – dopytuję.
– Nie, ja się dopiero o nim dowiedziałem w 2008 roku. Podałem jego nazwisko synowi. Ale nie mam prawnika, ani pieniędzy na wynajęcie odpowiedniego adwokata, który by tę sprawę pociągnął. 
Czekał 15 lat na zabieg przeszczepu soczewki. Zrobiono mu tę operację w 2010 roku: – Ale dopiero dzięki pośrednictwu rzecznika praw pacjentów przyśpieszono mi tę operację.
Zwiedził dość dobrze Polskę. Zna chyba wszystkie więzienia i większość aresztów. Tylko, że  to szczególny rodzaj turystyki.
– Nikt mnie nigdy nie zapytał; co ja robię w celi. Dopiero na początku tego roku, tu w Garbalinie, pani psycholog zadała mi to pytanie; Co pan tu robi? 
– Właśnie. Co pan robi ?
– Słucham radia. No, a teraz mam dostarczone przez Bractwo Zielonoświątkowców z Cieszyna Pismo Święte na płytach.
Uczestniczy także w zajęciach terapii zajęciowej: – Gdy jest pogoda, to oczywiście chodzę na spacery. A tak, to nic nie robię.
Związek Niewidomych, do którego należy, chciał mu przekazać audiobooki nagrane na usb. Jednak w zakładach karnych tych urządzeń posiadać nie wolno.

Lucjan J. zgodził się na poddanie terapii przeciw agresji. Już dwukrotnie taką terapię przechodził. – Teraz mnie pani psycholog skierowała na specjalną terapię dla takich długich wyrokowców, ale nie wiem, na czym by to miało polegać – zastanawia się Lucjan J.

Pytam o to, czy myśli o dniu zwolnienia: – Wyobraźmy sobie, że pan wychodzi i znajduje się na ulicy. O takich ludziach zwykle mówi się, że poruszają się jak ślepcy. Przepraszam. Tak się mówi…

– Od razu będę chciał zrobić operację na to prawe oko, bo widzę na nie 0,5 procenta, tylko kontury. I będę chciał jakoś kontakt z synem nawiązać i mu te lata zwrócić. Jesteśmy regularnie w kontakcie telefonicznym. Nie chciałem, żeby mnie tu odwiedzał –  mówi z wyraźnie drżącym głosem.

Dzięki I grupie inwalidzkiej ma możliwość częstego kontaktu z rodziną. – Widuję się często z siostrą. Często do siebie dzwonimy – gdy to mówi, odnoszę wrażenie, że mu się głos trochę łamie. Mówi spokojnie, ładną polszczyzną. Kontrastują z tym błędy, jakie popełnia w listach do redakcji i różnorakich instytucji. Trudno się dziwić. Listy musi dyktować współwięźniom.
Zostało mu 11 lat
– Da pan radę? – pytam.
– Nie – odpowiada zdecydowanie – Jeśli bym te lata odsiedział, to wyjdę mając 74 lata.

Składa regularnie pisma apelacyjne: – Sąd apelacyjny ostatnią moją prośbę odrzucił, ponieważ moje zachowanie było jeszcze nie takie. Rodzina już wie, że jeśli stracę wszelkie nadzieje na ułaskawienie, to ze sobą skończę.

Mówi, że zrobi z siebie żywą pochodnię, czyli, że się podpali. Już dwukrotnie targnął się na własne życie. W obu przypadkach uratowali go strażnicy.

– Zrobię to tak, żeby nikt, czy to ze skazanych, czy strażników nie ucierpiał.

Ale chyba jednak jeszcze nadziei ostatecznie nie stracił. Mówi o tym, że ma rentę i mieszkanie w Łodzi.

– Chciałbym wyjść, ale czy nadzieja jest? Chciałbym synowi jeszcze w czymś pomóc, wynagrodzić może. Ale często przez telefon słyszę od syna: „Tato, gdzie ty byłeś, kiedy byłeś mi potrzebny?”.

Syn szczególnie potrzebował ojca, gdy zginęła jego siostra.

– Nie byłem na pogrzebie, bo sąd penitencjarny nie wyraził zgody. Podobnie było rok wcześniej, gdy zmarła moja matka. Miałem krzyż, który chciałem mamie położyć na grobie. No, ale sąd mnie spytał, po co miałbym na pogrzeb pojechać. I mi odmówili. 

Leżał potem przez pół roku na podłodze celi:  – Księdzu, który przyszedł ze mną porozmawiać, powiedziałem, że taką pokutę sobie zadałem.

garbalin-jedno-z-najnowszych-polskich-wiezien-fot-k-zbrozek

– Tutaj dajemy radę. Mamy tu wszystko, wikt i opierunek. A system postpenitencjarny kuleje. Bo się wypuszcza człowieka, daje mu się na przykład 100 złotych i nikt się już nie pyta, gdzie on teraz pójdzie, i co będzie robił – mówi ten życiowy galernik o perspektywach rozpoczynania nowego życia

– Nie znam jeszcze telefonów komórkowych, komputerów – odpowiada na pytanie, czy ma jakiekolwiek pojęcie o dzisiejszej Polsce, o otaczającym nas świecie.

Lucjan J. ma zawód, jest szewcem-ortopedą. Wspomina krótki okres czterech lat pomiędzy odsiadkami, kiedy to pracował i robił buty. Dzisiaj w zawodzie już pracować nie będzie mógł. Nie widzi…

Pytam go, czy myśli o swych czynach, którym zawdzięcza wieloletnie uwięzienie.

– O tamtym pierwszym tak. Myślę. Ale tego drugiego nie zrobiłem.

Najdłużej w swym życiu spędzonym za kratami „mieszkał” w Łęczycy. Dzisiaj prezentuje, z nieukrywanym sentymentem, turystyczny folder poświęcony temu zabytkowemu więzieniu: – O, widzi pan. To jest cela, w której siedziałem siedem lat – pokazuje kolorową widokówkę.

Łęczyckie więzienie dzisiaj nie funkcjonuje. Jest zabytkowym obiektem wystawionym na sprzedaż. Pytam, czy nie chciałby kupić swojego dawnego lokum?

Jeśli cena spadnie do 200 tysięcy złotych – śmieje się ten wieczny więzień. Ma plany, na ewentualność wyjścia na wolność. Chciałby poświęcić się pracy misyjnej w swym kościele.

 Konrad Zbrożek

 

fot  Konrad Zbrożek

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ