TO NIE JA ZABIŁAM

0

O Temidzie zwykło się mówić, że powinna być ślepa. Ale nie naiwna. Pomorska Temida uwierzyła, że uczennica szkoły średniej w tajemnicy przed całym światem donosiła dwie ciąże, samotnie urodziła nad jeziorem, tuż po porodach otrzepała się, potruchtała kilkaset metrów, aby wyrzucić dzieci w krzaki. A potem,  jak gdyby nic się nie stało, szła do domu oglądać telewizję. Jednak Lucyna opowiedziała Reporterowi inną wersję wydarzeń. Znacznie bardziej logiczną.

Dyżurka, stalowe drzwi, szafki do zostawiania przedmiotów, wykrywacz metalu, dziedziniec, kraty, schody, brama, schody, drzwi, schody, kraty… Gdański areszt to labirynt. Gdyby ktoś chciał z niego uciec, mógłby się zgubić. Mnie przeprowadził przez niego rzecznik prasowy jednostki, dzięki pomocy którego, udało mi się spotkać ze słynną „dzieciobójczynią z bagien”. Była tu  przed odesłaniem jej do grudziądzkiego więzienia, gdzie trafiają najbardziej niebezpieczne więźniarki z całego kraju.

– Ty jesteś tą groźną zabójczynią? – pytam z niedowierzaniem, widząc przed sobą niską, ufarbowaną na rudo, nieśmiałą dziewczynę bez makijażu.

– Ja – spuszcza wzrok – Ale to nie ja…

Została z tym sama

Gdy w 2013 r. cała Polska żyła sprawą innej dzieciobójczyni – matki Madzi – w małej kaszubskiej wsi działa się historia znacznie bardziej niezwykła, wstrząsająca i tragiczna w skutkach. Bez kamer i żądnych sławy osób, które nie bardzo wiedziały, co robią. Pisaliśmy  o tej sprawie w Reporterze (nr 5/2015).

Zaczęło się od płodu wyłowionego z Jeziora Klasztornego. Nikt nie wiedział, kto wyrzucił tam te szczątki i nie ustalono tego do dziś. Jednak podczas poszukiwań matki noworodka, przekazano śledczym informację o nastoletniej Lucynie z podkartuskiej wsi, która była w ciąży, a matką jakoś nie została. Śledczy postanowili ją przesłuchać. I osłupieli, gdy wyjawiła im prawdę. Bo Lucyna – owszem – w ciąży była, ale nie jeden raz, tylko dwa razy. A dzieci nie wrzucała do jeziora, tylko w krzaki. W reklamówkach.

Według tego, co wówczas zeznała, najpierw w 2011, a następnie w 2012 roku postąpiła w ten sam sposób: urodziła na bagnach, przecięła pępowinę scyzorykiem, zapakowała płaczącego noworodka do reklamówki, wyrzuciła ją kilkaset metrów dalej w krzakach i – jak gdyby nigdy nic – udała się do domu. Nikt o niczym nie wiedział. Nawet jej matka, choć Lucyna mieszkała z nią w jednoizbowym budynku, a ich łóżka stały obok siebie. Takie były oficjalne wnioski z przesłuchań.

Jedne szczątki noworodka udało się odnaleźć. Drugich już nie. Może do dziś leżą gdzieś w kaszubskich lasach.

1

Gazety okrzyknęły dziewczynę „dzieciobójczynią z bagien”. Lucynę po wielu wątpliwościach uznano za poczytalną i dano wiarę jej ówczesnym zeznaniom, że działała samodzielnie. Zeznania zmieniła dopiero pod koniec pierwszej rozprawy. Gdy się zorientowała, że niemal wszyscy ją zostawili. Sąd nie dał jej jednak wiary. Prokuratura wnioskowała o 25 lat więzienia. W pierwszej instancji zasądzono 15. W drugiej, która zakończyła się w styczniu 2015 roku, karę za podwójne dzieciobójstwo zmniejszono do 10 lat odsiadki.
Zrozpaczona dziewczyna poprosiła Reportera o interwencję i opisanie jej wersji wydarzeń.
Zgub ten brzuch
– Ojciec dzieci nie tylko o wszystkim wiedział, ale też był przy obu porodach, i to on wynosił dzieci w las – wzdycha młoda Kaszubka. – Nie chcę się na nim mścić, i wiem, że to mi nie zmniejszy kary, ale prawda powinna wyjść na jaw. Na początku wzięłam to na siebie, bo chciałam wszystkich chronić. A prawie wszyscy się ode mnie odwrócili. Nie chcieli się nawet przyznać, że wiedzieli o tym, że zaszłam w ciążę. I kiedy już pod koniec pierwszego procesu mówiłam prawdę, to już nikt mi nie wierzył. O odwołaniu nawet nie ma co mówić. Jedna rozprawa i po wszystkim.

Według słów Lucyny, starszy od niej o kilka lat Michał (imię zmienione), ojciec dzieci, wiedział o ciążach od początku. Wiedziała też jej matka, siostra i kilka innych osób. Podejrzewało to również kilkoro nauczycieli, którzy pytali ją o ciążę wprost (zaprzeczała), ale nikt z tym nic nie zrobił. Nikt nie oferował pomocy, nie służył radą.

Dramat zaczął się już w grudniu 2010 roku. Gdy 16-letnia wówczas Lucyna przyjechała do Michała, obwieścić mu, że zostanie ojcem, ten nawet nie wpuścił jej do domu. Odburknął tylko, że to na pewno nie jego dziecko. W następnych miesiącach jedynie odpisywał na niektóre sms-y. Czasem się widywali, ale jego reakcje były różne. Na trzeźwo nie chciał nawet z nią rozmawiać, a w stanie upojenia niekiedy dopytywał o dziecko. Nigdy go jednak nie uznał i nie zadeklarował wsparcia.

Lucyna chciała uciec z obskurnego domu
– Mieszkałam z mamą i ona zawsze mi powtarzała, że jak zajdę w ciążę, to mnie wyrzuci z domu. A jak zaczął mi rosnąć brzuch, to powiedziała „zgub ten brzuch, bo ci pomogę” – kontynuuje Lucyna – Kiedy zbliżał się czas porodu, chciałam porozmawiać z Michałem o tym dziecku. Pojechałam nad Jezioro Białe koło Grzybna. Nalegał, żebyśmy odeszli dalej. A im dalej odchodziliśmy, tym czułam większe bóle w brzuchu. Wzięłam tabletki przeciwbólowe, ale od razu je zwymiotowałam. Byłam spanikowana. Rodziłam w lesie, wieczorem. Michał kazał przeć, potem krzyczał, że widać główkę. Dziecko wyszło. Płakało. Spojrzałam na nie. To był chłopiec. Nie miałam go na rękach. Michał przeciął pępowinę. Zabrał to dziecko, reklamówkę i sobie poszedł. Kiedy się wreszcie podniosłam, zaczęłam iść w tym kierunku, w którym poszedł. Ale on już wracał z lasu. Odprowadził mnie do skrzyżowania i tak się rozstaliśmy. Gdy wróciłam do domu, mama już spała. Umyłam się i też się położyłam. Myślałam, żeby wrócić w to miejsce, gdzie on zostawił mojego synka. Ale bałam się swojej reakcji.
Kuzyn ważny policjant
Lucyna spotkała się później z Michałem przypadkowo w jednej z kaszubskich wsi. Mówiła mu, że zgłosi sprawę policji. Według jej relacji z tamtej rozmowy, miał jej odpowiedzieć ze śmiechem, że ma krewnego w miejscowej policji i nic mu nie zrobią.
Jak sprawdziliśmy, Michał nie rzucał słów na wiatr, a jego kuzyn jest teraz jeszcze ważniejszym policjantem niż wcześniej. Według przekazanych nam informacji, to podlegający mu policjanci zajmowali się sprawą zabójstwa dzieci Lucyny, gdy ta wyszła na jaw i to oni przesłuchiwali Michała, dając wiarę jego słowom. Ojciec wyrzuconych do lasu dzieci, nigdy nie był na poważnie brany pod uwagę w kontekście tych zabójstw.
O drugim porodzie dziewczyna mówi już bardzo niechętnie. Jak twierdzi, nigdy nikomu o nim nie wspomniała. Nawet psychologowi. A podczas przesłuchań głównie przytakiwała, nie opisując tego zdarzenia. Udaje mi się ją jednak nakłonić do wyjawienia prawdy. I z tych zdań wynika, że było to już celowe, zaplanowane działanie dwójki młodych osób, choć to nie ona odegrała w nim główną rolę.

– Michała spotkałam następny raz kilka miesięcy później. Znów doszło do zbliżenia – wyznaje z bólem Lucyna. Na moje pytania o antykoncepcję, nie odpowiada – O tym, że znów jestem w ciąży, przekonałam się dopiero, gdy poczułam w brzuchu kopanie. Krótko potem powiedziałam Michałowi. Znów mówił, że to nie jego dziecko. Nie chciał ze mną być. A ja wiedziałam, co zrobiliśmy poprzednio i nie chciałam, żeby to się wydało. Więc gdy przyszedł dzień porodu, wiele rzeczy przebiegło podobniem jak za pierwszym razem. Napisałam Michałowi sms-a, że źle się czuję i chyba znowu zaczynam rodzić. Nie wiem, czym tam przyjechał, bo nie miał samochodu. Ale zjawił się szybko. Byliśmy sami. Jezioro Białe, około 200 metrów od tamtego miejsca, gdzie pierwszy raz rodziłam. Ale to był trudniejszy poród. Bolało bardziej, chociaż nie krzyczałam. Nie chciałam jechać do szpitala. Michał przeciął pępowinę. Nie zawijał dziecka w nic, po prostu gdzieś z nim poszedł. Nie wiem, dokąd. Nigdy nie znaleziono szczątków. Sama nie dałabym rady tego zrobić. Moja psychika by nie wytrzymała. Z Michałem już nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Podobno się później wyprowadził.

Ktoś musiał jej pomagać

Rok po tym porodzie, Lucyna przebywała już za kratkami. Według naszych źródeł, jej matka się do niej nie przyznaje.

 – Kiedyś rozmawiała z pewną kobietą i przekonywała ją, że ma tylko jedną córkę, czyli siostrę Lucyny. A Lucyna już nie jest jej córką i ona jej za córkę nie uważa – nie kryje wzburzenia osoba z jej otoczenia.

Wykonane w toku śledztwa badania DNA potwierdziły ojcostwo Michała. Ale podczas procesu miał wyrzec się nawet wiedzy o ciąży. Można było te twierdzenia łatwo obalić za pomocą sms-ów i billingów, jednak nasze źródła donoszą, że nikomu na tym specjalnie nie zależało. Jakby Michała miało w tej sprawie nie być.

Lucyna opisała swoją wersję wydarzeń w liście do bliskiej osoby. Napisała w nim o udziale Michała, o zachowaniu matki
Jak się dowiedzieliśmy, miesiąc przed publikacją tego artykułu Lucyna opisała swoją wersję wydarzeń w liście do bliskiej osoby. Napisała w nim o udziale Michała, o zachowaniu matki, złożyła podpis. Adresat listu chciałby go komuś przekazać. Jednak nie wie komu. Boi się, że sprawa znów trafi do podwładnych kuzyna Michała.
– Przecież od początku było oczywiste, że żadna kobieta nie byłaby w stanie sama urodzić dziecka gdzieś w lesie i od razu iść kilkaset metrów dalej, żeby je ukryć. Ktoś jej musiał pomagać – mówi osoba, z którą „dzieciobójczyni z bagien” jest w kontakcie – Tak samo niepoważne są ustalenia, że nikt nie wiedział o jej ciążach. Przecież pół wsi wiedziało. Staram się pomóc tej dziewczynie, ale chyba nikt nie traktuje tej sprawy na poważnie. Oczywiście, że Lucyna nie jest tu bez winy, ale jeśli ktoś jej pomagał, to szlag mnie trafia, że chodzi teraz po wolności, a ona za niego odsiaduje karę.
 Zacząć żyć od nowa
Lucyna chciała się wyrwać z obskurnego domu w małej wsi, z drewnianą latryną na zewnątrz, ze świata, który jej nie chciał. Kiedy rozpoczęło się śledztwo w sprawie płodu wyłowionego z Jeziora Klasztornego, właśnie załatwiła sobie pracę. Wyjechałaby, uciekła, zapomniała.
Zbieg okoliczności napisał jej jednak inną historię. Pokutę. Obojętnie, jaki był jej udział w tej historii, zasłużyła na karę. W przyszłości, po opuszczeniu więziennych murów, chce jednak żyć już bez piętna „dzieciobójczyni z bagien”. Bo według niej nie zasłużyła na takie miano.
– Już sobie założyłam, że będę się starać w więzieniu i chcę wyjść po połowie wyroku, czyli po 5 latach. Chcę potem zmienić imię i nazwisko i zamieszkać w Trójmieście – snuje plany na przyszłość Lucyna.

Mikołaj Podolski

 

 

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ