Szpital psychiatryczny w Toszku, w województwie śląskim. Oddział V sądowy, zamknięty, dla osób chorych. Widzę przed sobą mężczyznę średniego wzrostu o nieco szpakowatych włosach, byłego absolwenta dziennikarstwa i nauk politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, a także studiów podyplomowych. Byłego pracownika naukowego Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i byłego dyplomatę, 54-letniego Marka P. Skazanego za nieprzyzwoite czynności wobec 3-letniej dziewczynki i oskarżonego o zabójstwo.

– Jak do tego doszło, że tu się znalazłem? Sam sobie zadaję to pytanie – spogląda na mnie i opowiada z gorzkim uśmiechem. W 2004 roku był pierwszym sekretarzem ambasady RP w Kijowie. Mieszkał tam z żoną, w reprezentacyjnej dzielnicy, w pięknym, ponad 100-metrowym mieszkaniu przy ul. Gonczara.

 –  Naszym sąsiadem, drzwi w drzwi, był prokurator generalny Ukrainy – mówi.

Do Kijowa przyjechała wtedy jego teściowa i w mieszkaniu Marka P. wybuchła awantura. Gospodarz, jak to określa, wystawił teściową za drzwi. Wieść o tym dotarła do ambasady. Jak dodaje mój rozmówca, nie było wprawdzie przeciwko niemu prowadzonego w tej sprawie postępowania, ale musiał w końcu opuścić kijowską placówkę. – W niektórych mediach podawano potem, że teściowa rzuciła się na mnie z nożem, a ja ją potraktowałem pistoletem. Żadnego pistoletu nie było – twierdzi.

– W obronie męża stanęła wtedy jego żona – przypomina mecenas Piotr Wojtaszak, adwokat Marka P. Mecenas zajmuje się obecnie swym klientem pro bono, i stara się, aby opuścił szpital psychiatryczny w Toszku. W sprawach osób przetrzymywanych w szpitalach psychiatrycznych mecenas stał się ostatnio znaną w kraju postacią. Gdyż zdołał w tym roku wyciągnąć na wolność dwie osoby ze szpitala psychiatrycznego w Rybniku.P15-06-16_13.59

– W 2008 roku kupiłem z żoną od Jana O. parterowy dom. Zapłaciłem za niego 185 tysięcy złotych – wspomina były dyplomata, któremu w 2009 roku posypało się małżeństwo. Odeszła od niego żona, a on pozostał sam w niedawno kupionym domu. Nie chciał mieszkać samotnie i, jak mówi, kierując się dobrym sercem, przyjął na pobyt czasowy parę będącą w konkubinacie, z dwoma córeczkami: – Przedstawili mi się jako małżeństwo – twierdzi.

Po kilku miesiącach pobytu pod wspólnym dachem, Beata S. oskarżyła go o nieprzyzwoite czynności wobec jej trzyletniej córki: – W czasie postępowania przygotowawczego badania lekarskie nie wykazały jednak śladu takiego zachowania z mojej strony – twierdzi  Marek P. Prowadzone badania seksuologiczne również wykluczyły możliwość dokonania przeze mnie takiego czynu.

Marek P. przekonuje, że w czasie postępowania przygotowawczego w tej sprawie nawet znany seksuolog, Zbigniew Lew-Starowicz wypowiadał się o nim, że nie mógł tego zrobić i jest zdrowy psychicznie.

Marek P. oczekiwał szybkiego i pozytywnego dla siebie rozwiązania w sprawie. W tym samym czasie, nieoczekiwanie, zaczęło się coś psuć pomiędzy nim a jego sąsiadem, 54-letnim Janem O., od którego Marek P. kilka lat wcześniej kupił dom.

Sąsiedzkie niesnaski

Gdy rano 20 marca 2011 roku Marek P. wyjeżdżał do Warszawy, zobaczył za siatką sąsiada. Pozdrowił go, ale Jan O. jedynie odburknął mu coś niezrozumiale pod nosem. Marka P. zdziwiło takie zachowanie sąsiada. Wprawdzie nigdy nie łączyły ich zażyłe, sąsiedzkie stosunki, ale żeby nie odpowiedział na powitanie. Tego nigdy nie było.

Po powrocie z Warszawy Marek P. wypuścił na podwórko psa i chciał wyjąć narzędzie z komórki. – Nie zwróciłem uwagi na Jana O., który kręcił się przy ogrodzeniu. Gdy stanąłem blisko, chwycił mnie niespodziewanie przez parkan za ramię,kalecząc o jego ostre szpice. Chciał trafić w przegub mego łokcia. Osłupiałem. To trwało sekundy. W końcu mu się wyrwałem. Zadał mi osiem ran.

Potwierdza ten fakt mecenas Wojtaszak: – Dla sądu jednak nie miało to później jednak specjalnego znaczenia.

Marek P. przyznaje również, że wprawdzie Jan O. nigdy nie należał do osób rozmownych, ale nie zdarzyło się, aby zachowywał się w stosunku do niego w ten sposób. – On nie powiedział mi wtedy, o co mu chodzi. Tylko nadal mi ubliżał i ciągle groził, że jak tylko wyjdę na ulicę, zginę od noża z jego ręki lub kogoś z „jego ludzi”. Bardzo się przestraszyłem. Wezwałem policję i pogotowie ratunkowe. Pogotowie ratunkowe udzieliło mi pierwszej pomocy. Żona Jana O., która wyszła z domu, zaczęła krzyczeć, że jestem pijany. Na moją prośbę o pobranie krwi dla określenia zawartości alkoholu, pogotowie odmówiło. Policja wysłuchała mojego zgłoszenia o pokaleczeniu ramienia i ręki, o groźbach karalnych oraz prośby o ochronę. Jeden z funkcjonariuszy zapisał coś w notatniku i stwierdził, że policja nie angażuje się w konflikty sąsiedzkie, a o ochronie własnej osoby mogę zapomnieć. Przybyły patrol odjechał bez podjęcia jakiejkolwiek interwencji. Przez cały czas Jan O. stał za ogrodzeniem i śmiał się. Nie zaprzeczał, że to on pokaleczył mi ramię i rękę.

Jak wspomina Marek P., zaczął żyć w strachu, gdyż groźby Jana O. kierowane pod jego adresem brzmiały bardzo realnie. I na dodatek nadal nie wiedział, o co Jan O. miał do niego ciągłe pretensje.

– Jeszcze dwukrotnie, pod wpływem alkoholu, próbował mnie dopaść zza ogrodzenia, ale się pilnowałem. Ilekroć mnie widział, wykrzykiwał w moim kierunku obelgi i groźby. Jak tylko wychodziłem z domu, otwierał okno na piętrze i mi ubliżał. Nie podawał przyczyny wrogości, a ja nie wzywałem więcej policji w obawie, że znów zostanę zlekceważony. Ale to tylko bardziej rozjuszało sąsiada. Próbowałem nagrać na dyktafon jego groźby pod moim adresem, ale wtedy milkł. Jak mu nic nie odpowiadałem, krzyczał jeszcze głośniej. Jak mu odpowiadałem w jego stylu, wyładowywał się, grożąc mi, a potem wracał do swego mieszkania. Ponieważ potrafił już od rana czekać, aż wyjdę, wstawałem jeszcze wcześniej, aby zdążyć wypuścić psa, zanim sąsiad  się obudzi.

Na początku kwietnia 2011 roku, jak twierdzi Marek P., podszedł do niego na ulicy Narutowicza jakiś mężczyzna i też mu naubliżał bez żadnego powodu. Gdy Marek P. zapytał, o co chodzi, ten odszedł.

– Także w kwietniu, kiedy szedłem na stację kolejową, podszedł do mnie inny mężczyzna, przedstawiając się jako Marek, który mieszka w moim sąsiedztwie i pracuje w odlewni metali kolorowych w Ząbkach. Zagadnął mnie, pytając, dlaczego mówią o mnie „takie rzeczy”, skoro zachowuję się i rozmawiam zupełnie normalnie. Nie chciał jednak powiedzieć, kto, i co o mnie mówił. Ale widocznie musiało to być coś bardzo złego.

Marek P. starał się więc bez potrzeby nie opuszczać domu, jak opowiada. Gdy już musiał, zmieniał trasy w kierunku przystanku autobusowego i omijał przypadkowo napotykanych przechodniów. Zakupy robił w stolicy, a jedzenie dla psa i czterech kotów zamawiał telefonicznie. Jak mógł, od pętli autobusowej jeździł do domu taksówką, i ze strachu przed Janem O. zaczął nawet nosić przy sobie gaz obezwładniający oraz nóż składany. Prosił innego z sąsiadów, Waldemara K., aby ten dowiedział się, o co tak na prawdę chodzi Janowi O. Ale mediacje te do niczego nie doprowadziły i oberwało się także Waldemarowi K., że mieszał się w nie swoje sprawy, i dostanie za swoje od Jana O. – Zeznanie Waldemara K. znajduje się w aktach sprawy – dodaje Marek P. – W końcu Jan O. wykrzyczał do mnie przez parkan, że miałem zostawić „tych ludzi” w spokoju! A ja nadal nie wiedziałem, o kogo mu chodzi. Krzyczał, że mam też przestać wykorzystywać staruszki. Raz krzyknął też, że pobije mnie do nieprzytomności, bo obluzował mu się pasek klinowy w samochodzie, i na pewno musiałem mieć z tym jakiś związek.

 Śmierć na parkingu

Marek P. nie wyobrażał sobie dalszego funkcjonowania w takich warunkach. Liczył, że po zakończeniu sprawy rozwodowej, która miała się odbyć w połowie maja 2011 roku, wspólny dom zostanie sprzedany: – Za otrzymaną część pieniędzy miałem zamiar nabyć mieszkanie gdzieś daleko od Ząbek.

O swoich kłopotach Marek P. opowiedział znajomemu mecenasowi, który doradził mu, aby najlepiej powiadomił prokuraturę o pokaleczeniu ramienia i ręki, groźbach karalnych i nękaniu przez sąsiada.

– Wstępnie ustaliliśmy, że 5 maja 2011 r. opracujemy treść takiego pisma do prokuratury, ale mecenasowi, niestety, rozchorowała się córka. Więc przełożyliśmy spotkanie na 9 maja.

Jak wspomina Marek P., jego sąsiad  był wyjątkowo napastliwy 7 maja 2011 roku: – Wyszedł nawet ze swojej bramy i zbliżał się do mojej furtki, krzycząc, że się ze mną nareszcie rozprawi. Zadzwoniłem więc pod numer 112. Wtedy odszedł.

I przyszedł ów feralny dzień, 8 maja 211 roku. To była niedziela: – Rano mój sąsiad widział, jak wychodzę z domu. I po raz pierwszy od dłuższego czasu nie naubliżał mi. Pomyślałem, że złość mu do mnie nareszcie przeszła, nie spodziewałem się więc z jego strony żadnego ataku. Chciałem pojechać na grób matki, złożyć kwiaty. Byłem w garniturze. Tymczasem Jan O. wsiadł do swego samochodu i ruszył za mną. Na granicy parkingu dostawczego domu towarowego Makro dodał gazu, i nagle pod kątem prostym zjechał z drogi, usiłując mnie rozjechać. Odskoczyłem odruchowo, słysząc z tyłu pędzący samochód. Nogi się pode mną ugięły. Krzyknąłem: „Zastanów się, co robisz!”. On zahamował, wyskoczył z samochodu i ruszył w moim kierunku, wrzeszcząc, że nikt nas tu nie zobaczy   i teraz mnie zabije. Sięgnąłem po gaz i go użyłem. Widziałem, że miał całą twarz oblepioną żelem z miotacza, ale go to nie powstrzymało, a jeszcze bardziej rozwścieczyło. Zaczął mnie bić, wyrwał mi gaz i skierował na mnie. A potem przewrócił mnie na ziemię i zaczął kopać po głowie, próbował zmiażdżyć mi gardło.

Niektóre sceny tego dramatu rozgrywały się obok samochodu i nie zostały zarejestrowane przez kamerę monitoringu przemysłowego, umieszczoną na parkingu Makro. Co nie oznaczało, że się nie wydarzyły.

– Nie pamiętam dokładnie, ale udało mi się w końcu wyrwać spod gradu kopnięć Jana O, i stanąć na nogach – wspomina dalej Marek P. – Ponownie dopadł mnie, próbując dalej bić. I wtedy, z rozpaczy, nie posiadając już nic innego do obrony, sięgnąłem po nóż i go użyłem. Nie kontrolowałem miejsca, w które trafiłem ostrzem napastnika. Oczy miałem załzawione od użytego przeciwko mnie mojego własnego gazu. To był jeden mój ruch ręki… Nie miałem zamiaru pozbawienia napastnika życia, lecz jedynie jego obezwładnienie. Po zranieniu Jan O., zataczając się, zaczął okrążać samochód, zbliżając się do jego otwartych drzwi. Odskoczyłem i próbowałem szukać pomocy u strażnika, ale nie było go w budce przy wjeździe na parking towarowy Makro. Byłem spanikowany i przerażony. Wydawało mi się, że to wszystko to jakiś zły sen. Wtedy Jan O. osunął się na ziemię. Zatelefonowałem o pomoc, ale nie można było zrealizować połączenia. Wokoło nie było nikogo. W szoku pojechałem autobusem do Warszawy. Udało mi się wreszcie dodzwonić pod numer 112 i zgłosić na mnie napaść. Z adwokatem pojechaliśmy do prokuratury rejonowej w Wołominie. Tam przekazałem nóż. Wyjaśnienia przyjęto ode mnie dopiero następnego dnia, po aresztowaniu. Miałem w areszcie zawroty głowy, mdłości i światłowstręt. Jednak lekarz dokonujący mojej obdukcji nie stwierdził u mnie widocznych obrażeń.

Prokuratura zleciła tymczasem biegłym psychiatrom zbadanie Marka P. podejrzanego o zabójstwo. Czy jest poczytalny, i czy pozostawienie go na wolności nie stwarza ryzyka popełnienia przez niego kolejnego takiego przestępstwa. Biegli uznali jednak, że do wydania pełnej opinii niezbędna jest 6-tygodniowa  obserwacja w zamkniętym oddziale w zakładzie psychiatrycznym.  Nie trafił tam jednak, gdyż 4 sierpnia 2011 roku – na posiedzeniu sądu dotyczącym przedłużenia tymczasowego aresztu – sędzia Barbara Piwnik uznała, iż w tym przypadku nie ma potrzeby dalszego stosowania aresztu wobec Marka P. Gdyż nie ma obawy, że podejrzany będzie utrudniał śledztwo. Nie czynił tego dotychczas. A wręcz przeciwnie: sam powiadomił o ugodzeniu nożem swojej ofiary, i z adwokatem dostarczył prokuraturze narzędzie zbrodni. Postawienie zarzutu zabójstwa Markowi P. samo w sobie nie jest wystarczającym powodem do trzymania go w areszcie. Areszt bowiem nie może zastępować samej kary, ani nie może być jej namiastką. Ma służyć temu, by śledztwo mogło się toczyć bez utrudnień.

 Marek P. wyszedł więc z aresztu, a rodzina Jana O, protestowała, jak takiego bandytę można było wypuścić?! Od wyroku sądu odwołała się z kolei prokuratura, i – po rozpatrzeniu sprawy przez warszawski sąd apelacyjny – 9 września 2011 roku Marek P. ponownie wrócił za kraty. O jego rzekomo agresywnym zachowaniu opowiadała rodzina Jana O. oraz jego była żona.

Kłopotliwe nagranie

 – I tu rozpoczyna się dość dziwna historia – mówi mecenas Piotr Wojtaszak – Na filmie z monitoringu  widać  samochód Jana O., oraz  pojawiające się sylwetki Marka P. i Jana O. A potem widzimy leżącego obok samochodu Jana O. w jasnej koszuli. A także Marka P. w garniturze. I pomimo filmu z kamery przemysłowej, sąd uznał, że Marek P. po prostu, uroił sobie całe to zdarzenie! Sąd dopuścił wtedy opinię pięciu biegłych. Tylko jeden z nich stwierdził, że Marek P. napadu na siebie nie wymyślił. Jednakże, z powodu rzekomych urojeń, sąd skierował Marka P. na badania do szpitala psychiatrycznego w Branicach, gdzie spędził prawie dwa kolejne lata.   

Ale to nie był koniec jego problemów. Gdy osadzano go w szpitalu psychiatrycznym w Branicach, i leczono z urojeń, powróciła sprawa o nieprzyzwoite czynności wobec 3-letniej córki Beaty S. Sąd nie wziął bowiem pod uwagę stanowiska seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza i dał wiarę zeznaniom matki. Nie uwierzył również Markowi P., choć jego świadkowie mieli zeznawać, jak twierdzi Marek P., iż pomawiający go wtedy konkubenci zmierzali do odebrania mu domu, w którym mieszkał. Nadal siedział na obserwacji w szpitalu psychiatrycznym, i nie miał obrońcy. W 2014 roku za nieprzyzwoite czynności wobec córki Beaty S. sąd skazał Marka P. na dwa lata pozbawienia wolności.

IMG_1209

– Nadal siedzę w szpitalu psychiatrycznym, teraz w Toszku. I chcę z niego wyjść, bo nie jestem chory psychicznie. Nawet, gdybym miał ponownie trafić do aresztu, chcę stąd wyjść, bo jestem zdrowy na umyśle. Są dwie sprawy przeciwko mnie, które biegną z sobą równolegle. I obie dla mnie obecnie bardzo ważne. Bo ani nie krzywdziłem tej trzylatki, ani nie chciałem nikogo zamordować, a jedynie broniłem się!

O niewinności Marka P. w sprawie zabójstwa Jana O. jest przekonany jego adwokat Piotr Wojtaszak: – To raczej Marek P. jest tu poszkodowany, bo został napadnięty przez Jana O. – stwierdza prawnik – Bo, co robił samochodem w tym miejscu, w niedzielę, na drodze przemysłowej przy magazynach Makro? Znalazł się tam przypadkowo? I przypadkowo zajechał Markowi P. drogę? Co widać nawet po usytuowaniu wozu z monitoringu przemysłowego. Do wjazdu do magazynów podjechał samochód Jana O. przez chodnik. Zapewne w tym miejscu chciał potrącić Marka P. Po śmierci Jan O. nadal miał w dłoni miotacz gazu Marka P., co w swych notatkach potwierdzili przybyli potem na miejsce policjanci. Potwierdzili również, że gdy przybyli na miejsce, silnik w samochodzie Jana O. ciągle jeszcze pracował i oni musieli go dopiero wyłączyć. Ale, jak widać, dla sądu to wszystko jedynie imaginacje Marka P, że był na niego napad. Nie wiadomo, dlaczego sąd w aktach sprawy nie umieścił całego zapisu monitoringu przemysłowego, a jedynie jego „zrzuty fotograficzne”, jak to określono. Monitoring przemysłowy broni Marka P. i jest dowodem, że mówi on prawdę. Potwierdza w tej sprawie, że to Marek P. został napadnięty, i że jego obrona była konieczna. Po tym, jak Marek P. trafiał na obserwację do szpitali psychiatrycznych, film z zapisu monitoringu przemysłowego z kolei trafił w zaklejonej kopercie do sejfu. Też nie wiadomo, dlaczego. Przecież różni biegli, którzy w tym czasie nadal badali poczytalność Marka P., nie mogli skorzystać z tego zapisu. Gdy na początku tego roku oficjalnie postanowiłem zająć się tą sprawą, film z tego zapisu monitoringu przemysłowego nagle znalazł się w aktach. Wiele tu niedomówień. I bez wątpienia sąd dopuścił się uchybień w tej sprawie, odrzucając niektóre dowody, ograniczając w ten sposób obronę Markowi P. Nie uwzględnił w sprawie nawet informacji z policji i pogotowia, które już miesiąc przed tym zdarzeniem odnotowały sąsiedzką napaść Jana O. na Marka P., a także o groźby kierowane przez Jana O. pod adresem mojego klienta. Sąd nie rozpoznał tego, co powinien.

Roman Roessler

Fot. Roman Roessler

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ