Zarażam innych szczudłami

0
Rozmowa z Jeremiaszem Aftyką, animatorem kultury, założycielem Klubu Szczudlarzy w Sochaczewie
Faktycznie jedno jabłko, jeden jeż?
W kwestii samego hasła, to tak. Natomiast od strony produkcyjnej inaczej to wyglądało. Ale faktycznie miałem przyjemność wystąpić w tej reklamie.
Jak to się stało, że znalazłeś się na planie?
W zasadzie zadecydował o tym łut szczęścia i przypadek. Miesiąc wcześniej prowadziłem z jedną z ekip animację dla dzieci. W zespole była dziewczyna, z którą przyszło mi współpracować, a której wcześniej nie znałem. Okazało się, że ma kontakty w studiu filmowym. Powiedziała, że poszukują szczudlarzy. Najlepiej z brodą. Oczywiście zarost okazał się najmniejszym problemem, bo zawsze można go dokleić. Postanowiłem spróbować i zgłosiłem się.

1

Nie trudno się domyśleć, że to co widzimy w spocie reklamowym, to zaledwie ułamek tego, co działo się na planie.
Zgadza się. Zdjęcia kręcone były w okolicach Grójca. Kupa ludzi na planie, ale żadnego zamieszania. Atmosfera była naprawdę przyjemna. Spora w tym zasługa reżysera, który zarażał swoim spokojem. Całość zdjęć trwała trzy dni, ja byłem potrzebny na dzień. I tak naprawdę przez większość czasu kazali mi… leżeć. Było wokół mnie około czterdziestu ludzi, którzy byli na każde moje zawołanie. Nie wolno mi było nic przenosić, nawet własnego sprzętu. Mojej pracy był kwadrans.
Zapewne opłacalny?
Dla mnie była to okazja dorobienia, ale przede wszystkim, kolejne, ciekawe doświadczenie. Ci, którzy natomiast regularnie grają w reklamach, po prostu z tego żyją.
A ze szczudeł da się wyżyć?
Jak najbardziej. Pod warunkiem, że współpracuje się z dobrą agencją i utrzymana jest ciągłość w występach. Myślę tu głównie o weekendach i uczestnictwie w festynach, akcjach czy chociażby imprezach urodzinowych.
Jakie więc predyspozycje trzeba mieć w sobie, aby być dobrym szczudlarzem?
W zasadzie na szczudłach każdy może chodzić. To żadna filozofia. Schody zaczynają się wówczas, kiedy myślimy o występach, głównie dla dzieci. I tu istotna jest umiejętność łatwego nawiązywania kontaktu z nimi. Dzieci po prostu trzeba lubić.
W Sochaczewie najwyraźniej jest zainteresowanie tego typu zajęciem, skoro zdecydowałeś się założyć Klub Szczudlarzy.
Na dzień dobry zgłosiło się dziesięć osób. Aktualnie klub liczy dwunastu szczudlarzy i wraz z początkiem roku szkolnego myślimy o nowej rekrutacji. Zależy nam na tym, aby stworzyć taką ekipę, która nawet jeśli ktoś z różnych przyczyn wypadnie, to i tak będziemy w stanie wziąć udział w różnego rodzaju imprezach.

2

A co z treningami?
Z racji tego, że jest obecnie po sezonie, to odbywają się one rzadziej. Natomiast przed jego startem i w trakcie trenujemy nawet dwa razy w tygodniu po te dwie, trzy godziny. Korzystamy z gościnności Niezależnego Domu Kultury „Piekarnia”, gdzie możemy chociażby trzymać sprzęt. Ale najczęściej trenujemy w plenerze, jak jest ładna pogoda oczywiście. Chodzimy po prostu po mieście, bądź ćwiczymy na torze motocrossowym.
Widok dziesięciorga szczudlarzy przy ul. Traugutta na pewno wzbudza zainteresowanie przechodniów. Jak ludzie reagują na was?
Na ogół są zszokowani. Szczególnie ci starsi. W Sochaczewie jest inna mentalność, niż chociażby w Warszawie, gdzie zapewne nikt by nas nie zauważył. Ale to właśnie specyfika takich miasteczek. Na pewno jednak nikt nie jest złośliwy czy chamski. Wręcz przeciwnie. Ludzie są ciekawi, zaczepiają, pytają skąd jesteśmy, co robimy. Nie wyczuwamy żadnej negatywnej aury. Mamy nawet przygotowane odpowiedzi na niektóre pytania, bo dość często się powtarzają.
O co więc najczęściej pytają?
A jak się przewrócę, to co się stanie?
I co się stanie?
Będę przewrócony. (śmiech)
Okazuje się, że Klub Szczudlarzy jest naprawdę wyjątkowy.
Tak naprawdę jesteśmy drużyną piłki nożnej na szczudłach. W zasadzie to możemy tytułować się mianem mistrzów wszechświata, bo póki co jesteśmy jedynym takim klubem. Dążymy do tego, aby zachęcać inne grupy czy teatry do naszego pomysłu. A dlaczego futbol? Pomysł wpadł mi do głowy w trakcie organizowanego przez nas festiwalu „Ulicznicy”. Zagraliśmy towarzysko mecz Sochaczew przeciwko Śląskowi. Fajnie to wyglądało. Publiczność miała sporo wrażeń, my również. No i zabawa przy tym była przednia.
Szczudlarstwo daje więc sporo frajdy.
Przede wszystkim o to chodzi. Tym bardziej w przypadku naszego klubu, gdzie nikt na tym nie zarabia, więc frajda jest niejako rekompensatą za włożony trud na warsztatach czy treningach.
Gdzie uczyłeś się sztuki chodzenia na szczudłach?
 Zaraziłem się tym w Katowicach. Miałem dobrego kolegę, który pracował w teatrze i zachęcił mnie. Celem był wyjazd na paradę, ale z różnych przyczyn nie udało się pojechać. A szczudła zostały. Zacząłem więc interesować się sztuką cyrkową, kuglarstwem, tańcem z ogniem. Poczułem, że to coś dla mnie. I staram się teraz zarażać innych.
W trakcie twojej ośmioletniej już przygody uczestniczyłeś w wielu festiwalach, jak chociażby w Berlinie czy Omanie.
W Niemczech miałem przyjemność pracować przy spektaklu Carmina Burana. To był przepiękny musical. Z ogromnym zapleczem artystów i chociaż chodzisz tam chwilę na szczudłach, to czujesz się jak gwiazda. Ogromna publiczność, w zasadzie parę tysięcy widzów. W samym Berlinie uczestniczyłem w Paradzie Kultury, gdzie w sumie byli sami ludzie. Ciężka parada, bo do przejścia było blisko 8 kilometrów trasy. Zostawia się tam sporo zdrowia, tym bardziej, że przez całą trasę jest animacja do wykonania. Jednak wrażenia są niesamowite. A w Omanie uczestniczyłem w święcie stolicy – Muscat Festiwal. Ciekawostkę jest fakt, że parady organizują… Polacy. Zbierają ekipę muzyków, żonglerów, szczudlarzy, którzy trzy razy dziennie uczestniczą w występach. A publiczność jest zachwycona. Ludzie z miliardami w kieszeni zachowują się w trakcie występów jak dzieci. Im dziwniej, bardziej kolorowo, tym lepiej.
Czy uważasz się za animatora kultury?
Myślę, że tak. Taki samouczek, ale nim jestem. Co prawda nie skończyłem żadnej szkoły w tym kierunku, ale bardzo mi się to podoba. Robię coś konkretnego, oryginalnego i staram się zachęcać innych do działania.
Jednak chłopak wychowany wokół familoków decyduje się postawić na kulturę, a nie górnictwo, to brzmi nieco dziwnie.
Nie oznacza to wcale, że górnictwo jest mi obce. Brat pracuje jako ratownik na kopalni, wielu również sąsiadów utrzymuje się z pracy przy wydobyciu węgla. Gwarą jednak nie mówię. Zresztą rodzice pochodzą z Mazur i w Katowicach pojawili się w czasach, kiedy poszukiwano do pracy. Poza tym, sam w młodym wieku wyprowadziłem się ze Śląska, więc gwara jakoś szczególnie nie zaszczepiła się we mnie.
Jak w takim razie znalazłeś się w Sochaczewie?
W Katowicach pracowałem w jednym z amatorskich teatrów. W trakcie kolejnego festiwalu poznałem stowarzyszenie… I zaczęliśmy razem współpracować. Oni grali, my robiliśmy zamieszanie z dymem. Współpraca kwitła, coraz częściej pojawiałem się w Sochaczewie, aż pewnego dnia wziąłem torbę, przyjechałem i zostałem. I mieszkam tu już od pięciu lat.
Jak z perspektywy tego czasu oceniasz miasto, ludzi w nim żyjących?
Miasto ma spory potencjał. Po pierwsze jest bardzo ładne, a po drugie ma to „coś” w sobie. Pewien, określony klimat. Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, co to konkretnie jest. Ale klimat tworzą ludzie, a jest tu wielu ludzi, którzy działają na rzecz miasta i chcą coś zmienić. Problem tkwi w mentalności. Wielu traktuje Sochaczew jako sypialnię Warszawy, a tak nie powinno być. To my, jako mieszkańcy powinniśmy pokazywać wszystkim, że jesteśmy wyjątkowi. A nie chylić czoła i zaścielać tylko łóżka.
Osobiście jednak uważam, że z tą „sypialnią” nie jest tak źle. Mieszkałem w Pruszkowie czy Piasecznie, gdzie faktycznie ludzie absolutnie nie identyfikowali się z lokalną społecznością. W Sochaczewie jednak czuć tego ducha miasta.
Ale brakuje tego „kopniaka”. Tak jak chociażby w Płocku, który nie jest jakimś super miastem, ale potrafi przez parę imprez zaistnieć na skalę światową.
Tym „kopniakiem” mają być chociażby Twoje pomysły?
Staram się. Gdziekolwiek jesteśmy, to zawsze pojawia się Sochaczew. Identyfikujemy się z miastem i staramy się go promować. Robimy niejako z Sochaczewa centrum piłki nożnej na szczudłach mając przy tym nadzieję, że uda się zorganizować mistrzostwa Polski. A to jest dopiero początek. I jeśli wyjdzie z tego duża impreza, to miasto na tym tylko skorzysta.
Jakie jeszcze imprezy wchodzą w grę?
Priorytetem są oczywiście mistrzostwa Polski w piłce nożnej. I myślę, że to się uda, tym bardziej, iż jesteśmy po wstępnych rozmowach ze sponsorami. Poza tym nie brakuje szczudlarzy zaawansowanych technicznie. Takich, którzy potrafią poruszać się bez jednego szczudła czy chociażby skaczących przez skakankę. I dla nich chciałbym zrobić imprezę na torze motocrossowym. Cały tor do pokonania, na czas. Ten projekt wydaje się być najciekawszy. Powiedzmy, że czterdziestu ludzi na szczudłach biegnących przez motocross, to musi być atrakcyjne!
Na pewno brzmi oryginalnie.
Oryginalność jest plusem i zaletą tego co robię. Nikt do tej pory tego nie robił.
Wyłamujesz się z konwencji sztampowych imprez, gdzie stawia się stragany i puszcza muzykę z głośnika?
Ale przynajmniej staramy się.
To efekt Twojej działalności w strukturach Europejskiej Stolicy Kultury Katowice 2016?
Trafiłem tam niejako z przypadku. To co tam zrobiono, to było świetnym rozwiązaniem. Utworzono biuro, które ma miało na celu szerzenie i propagowanie kultury. I nie wpuszczono tam „starego naczelnika”, który od lat pracuje w urzędzie, a młodych ludzi. Z pomysłami. Wszedłeś i usłyszałeś: zapraszam, to jest dla ciebie krzesło, kawy, herbaty? Masz pomysł, to chętnie pomożemy. Nikt oczywiście nie obiecywał pieniędzy, jednak podejście tych ludzi sprawiało, że mogłeś się realizować. Do biura wchodziło się i chciało się coś robić. Przy paru projektach miałem przyjemność uczestniczyć i było to spore doświadczenie jakiego nabyłem.
Sporo się mówi o kulturze, która chociaż funkcjonuje w świadomości mieszkańców, to mimo wszystko ciężko jest ich nią zarazić. Czy metody działania władz przy organizacji imprez pochodzące z lat minionych, po prostu kuleją? Mamy przecież XXI wiek i może należałoby działaś młodszym umysłem?
I dlatego wspominałem o mentalności. Łącznie z włodarzami miasta. W Sochaczewie mamy cztery domy kultury, i jak może komuś brakować akurat tej dziedzinie? Wydaje mi się, że ludzie chcą czegoś innego, niż kolejnego występu kabaretu czy szkolnego spektaklu. Potrzeba chociażby instalacji, że mieszkańcy idą po mieście i widzą coś nowego. Nawet koncerty organizuje się z dala od centrum. Mam wrażenie, że odbywają się one tylko po to, aby się odbyć. A przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Tym bardziej, że młodzieży w Sochaczewie nie brakuje. Młodzi ludzie sami szukają alternatywy, aby spędzić wolny czas. Na pewno Sochaczew jest świetnym podłożem do tego, aby organizować imprezy. Ludzie są tak złaknieni występów, że cokolwiek się nie zorganizuje, to oni to „kupią”.
No i kij ma dwa końce: urząd zawsze powie, że to co zrobiliśmy przyciągnęło tłumy.
Urząd miasta niestety inaczej działa. Jak przychodzi się z jakimś projektem, to „przybijają piątkę”. Jest super. Pomożemy ci. Ale przy każdej następnej sprawie rzucają kłody po nogi. Rozumiem, że wymusza to biurokracja, ale po ostatniej imprezie, którą organizowaliśmy, to można mieć wszystkiego dość. Każda drobna sprawa wymaga pisma. Brakuje tego, że urzędnik siada z tobą i pomaga wypełnić wszelkie formalności. Więc nie dziwię się, że niektórzy rezygnują ze swoich pomysłów. Bo trzy dni biegania po urzędach, aby zorganizować drobną imprezę, nikomu się nie uśmiecha.
Rozmawiał: Marcin Prażmowski

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ