Skok po złoto Bałtyku

0

Do momentu oddania do druku tego wydania „Reportera” nie wyjaśniono, kim są mężczyźni, którzy okradli parę gdańskich bursztynników. Wiadomo tylko, że byli doskonale zorganizowani, przebiegli i niezwykle umiejętnie udawali funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji.

 Był czwartek 9 czerwca 2016 r. Krótko przed południem. Krzysztof Trelewicz pojechał w miejsce, w którym miał sprzedać małą ilość bursztynu. Kupca nie znał. Wcześniej tylko raz rozmawiał z nim przez telefon. Nie był więc zaskoczony, że kontrahent nie zjawił się w umówionym punkcie na gdańskiej Wyspie Sobieszewskiej.

Trelewicz, mimo to czekał na niego. Nagle zamiast umawiającego się z nim mężczyzny, przed jego samochodem zatrzymało się zielone auto, przypominające bus marki renault trafic. Wysiadła z niego czwórka policjantów. Na ich plecach widniało logo Centralnego Biura Śledczego Policji. Mieli wszystko jak należy: kamizelki, pistolety, legitymacje.

– CBŚ! Jedziesz z nami! – krzyknął jeden z nich. Po chwili rzucili skutego już w kajdanki biznesmena na podłogę busa, założyli mu worek na głowę i odjechali.

Zabrali majątek

W tym samym czasie pod dom Trelewicza podjechał inny samochód, z którego wysiadło kilku mężczyzn z logo CBŚP na plecach. Na posesji zastali żonę przedsiębiorcy. Wymachują jakimś dokumentem, twierdząc, że to nakaz przeszukania. Pierwsze co robią, to zabierają kobiecie oraz pracującym w ogrodzie osobom dowody osobiste i telefony.

Po chwili wyjaśniają, że prowadzą poważne śledztwo i muszą przeszukać cały dom. Robią to w pośpiechu, bez żadnej skrupulatności. Jeden pilnuje gospodyni, dwójka innych pakuje odnaleziony bursztyn w koce.

– Nie trzeba tego wszystkiego przeliczyć przed zabraniem? – pyta zdziwiona Larisa Trelewicz, gdy funkcjonariusze chcą zabierać kamienie.

– Zrobimy to na komendzie – stanowczo odpowiada jej jeden z policjantów.

Pieniądze też biorą. Ich wartość, wraz z zarekwirowanym bursztynem to w sumie kilkaset tysięcy złotych. Policjanci informują, że później dadzą znać o dalszym przebiegu sprawy i odjeżdżają. Całe przeszukanie zajmuje niecałe pół godziny.

Zdezorientowana kobieta dzwoni do męża. Ten nie odbiera. Telefonuje więc na policję i kiedy otrzymuje informację, że tam nic nie wiedzą o przeszukaniu domu, udaje się na komisariat.

Przywiązany do drzewa

Krzysztof Trelewicz dopiero w samochodzie dowiedział się, że zatrzymano go z powodu rzekomego nielegalnego handlu bursztynem. Przez pierwszych kilkanaście minut od zabrania do samochodu jest wożony po odludnych miejscach. Nie widzi tego, bo na głowie wciąż ma worek, ale słyszy, że nie mijają żadnych innych aut.

– Gdzie masz bursztyn? Ile? Gdzie dokładnie? – pytanie goni pytanie, a skuty w kajdanki mężczyzna nie nadąża z odpowiedziami.

– Wy na pewno jesteście z CBŚ? – pyta w końcu.

Mimo że już podejrzewa, o co tak naprawdę chodzi, wyjawia wszystko i wskazuje miejsca ukrycia pieniędzy i towaru, którym handluje. Boi się, że jeśli tego nie zrobi, może już nie wrócić do rodziny. Po godzinie jeżdżenia i pytań „policjanci” wysadzają go wreszcie z samochodu i ściągają mu kajdanki. Jednak zamiast go uwolnić, przywiązują jego nogi i ręce do drzewa, pryskają w twarz gazem, po czym odjeżdżają.

W więzach są jednak luzy. Oszołomiony mężczyzna szybko się oswobadza. Wybiega na drogę, gdzie zatrzymuje przypadkowe auto. Prosi o możliwość przedzwonienia do żony. Kobieta nie odbiera, bo jest już w drodze na policję.

Para spotyka się dopiero po kilku godzinach. Oboje już doskonale wiedzą, że zostali obrabowani przez dobrze zorganizowaną grupę, która podszyła się pod mundurowych.

To byli fachowcy

 – Ich pewność siebie utwierdzała mnie w przekonaniu, że to naprawdę CBŚP. To było wyczuwalne. Do dziś zastanawiam się co mogli mieć wspólnego z policją, skoro tak świetnie na wszystkim się znali – mówi Krzysztof Trelewicz w rozmowie z Reporterem – Nie słyszałem, żeby mówili z obcym akcentem. Raczej to byli sami Polacy.

Uprowadzony i okradziony 41-letni gdańszczanin, to fachowiec z branży bursztynniczej. Nie tylko sprzedaje, ale też obrabia i prowadzi poszukiwania bursztynu. Złodzieje doskonale wiedzieli, kogo napadają. Było ich co najmniej ośmiu.

Gdy rozmawiamy pod koniec czerwca, małżeństwo Trelewiczów wciąż nie wie, co nowego udało się ustalić w śledztwie. Przez całe trzy tygodnie. Mają sporo pretensji do prawdziwych funkcjonariuszy. Ich zdaniem im bardziej policja zaangażuje się w sprawę, tym większe będą szanse na odnalezienie skradzionego im towaru. Nie chcą jednak spekulować, kto mógł im go odebrać.

– Nie wiemy, kto mógł nam to zrobić. Nie mamy pojęcia mówi Larisa Trelewicz.

A jej mąż Krzysztof dodaje: – To był towar odkładany przez nas od 20 lat. Te bryłki bursztynu określiłbym jako specyficzne: od 20 do 300 gram. Czyli mają od 3 do 15 centymetrów. Tego największego, najcenniejszego bursztynu skradziono nam 25 kilogramów. Do tego był mniejszy, jakieś 30 kilogramów.

20141227225828

Bursztynnik podejrzewa, że sprawcy nie odważą się próbować sprzedać łupu w Trójmieście, gdzie wiele osób z jego branży zna się i ma ze sobą kontakt. Byłoby to zbyt ryzykowne. Jego zdaniem łatwiej będzie się go pozbyć w głębi kraju.

– Chociaż kto wie? – zastanawia się – Może bursztyn powędruje gdzieś na Zachód, albo na coraz szybciej rozwijający się rynek chiński? Tam jest coraz większe zapotrzebowanie na ten towar. Złodzieje jednak mają pecha, bo od trzech miesięcy ceny bursztynu drastycznie spadają. Poza tym sprzedać taką ilość to naprawdę duży problem. Umysł podpowiada mi, że śledczy ich wkrótce znajdą, ale tracę pomału chęci na wszystko. Czuję się, jakbym stracił cel życia. Nic mi się nie chce. Zabrano nam coś, na co pracowaliśmy wiele lat. Za każdym razem, gdy pomyślę o tej sprawie, to chcę, żeby ona się jak najszybciej skończyła.

 

Mikołaj Podolski

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ