Były antyterrorysta żąda od policji pół miliona złotych odszkodowania. Ma to być ekwiwalent za uszczerbek na zdrowiu doznany rzekomo w trakcie służby, oraz za molestowanie, którego padł ofiarą w policji.
Był marcowy poranek tego roku, gdy do gabinetu komendanta  w wojewódzkiej policji w Katowicach weszła sekretarka: – Oto to pismo  – powiedziała krótko, kładąc na biurku szefa kartkę.
Autorem był Tomasz B. – od dwóch lat emerytowany sierżant sztabowy, z ponad siedemnastoletnim stażem pracy w policji. Żądał od komendy wojewódzkiej policji gigantycznego odszkodowania.
Zgwałcił go dowódca
 Tomasz B. informował, że tak wysokie zadośćuczynienie należy mu się za uszczerbek na zdrowiu oraz za straty moralne i finansowe, których doznał w trakcie pracy w policji. Opisał swoją służbę, gdy pracował w kompanii antyterrorystycznej. Twierdził, że wówczas o mało życia nie postradał. Na dowód czego, dołączył liczne opinie lekarskie, które zebrał w trakcie służby i zaraz po jej zakończeniu. Jak twierdził, dziś jest schorowanym człowiekiem. Osobą zniszczoną psychicznie i fizycznie.
Wywód na temat zdrowia  nie zdziwił komendanta. Praca w policji jest przecież ciężka, momentami niebezpieczna  i nie każdy może ją pełnić. Szczególnie w kompanii antyterrorystycznej.
Komendant oniemiał jednak, gdy doszedł do sedna sprawy. Tomasz B. wyjaśniał, że kilkanaście lat temu, gdy rozpoczął pracę w pododdziale antyterrorystycznym, był molestowany seksualnie przez swego ówczesnego dowódcę. Wręcz zgwałcony!
Komendant raz jeszcze przeczytał z uwagą tę część pisma i jak sięgał pamięcią wstecz, niczego podobnego w swym życiu zawodowym nie odnotował. Coś z tym trzeba zrobić: – Sprawdzić i dać odpowiedź – nadał sprawie bieg.
– Policja zaczęła sprawdzać – informuje podinspektor Andrzej Gąska, rzecznik prasowy komendy wojewódzkiej policji w Katowicach.
Łatwiejszy do sprawdzenia był wątek pracy sierżanta sztabowego w jednostce antyterrorystycznej.
Trafiony na poligonie
Ponad trzynaście lat temu –  na poligonie ćwiczeń antyterrorystów, w rejonie Gliwic  – miało miejsce szkolenie. Ćwiczono skoki ze śmigłowca. Skakał również Tomasz B. Aby bardziej uwiarygodnić zajęcia, szef grupy antyterrorystycznej wpadł na pomysł, by z ziemi strzelać w kierunku podwładnych, gdy ci – gotowi do skoku – wisieli na spuszczanych ze śmigłowca linach. Z broni krótkolufowej, gumową amunicją, strzelał do nich jeden z oficerów. Jeden z gumowych pocisków trafił w głowę Tomasza B.
– Tych strzałów było kilka, może więcej – opowiadał Tomasz B.
Dziś nie wiadomo, czy gumowe kule podczas tych ćwiczeń trafiły innych funkcjonariuszy z tej grupy antyterrorystycznej. Ponoć mogło być więcej poszkodowanych.
– Innych incydentów podobnego typu nie odnotowano jednak wtedy. – Andrzej Gąska znowu sięga do notatek.
Orzeczenie lekarskie potwierdziło uszczerbek na zdrowiu Tomasza B. Jednak dowódca grupy kazał mu napisać w raporcie, że miał się ranić przewracając na schodach. Potem próbowano sprawę tuszować.
Po wieloletnim procesie skazano jednak oficera, który strzelał.
Natomiast Tomaszowi B. ówczesny komendant wojewódzki policji przyznał jednorazowe odszkodowanie, w wysokości 3400 zł.
– On przyjął wtedy pieniądze – przypomina rzecznik – Ale się znowu odwołał. Bowiem, jak twierdził, otrzymał za mało.
Z odwołaniem zgodził się ówczesny komendant wojewódzki i dodatkowo przyznał mu 4400 zł.
– Które to sierżant sztabowy również przyjął – dodaje rzecznik.
Przez następne dwa lata służył nadal w jednostce, aby w maju 2004 roku wystąpić do Sądu Rejonowego w Gliwicach z pismem o ugodę z komendą wojewódzką policji w Katowicach. Żądał zadośćuczynienia w wysokości 30 tys. zł. Miała to być nadal rekompensata za uszczerbek na zdrowiu podczas owych ćwiczeń antyterrorystycznych z desantem w tle.
– Próba ugody przed sądem nie doszła do skutku – informuje Tomasz Pawlik, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Gliwicach – 1 listopada 2004 roku, nikt ze strony policji nie zjawił się w gliwickim sądzie rejonowym. Policja twierdziła, że świadczenia, które Tomasz B. otrzymywał z ZUS-u były wystarczające. 
Mało męska przyjaźń
 
W Komendzie Wojewódzkiej Policji w Katowicach głośno dziś o seksualnym  molestowaniu Tomasza B: – Nie na co dzień przecież chłop chłopa … i to w policji – uśmiechają się funkcjonariusze.
– Niełatwo dociec tamtych wydarzeń, a wręcz jest to dziś niemożliwe – zauważa A. Gąska.
Sprawa miała mieć miejsce w rejonach Limanowej. Tomasz B. był wtedy młodym adeptem po policyjne szkole. I trafił do wydziału prewencji. Zaprzyjaźnił się z ówczesnym swoim dowódcą. Nawet w trakcie urlopu zaprosił go w swe rodzinne strony. Po ciężkiej i niebezpiecznej zarazem pracy, chcieli  odreagować. Popili sobie w domu rodziny Tomasza B. Schlali się wręcz, że jeden nie wiedział, co robi drugi. Tak, że im się film urwał. I zasnęli, tam gdzie siedzieli, czyli na tapczanie. Gdy Tomasz B. obudził się nad ranem z bólem głowy i kacem, to ujrzał nachylonego nad swym kroczem dowódcę i poczuł swoje przyrodzenie w jego zębach…
Były policjant – w piśmie z marca tego roku do komendanta wojewódzkiego policji w Katowicach – nie precyzuje dokładnie sytuacji sprzed lat. Określa ją jako molestowanie. Jak napisał, całe życie gryzł się tamtą sytuacją. Tym, co mu zrobił w jego domu dowódca. Nie wiedział tylko, komu i jak o tym opowiedzieć. Nawet żonie nigdy nie wspominał o tym zdarzeniu. Kolegom tym bardziej. No, bo jak w policji gadać o takich rzeczach. Nikt by go nie zrozumiał. Nikt by nawet w to nie uwierzył. A o nim by gadali, że „parówa” z niego. Gdyby rozgłosił wtedy ten fakt, to wylaliby go ze służby niechybnie.
Niedawno dopiero przełamał się i opowiedział żonie o tamtym zdarzeniu.
Pół miliona to mało
Wtedy zdecydował się mówić o swoich problemach. I jakby kamień spadł mu z serca. Dziś twierdzi, że marginalizowano go, zastraszono i stosowano wobec niego w policji mobbing. Musiał się nawet leczyć w poradni zdrowia psychicznego. I leczy się tam nadal, bo zdrowie ma coraz gorsze.
Jednak Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach sprawę odszkodowania – w wysokości pół miliona złotych –  odrzuciła.

– Dwa razy pobrał już przecież za to pieniądze z komendy – podkreśla rzecznik prasowy katowickiej policji – Natomiast część dotyczącą molestowania sprzed lat, skierowaliśmy do Prokuratury Rejonowej w Limanowej.     

Gdy emerytowany sierżant sztabowy dowiedział się o decyzji komendy wojewódzkiej, zagroził, że wynajmie adwokata i – nie czekając na orzeczenie prokuratury w sprawie molestowania – wytoczy komendzie proces. Za wszystko. Ale już nie o pół miliona złotych, ale o wielokrotność takiej sumy.

– Do Prokuratury Rejonowej w Limanowej wpłynęło pismo z katowickiej komendy w sprawie molestowania Tomasza B. – informuje prokurator Beata Stępień, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Nowym Sączu – Z powodu przedawnienia sprawy, 27 marca bieżącego roku musieliśmy odmówić wszczęcia śledztwa. Termin przedawnienia upłynął bowiem 31 grudnia 2012 roku.

Józef Kogut, prezes Śląskiego Stowarzyszenia Pomocy Ofiarom Przestępstw przypomina sobie zbliżoną sytuację. Na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku w Katowicach: – Po mocno zakrapianej alkoholowej libacji, biegał w cywilu w nocy po dworcu kolejowym kapitan milicji z wyciągniętym ze spodni przyrodzeniem. Natychmiast wylali go ze służby. Gdyby taki proces w sprawie molestowania Tomasza B. ruszył, to jednak dopiero byłaby „bomba” – dodaje. – Musiałby Tomasz B. dokładnie opisywać, jak to było. A takiego procesu nie odpuszczą media. Czy warto narażać się na to dla tych pieniędzy? Jeżeli w ogóle by je dostał?

Po postanowieniu Prokuratury Rejonowej w Limanowej, ruch należy teraz do Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach. Ponownie może wystąpić z pismem do prokuratury w Limanowej. Tym razem o to, czy w swoim piśmie do komendanta policji Tomasz B. – pisząc o molestowaniu – nie kłamał.

Roman Roessler