Urodziłam się w styczniu 1939 roku. W roku, gdy wybuchła okrutna wojna. Co prawda tego nie pamiętam, ale dalsze lata do wyzwolenia były nie tylko dla moich bliskich koszmarem. Dziś, chcę się podzielić z innymi wspomnieniami o tym, co w następnych, wojennych latach się przydarzyło i w mojej pamięci zostało.

Gdy nastąpił wrzesień 1939 roku, wówczas mieszkaliśmy w Kampinosie. Wraz z wybuchem wojny zaroiło się tu od napływowej ludności miejskiej. Przybywali krewni, często tacy, co z nazwisk tylko ich ludzie znali i nigdy z nimi kontaktów nie utrzymywali. Przeważnie byli to warszawiacy, którzy zajmowali się przemytem, handlem i czym tylko się dało, aby przeżyć czas najgroźniejszych walk w stolicy. Niejeden z nich stracił cały dobytek życia. Zostawiali dzieci, u kogo tylko można i – aby się jakoś utrzymać – sami odchodzili. Dzieci, tęskniące za rodzicami, utrzymywali miejscowi rolnicy – tubylcy tej ziemi. Nie było łatwo, każdy spał gdzie mógł – w stodołach, w oborze, ponieważ w swoich domach gospodarze nie mogli pomieścić wszystkich.

Straszne, wojenne sceny

Wraz z wybuchem wojny zaczęły organizować się siły oporu przeciwko okupantowi. W samym centrum Kampinosu zauważyłam, że czasami na koniu przemknął polski wojskowy i pytał, gdzie znajdują się Niemcy. Gdy zapadał zmrok, młodzi chłopcy na pobliskich łąkach ćwiczyli przygotowanie do walki. Niestety, wojnę przeżył tylko ten, który te ćwiczenia organizował, cała reszta młodzieży zginęła.

Gdy zaczęłam rozumieć, że to złe czasy, to obserwowałam, co to znaczy. Na końcu wsi płonęły domy tych, którzy rwali się do walki, i oni zginęli. Nigdy nie zabrakło gapiów obserwujących płonące domostwa. Wśród innych byłam i ja. Jednak nigdy nie podchodziłam blisko, patrzyłam z daleka na rozszalałe płomienie i przeraźliwą rozpacz ludzi.

Pamiętam, jak podczas jednego z takich pożarów ktoś krzyknął: – Przynieście obraz Świętej Agaty.

Po chwili ktoś z tłumu podbiegł z wizerunkiem świętej. Uniósł obraz w górę, w stronę wiejącego wiatru. Nagle wszystko ucichło. Jak zaklęty, wiatr się uspokoił i następny budynek już się nie zapalił. Nie objęły go płomienie. Nie potrafię tego zjawiska wytłumaczyć. Jedynie mogę napisać to, co wiele razy słyszałam, że św. Agata niejeden pożar zatrzymała.

Najwięcej krwawych porachunków z okupantem było we wsiach na obrzeżach puszczy. Mężczyźni szli do lasu walczyć, a kobiety obarczone ciężarem prowadzenia gospodarstw i domów, pozostawały same z dziećmi. Tam rozgrywały się straszne sceny. Rodziny walczących mężczyzn czasami żywcem palono za karę. Coraz więcej funkcjonowało donosicieli. Donosił brat na brata, aby uchronić się przed utratą życia. Niemal wszystkich paraliżował strach. Ludzie ginęli, organizowane były łapanki. Do drewnianego kościółka zwożono żyjących, rannych żołnierzy. Zaś w pałacu kwaterę miał niemiecki sztab.

Okrutne wieści z lasu

Wśród ludzi zaczynała w tym czasie narastać panika. Niemcy przeczesywali domy, aby znaleźć choć jednego partyzanta lub Żyda. Czasami ktoś był podobny, miał semickie rysy i wtedy – bez żadnych podstaw – zabierali go do ciężkich robót w puszczy. Tacy więźniowie czyścili kanały, kopali doły, w których niejednokrotnie byli zasypywani, niekiedy na wpół żywi.

Przez wieś codziennie wędrowała lista od sołtysa, aby kolejno zgłaszać się z koniem i wozem na podwodę do jakiegoś transportu. Pamiętam, że mojego taty nie było w domu przez dwa tygodnie. Wtedy wywożono ludzi do kopania okopów dla wojska.

Pamiętam, że w ogródkach przydomowych były zamaskowane bunkry a może ziemianki, w których Niemcy udzielali pomocy wojskowym. Jeżeli jednak ktoś chory poszedł z miejscowej ludności, to także udzielali pomocy. Co może wydać się zaskakujące, robili to bez żadnego oporu.

W tym czasie w pobliskiej puszczy trwały walki partyzanckie. Nasze oddziały nocami przemieszczały się z jednego miejsca na drugie. Czasami się coś nie udało i cała grupa ginęła w walkach, przeważnie prowokowanych przez zdrajców.

W sierpniu 1945 roku, na wschodzie ukazała się ogromna, czerwona łuna: – To powstańcza Warszawa płonie – tłumaczyli starsi, a ja już trochę rozumiałam. Przynajmniej na własne oczy widziałam, jak łuna zatacza coraz większe kręgi. Ludzie żyli w strasznym niepokoju. Miejscowi przemieszczali się z miejsca na miejsce z dobytkiem. Pamiętam to dobrze, gdyż przez sąsiada pole przechodziła linia frontu.

Do ludzi dochodziły najokrutniejsze wieści z lasu. Słyszałam, jak starsi mówili, że wybrano na skraju puszczy w Granicy miejsce, gdzie służby porządkowe chowały znalezione ciała.

Do dziś znajdują się w lesie pojedyncze mogiły, które są już symbolem miejsca, gdzie poległ walczący człowiek. Zaś podłużnie wykopane doły długo po wojnie były miejscem, gdzie składano metalowe puszki, które później chyba na złom wywieziono. W tej chwili tych dołów już nie ma.

W końcu dotarła wieść do Kampinosu, że wkraczają Rosjanie. I tak się wkrótce stało, przyszli Rosjanie i żołnierze różnych nacji zakaukaskich. Niemcy nocami opuszczali zajęte tereny. Uciekali w wielkim popłochu przed wojskami, które były dla nich bezwzględne. My, traktowaliśmy Rosjan jak wyzwolicieli.

Wtedy jednak jeszcze nie wiedzieliśmy, co będzie dalej, co nas, Polaków czeka.

Henryka Sowińska

 Wspomnienie pochodzi z książki „Dawno temu w Sochaczewie” wydanej w 2011 roku

Na zdjęciach partyzanci w Puszczy Kampinoskiej latem 1944 roku/ fot z archiwum IPN