Czy oprawca z Treblinki i Sobiboru ukrył się na Podlasiu

Czy pomocnik Johna (Iwana) Demianiuka vel Iwana Groźnego, oprawcy z Treblinki i Sobiboru, ukrył się po wojnie na Podlasiu? Czy Iwan Marczenko to Jan Marczuk, zmarły w podbiałostockim szpitalu w 1994 roku? Wiele poszlak może na to wskazywać, chociaż Marczuk, tajemnicę swojej wojennej młodości zabrał do grobu.

Ponad 3 lata temu, w czasie kolejnego procesu Johna Demianiuka, oskarżanego o ludobójstwo, najpierw w Izraelu, potem w Niemczech, znajomy germanista opowiedział mi historię, jaką słyszał o Janie Marczuku, zmarłym 16 lat wcześniej. – Oni tam sądzą jakiegoś Demianiuka, a my tu mieliśmy takiego prawdziwego Iwana Groźnego…
Rzecz wydawała się zupełnie absurdalna, biorąc pod uwagę ten prosty fakt, iż przez kilkadziesiąt lat najlepsi śledczy, w tym z Polski, badali sprawę Demianiuka i raczej nie mogło być mowy o pomyłce.
Nie byłbym jednak sobą, gdybym i w tej sprawie nie próbował się czegoś dowiedzieć. Historia zna przecież przykłady fatalnych w skutkach pomyłek sądowych, źle poprowadzonych śledztw, skazywania niewinnych ludzi. Musiałem odszukać ludzi, którzy Marczuka dobrze znali, pamiętali co opowiadał, jak się zachowywał.

Lubił hajlować

– Był bardzo podobny do tego Demianiuka z telewizji – opowiada Jan R. z Hajnówki – Ludzie opowiadali, że jak wrócił po wojnie, to był taki gruby, że ledwo przeszedł przez drzwi. Kazał sobie nawet sznurowadła w butach zawiązywać. Kto wracał po wojnie dobrze odżywiony i tak się zachowywał, niech pan sam powie? Zaczęto mówić, że Marczuk był strażnikiem w niemieckim obozie. Coś w tym chyba jest, bo o ile go pamiętam, to zawsze chwalił wszystko, co niemieckie. Mało tego, ze znajomymi witał się okrzykiem: „Heil Hitler!”. Nieraz mu z tego powodu milicjanci tyłek obili, ale bez skutku. Jeden człowiek, który z nim wódeczkę czasem popijał, mówił, że Marczuk marzy, „żeby choć raz znowu ręce w krwi ludzkiej zanurzyć”. Żydów też nienawidził.
Postanowiłem po rozmowie z R. skontaktować się z dr Jackiem E. Wilczurem, człowiekim-legendą, byłym akowcem, więźniem komunistycznego więzienia. Wilczur – jako pracownik Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, czyli  poprzedniczki IPN – przez wiele lat pomagał śledczym w osądzeniu Iwana Groźnego.
Nikt chyba nie wie tyle co on, o zbrodniach, jakie popełniono w niemieckich obozach zagłady na terenie Polski. Co do tego, że Marczuk mógłby być Demianiukiem był bardzo sceptyczny. Ale podrzucił mi inny trop. – Iwan Marczenko, pomocnik Demianiuka przy komorze gazowej w Treblince, nigdy nie został odnaleziony. Ta zbieżność imienia i nazwiska, zachowanie tego pańskiego Marczuka jest bardzo zastanawiające. Oddziały pomocnicze SS-manów, pacyfikujące warszawskie getto, czy wachmani z obozów koncentracyjnych rekrutowali się ze społeczności ukraińskiej, ale nie wykluczone, że mógł się tam trafić jakiś Białorusin z Podlasia czy Rosjanin.
Doktor Wilczur mówi, że dobrze by było poznać narodowość Marczuka i odnaleźć ludzi, którzy mogą cokolwiek powiedzieć o jego wojennej przeszłości. – Wiele sobie pan jednak po tej historii nie obiecuje. Czas swoje zrobił a twarde dowody – jeśli w tej sprawie były – zostały na pewno zniszczone  – dodaje na koniec sceptycznie.

Ożenił się i zniknął

W Urzędzie Stanu Cywilnego w Dubiczach Cerkiewnych, skąd Marczuk miał pochodzić, odnaleziono informację o jego małżeństwie. Ślub 30-letni Marczuk wziął w miejscowej cerkwi z 21-letnią Olgą Wołosiuk. Ożenku miał udzielać – 15 maja 1942 roku – ksiądz Jan Bandałowski.
Nie wiem, z jaką narodowością mój bohater się wówczas utożsamiał. Ale dziś Dubicze Cerkiewne – tu na Podlasiu – to gmina, w której promuje się folklor ukraiński, ludzie też tu według niektórych językoznawców i członków Związku Ukraińców Podlasia mówią jedną z odmian języka ukraińskiego.
Możliwe jednak, że w czasie II wojny światowej wystarczała Marczukowi świadomość, iż nie jest katolikiem. Poza tym przed okupacją mieszkał w Polsce, potem został obywatelem ZSRR a następnie III Rzeszy. To mocno wtedy komplikowało sprawę.
Olga Wołosiuk już nie żyje. Odnalazłem jej córkę. Nie wyrażała się pochlebnie o pierwszym mężu swojej matki.
– To był pijak – twierdzi Irena Ś. – Z mamą żył krótko, nie chciała takiego. Zniknął w 1943 roku i pojawił się dopiero po wojnie. W Dubiczach opowiadali, że pracował w hitlerowskim obozie, ale jak było naprawdę, to ja nie wiem. W 1986 roku chciał z mamą porozmawiać, ale był pijany. Mama nie wpuściła go za próg domu.

Zatarte ślady

Szukałem jakichkolwiek informacji o Janie Marczuku, rocznik 1912, w Instytucie Pamięci Narodowej w Białymstoku. IPN przejął przecież archiwa Głównej i Okręgowych Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Niestety, bez skutku. Nie ma go ani tam, ani w materiałach wytworzonych przez MSW PRL po 1945 roku.
Jego nazwisko nie pada również w publikacjach opisujących okupację hitlerowską na Białostocczyźnie pod kątem wywózek na roboty przymusowe do Niemiec. Waldemar Monkiewicz w książce „Zbrodnie hitlerowskie w Hajnówce i okolicach” (Towarzystwo Przyjaciół Hajnówki, Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Białymstoku, Białystok 1982) ustalił, że z Dubicz Cerkiewnych zabrano na roboty przymusowe 14 osób, z czego zginęły 2 osoby. Inna autorka, w monografii o Dubiczach wymienia te nazwiska: Bielewiec, Gierasimiuk, Chilimoniuk,  Panfiluk, Żuk… Żadnego tam Marczuka nie ma.
Zgłosił się na ochotnika do pacyfikacji getta warszawskiego w kwietniu 1943 roku? Walczył po stronie okupanta w Powstaniu Warszawskim? Mordował Żydów w Treblince?
W trakcie zbierania materiałów do tego tekstu, zadzwonił do mnie były milicjant. Dałem wcześniej ogłoszenie do lokalnej gazety, że szukam wszelkich informacji o Janie Marczuku. Nie podał nazwiska, chciał pozostać anonimowy.
– Były z nim rzeczywiście problemy, powiedzmy „natury porządkowej”. To jego „heilowanie” było powszechnie znane. Nie bał się nas w ogóle, a przecież milicja nie lubiła się cackać z ludźmi od takich okrzyków. Pałka szła szybko w ruch. Funkcjonariusz wymienia następnie kilka nazwisk osób, które o Marczuku więcej powiedzą. Z większością już rozmawiałem i są to informacje, które mówią ciągle o tym samym: dużo pił, mówił po niemiecku, witał swoich znajomych pozdrowieniem hitlerowców.
– Podobno po wojnie pracował na kolei w Warszawie. Kiedy zamieszkał w Hajnówce, pracował jako stróż w rzeźni. Obok była masarnia. Pamiętam go dobrze w tej roli, bo jeździło się tam po stanie wojennym „załatwić” pozakartkową wędlinę – mówi Jan R. – Bardzo mu ta praca, z tego co słyszałem, odpowiadała.
– Nie dziwi to pana? Krew, specyficzny zapach, ryk zarzynanych zwierząt. Psychologia mogłaby tu wiele powiedzieć – dodaję.
– Coś w tym chyba jest – zgadza się ze mną.

Tajemnica lekarska

„W odpowiedzi na pana zapytanie, dyrekcja Samodzielnego Publicznego Psychiatrycznego Zakładu  Opieki Zdrowotnej im. Stanisława Deresza w Choroszczy uprzejmie wyjaśnia, iż udostępnienie jakichkolwiek informacji zawartych w dokumentacji będącej w posiadaniu SPP ZOZ w Choroszczy może nastąpić na wniosek uprawnionych  osób i podmiotów, wskazanych w przepisach obecnie obowiązujących w tym zakresie…”.
Po śmierci drugiej żony zupełnie się załamał. Nie był nawet na jej pogrzebie. Trafił na obserwację. Potem był hospitalizowany. Tam też zmarł.
Moja intencja była prosta: być może w notatkach lekarzy znalazły się ważne szczegóły jego życia wewnętrznego, traumy, świadectwo strasznych dni. „Jedyną prawną możliwością ich uzyskania jest droga sądowa”, napisała mi Izabela Nawrocka z działu statystyki szpitala, w którym umarł.
Kto właściwie tam umarł? Jan Marczuk? Iwan Groźny? Iwan Marczenko?

Arkadiusz Panasiuk

Fot: Dom przy Miłkowskiego 29 w Hajnówce, w którym kiedyś mieszkał Marczuk