Największy gdański imprezowicz odpoczywa obecnie w gablocie i zbiera siły na kolejne balangi
Miłośnicy kryminałów śmiało mogą ściągać do Gdańska, gdzie niedawno dla szerszej publiczności otwarto jedyne w kraju Muzeum Kryminalistyki. To jedyna okazja, aby przekonać się, że niektórzy kibice idą na mecz jak na wojnę, a polska myśl technologiczna ma się całkiem nieźle, skoro nasi rodacy potrafią zbudować strzelbę z części od roweru i maszyny do szycia. Można też zobaczyć człowieka, który nie zrezygnował z imprez nawet po śmierci.
Janusz Czeczko przy muzealnej kolekcji broni

 Historia zna trochę przypadków nieźle zakonserwowanych ludzkich zwłok, ale praktycznie nie spotyka się, żeby taka „mumia” została wydobyta z grobu ziemnego. W kościelnej krypcie – owszem, nierzadko udaje się zachować w miarę poprawny wygląd ciała, bo tam jest przewiewnie i sucho. Ale w ziemi? Tak się jednak stało w Gdańsku, niedaleko kościoła św. Barbary. To tym bardziej dziwne, że w tym miejscu wody podskórne osiągają wysoki poziom.

Mężczyzna zmarł jakieś 300 lat temu, prawdopodobnie był w wieku około 40 lat. Nikt nie wie, jak zachował tak dobry wygląd. Ale żartuje się, że musiał się już dobrze konserwować za życia, nie oszczędzając na trunkach.

Wiadomo jednak na pewno, że rozrywki lubił nawet po śmierci. Kiedy wykopano go podczas robót ziemnych na początku lat 80. ubiegłego wieku, robotnicy rzucali go w objęcia przechodniom. Dwóch z nich postanowiło nawet zabrać nieboszczyka do knajpy. Impreza była najwyraźniej przednia, bo ktoś poskarżył się milicjantom, że „trójka mężczyzn głośno zachowuje się w restauracji”. Gdy podjechał radiowóz, dwóch z nich uciekło, a trzeci został. I trudno się dziwić, bo po trzech stuleciach spędzonych pod ziemią, można nie mieć kondycji.

Tym sposobem zwłoki trafiły do laboratorium kryminalistycznego, a po niecałej dekadzie do Muzeum Kryminalistyki, gdzie można je podziwiać zza szyby. Są grzeczne i po wpadce z milicją już stronią od balang. Obecnie czekają na wyniki badań z zakładu medycyny sądowej w Poznaniu. Już wkrótce ma być wiadomo więcej o rozrywkowym mężczyźnie i jego sposobie na nieśmiertelność.

Denaci spoglądają zza szyb

 Oficjalnie – udostępnione zwiedzającym dopiero w tym roku – Muzeum Kryminalistyki w Gdańsku tak naprawdę liczy już sobie trzy dekady i ma znacznie więcej ciekawych eksponatów. To jedyne tego typu miejsce w Polsce, gdzie można dokładnie przyjrzeć się zbrodniom.

Mocno udokumentowane są zwłaszcza cztery zdarzenia: zatonięcia promu na Motławie w 1975 roku (18 ofiar), działalności Skorpiona, który w latach 1975-1983 zamordował 9 kobiet, wypadku autobusu w Gdańsku w 1994 roku (32 ofiary) oraz wybuchu gazu w gdańskim w wieżowcu w 1995 roku (22 ofiary). Te tragedie można poznać z różnych stron, w tym również oglądając zdjęcia ofiar.

– Mamy odwadniacze, których odkręcenie było główną przyczyną nagromadzenia się gazu – mówi odnośnie tego ostatniego zdarzenia Janusz Czeczko, kustosz muzeum – Sprawca najprawdopodobniej próbował nie tyle wysadzić, co podpalić swoje mieszkanie. Odkręcił dwa odwadniacze pod swoim mieszkaniem w wielkanocny poniedziałek. Wtedy podaż gazu była olbrzymia, więc piwnica bardzo szybko wypełniła się gazem. Kobieta, która dokarmiała koty, zeszła tam rano i do wybuchu wystarczył przeskok iskry. Co ciekawe, dom nie rozpadł się, tylko osiadł dwa piętra niżej.

Janusz Czeczko przy gablocie poświęconej Skorpionowi. Są tam narzędzia, których używał do morderstw, a wyżej zdjęcia jego ofiar

Po Pawle Tuchlinie, czyli Skorpionie, ostała się belka z szubienicy, na której zawisł jako przedostatni stracony więzień w Polsce. Swój udział w schwytaniu tego najsłynniejszego pomorskiego zabójcy miał Jerzy Wnorowski, ojciec i współtwórca Muzeum Kryminalistyki, który opiekował się nim do 2011 roku. I choć przy gablocie poświęconej mordercy kobiet znajduje się kilka pętli, to tej z egzekucji Skorpiona nie ma. Ktoś zachował sobie sznur dla siebie i nie odda go za żadne skarby.

– Być może jest to związane ze starym przesądem, według którego dotknięcie pętli z szubienicy przynosi szczęście. Jej posiadanie też – podejrzewa Czeczko – Kat robił zawsze dobre interesy, sprzedając te sznury, nawet w kawałkach jako amulety. Rozchodziły się jak świeże bułeczki.

 Polskie zbrodnicze wynalazki

 Muzeum mieści się na wydziale prawa Uniwersytetu Gdańskiego i cieszy się już dużą popularnością, choć można je zwiedzać tylko w 2 – 20 -osobowych grupach, po uprzednim zapowiedzeniu się. Władze uczelni nie zdecydowały się jeszcze na pobieranie opłat. Co ważne, eksponatami zajmują się specjaliści od kryminalistyki, zatem oglądaniu tych niedostępnych nigdzie indziej przedmiotów, towarzyszy fachowy komentarz.

A poza opisanymi wyżej eksponatami i fotografiami, na zwiedzających czeka m.in. całkiem pokaźny zbiór zdjęć tatuaży więziennych. – Kiedyś tatuaż zarezerwowany był tylko dla kryminalistów i marynarzy. Dzisiaj stał się popularny, ale ludzie tatuują sobie symbole, które niewiele znaczą, albo nawet nic nie znaczą – zauważa Janusz Czeczko.

Przerazi chyba każdego to, co zarekwirowano kibicom Lechii Gdańsk. Kustosz prosi, aby nie pisać dokładnie o wszystkim, żeby nie psuć niespodzianki zwiedzającym, ale mogę zapewnić, że przed niektórymi rodzajami tej broni nie uchroniłaby nawet kamizelka kuloodporna.

Zrekonstruowana dyżurka milicyjna z lat 60.

Polska kryminalistyczna myśl technologiczna nie ogranicza się jednak tylko do kibiców. Wiele wybitnych talentów konstruktorskich wyłoniło się też w więzieniach. Wśród zabranych osadzonym przedmiotów są pistolet z chleba, do złudzenia przypominający prawdziwy, czy z modeliny, pomalowany na czarno rozgrzaną pastą do butów.

Przeglądając gabloty można się też przekonać, że da się zrobić sprawny pistolet z długopisu lub dziecięcego kapiszonowca, a strzelbę z części od roweru i maszyny do szycia. Są też i czaszki, noże z kolekcji krakowskiego zabójcy Karola Kota, policyjne mundury z całego świata, zrekonstruowana dyżurka milicyjna z lat 60., akcesoria służące do włamań i gdańskie pałki policyjne z okresu międzywojennego. Te akurat nie pozostawiały śladów na ciele, więc nie można było rościć sobie pretensji za niesłuszne pobicie, bo brak było dowodów.

A jeśli nas to wszystko nie interesuje, to przynajmniej będziemy wiedzieć, do kogo zadzwonić, kiedy zobaczymy rozrabiającego na mieście 300-letniego nieboszczyka.

Mikołaj Podolski

 fot. Mikołaj Podolski