Od kilkunastu lat 2 maja obchodzimy w Polsce Dzień Flagi. Nie każdy wie, że wydarzenie sprzed lat, które stało się inspiracją dla ustanowienia tego święta, łączy się też ściśle z mieszkańcem Sochaczewa. Z  postacią niezwykle barwną i ciekawą, ale trochę zapomnianą – Mikołajem Troickim.

Nazwisko Troickich wiąże się z Sochaczewem już od czasów przedwojennych. Tutaj, lub w Warszawie w 1905r. urodził się też Mikołaj. Jego ojciec Roman był tuż po I Wojnie Światowej zastępcą naczelnika straży pożarnej w podnoszącym się z ruin Sochaczewie, następnie, w latach 1921 – 1924, wspiął się jeszcze wyżej na stanowisko wiceburmistrza naszego miasta. Posiadał własną restaurację, w której pierwszą pracę podjął młody Mikołaj.
Dobre sytuowanie rodziny, prawdopodobnie umożliwiło mu uczęszczanie w Warszawie do gimnazjum i zdanie tam matury.
Mikołaj, jako młody człowiek lubił sport, w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego” z maja 1981 wspominał, że miał całkiem niezłe wyniki w biegach, ale brakowało na miejscu kadry szkoleniowej i podjęta praca nie sprzyjała rozwinięciu tej pasji na większą skalę.

Miłość i karty

Jak grom z jasnego nieba spadła na Romana Troickiego wieść, że syn zamierza poślubić córkę zwykłego robotnika pracującego przy wypalaniu cegły, pannę Sabinę Wójcicką. Z początku ojciec nie chciał słyszeć o małżeństwie, ale charakterny młodzieniec dopiął swego. Szybko zaczął żyć na własny rachunek, po założeniu rodziny imał się różnych zajęć, przeważnie związanych z drobnym handlem. Szło mu całkiem chyba nieźle, bo w końcu otworzył własny sklep mięsny.
Wciągnął go też dreszczyk emocji gry w karty, przedwojenni sochaczewscy amatorzy tej hazardowej rozrywki, spotykali się właśnie u Mikołaja Troickiego w domu. Szczęście w kartach jest jak wiadomo zmienne, więc fortuna w domu państwa Troickich naprawdę lubiła toczyć się kołem. Nie wpływała jednak na fantazję i poczucie humoru pana Mikołaja – podobno płatał figle Żydom, handlującym na targowisku, prowadzając między straganami kozę, która podkradała im jabłka.

Wojenna zawierucha

Zasadniczą służbę wojskową Troicki odbywał na Polesiu, ale w 1939 roku, gdy wybuchła wojna, nie zdążył dotrzeć do swojego oddziału, dołączył za to do oddziałów Armii Poznań, biorących udział w bitwie nad Bzurą. Jako „tubylec” znający okolice, uczestniczył w zwiadach.
Po kapitulacji działał w ZWZ i AK zabezpieczając  m.in. pozostawioną w lasach przez oddziały Wojska Polskiego broń. Wiosną 1943 w Sochaczewie zagotowało się po zamachu na Vorbichlera. Niemcy dostali szału i rozpoczęli wielkie polowanie na członków ruchu oporu.
Pani Sabina – sprzedająca wtedy słodycze w budce przy zbiegu ulic 15 Sierpnia i Licealnej – została uprzedzona przez znajomą, która sprzątała u Niemców: – Lepiej by było, gdyby pan Mikołaj wyjechał z miasta.
Tak też się stało. Troicki uściskał żonę i wyjechał do Warszawy. Pech chciał, że tam wpadł podczas łapanki, a że pozbył się „spalonych” dokumentów, trafił na roboty wpierw do Berlina, a potem aż do okupowanej przez Niemców Jugosławii.

W partyzantce Broz Tity

Najpierw pracował w kopalni miedzi w Majdanborze w Górach Serbskich. Czmychnął stamtąd, dzięki pomocy lokalnej partyzantki Dragojluba Michailowicza, do której się przyłączył. Lojalni wobec monarchii Czetnicy Michailowicza, żarli się z komunistyczną partyzantką Josipa Broz Tity, bujali się między walką z Niemcami a sprzymierzaniem się z nimi w walce z Titowcami. Ta niestałość była przyczyną licznych dezercji. Troicki też w końcu porzucił ich i dołączył do Titowców, do oddziału 19 Międzynarodowej Brygady Dywersyjnej pod wodzą Ucza Zyka Popowicza.
Znów nie miał szczęścia, bo oddział podczas popasu we wsi Dubravica wpadł w lutym 1943 roku w zasadzkę, a on sam o mało co nie postradał życia z rąk Ustaszy (Chorwacki Ruch Rewolucyjny, jego oddziały współpracowały z hitlerowcami), którzy schwytali go wraz z kilkoma innymi niedobitkami. Słynący z niepospolitego okrucieństwa, Ustasze lubowali się w mordowaniu ofiar nożem, a wynalazkiem szczególnie popularnym w tym regionie był rodzaj kindżału – krótki obosieczny sztylet, zwany „kamą”.  Złapanym kazali się rozbierać, a gdy w ich rękach pojawiły się owe „kamy”, jeńcy nie mieli już wątpliwości, jaki los ich czeka. Mordercy nie chcieli po prostu skrwawić odzieży. Troicki odepchnął stojącego przy nim zbira i rozpoczął, na wpół rozebrany i bez butów, karkołomną ucieczkę między drzewami. Tego samego spróbowali jego towarzysze, rozbiegając się w różnych kierunkach. Przydały się pewnie przedwojenne treningi, bo pan Mikołaj wygrał tego dnia swój bieg o życie.
Udało mu się ponownie trafić do partyzantki. Z okresu walk w jej szeregach, w jego kolekcji znalazły się pierwsze odznaczenia – jugosłowiańskie.

W drodze do Berlina

Gdy Armia Czerwona zaczyna odbijać Jugosławię, Troicki przedostał się do Belgradu. Tu spotykał oficera sztabowego Polaka z armii marszałka Rodiona Malinowskiego i otrzymał dzięki niemu przydział do Wojska Polskiego. Rozpoczyna się długi powrót do Ojczyzny, do Lublina.
W przyspieszonym tempie odbywa szkolenia podoficerskie w Majdanku, w jednym z drewnianych baraków obozowych. Kursy go nudzą, o mało co nie wpada znów w kłopoty wypalając w końcu szkoleniowcom: – Strzelać już potrafię, a patriotyzmu nauczyli mnie w przedwojennym gimnazjum.
Szlak bojowy powiódł go przez Bydgoszcz, Wał Pomorski (za bitwę o Wał został ponownie odznaczony), Kołobrzeg, aż w końcu w kwietniu 1945 roku dotarł do samego Berlina.
Tu okazało się nagle, że dowództwo radzieckie nie chce już za bardzo pomocy Polaków przy zdobywaniu miasta, Żukow odsyłał wymijająco polskich dowódców do wodza. Stalin jakoś w końcu przełknął – po dyskusji z polskimi komunistami – dopuszczenie polskich jednostek do szturmu na niemiecką stolicę, dostrzegając w tym potencjał propagandowy w samej Polsce. Ich udział był jednak ilościowo znikomy. Atakowała m.in 1 Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i to jej czterej żołnierze – oprócz Mikołaja Troickiego, który wówczas pełnił już funkcję oficera politycznego w stopniu podporucznika – będą dalszymi bohaterami tej opowieści.

1
Mikołaj Troicki z żoną Sabiną

Kościuszkowcy dostali trudny odcinek w pobliżu kancelarii Rzeszy. Zacięte walki toczyły się wokół parku Tiergaten, nad którym górowała Siegesaule – Kolumna Zwycięstwa. To na jej widok, żołnierzom zaświtał pomysł zawieszenia na szczycie polskiej flagi. Inicjatorem wydarzenia miał zresztą być jako dowódca sam Mikołaj Troicki, musiał widywać kolumnę już wcześniej, podczas swojego krótkiego pobytu w Berlinie wykonywał jakieś prace właśnie w jej pobliżu.

Flaga z pościeli

2 maja około 2. w nocy na kolumnę – w celach rozpoznawczych – weszło pięciu ludzi: podporucznik Mikołaj Troicki, kapitan Antoni Jabłoński, plutonowy Kazimierz Otap, kanonierzy Eugeniusz Mierzejewski i Aleksander Kasprowicz. Z góry ciągnął się kabel telefoniczny, miejsce było niemieckim punktem obserwacyjnym. Jeden z żołnierzy przeciął kabel, licząc na to, że jeżeli na górze jest jeszcze obsługa, to zejdzie na dół sprawdzić, czemu linia nie działa. Nikt się nie zjawił, więc oddziałek ruszył z duszą na ramieniu po krętych żelaznych schodach do góry, obawiając się, czy gdzieś w kolumnie nie czają się niemieccy maruderzy. Nie było już jednak nikogo. Z kolumny widać było tylko panoramę spowitego w płomieniach Berlina.
Nad ranem nadeszła informacja o złożeniu broni przez Niemców i plan zawieszenia flagi można było w końcu urzeczywistnić, tylko nie było na razie samej flagi, na tyle dużej. W źródłach pojawiają się rozbieżności, skąd w końcu wzięto flagę: początkowo miała być z płótna spadochronowego, z niemieckich zrzutów żywności, inna wersja mówi, że łącznościowcy mieli ze sobą biało-czerwoną płachtę sygnalizacyjną, jeszcze inna, że zszyto ją naprędce z prześcieradła i czerwonej wsypy na kołdrę.
Podporucznik Troicki tak później relacjonował to wydarzenie: „Byliśmy jakieś 200 metrów od Kolumny Zwycięstwa. Porozumiałem się wtedy z Szymanikiem i Kanieckim, że trzeba wykonać i zawiesić na kolumnie jakiś symbol, nasz sztandar. Zebrałem znajdujących się w pobliżu żołnierzy. Mieliśmy wtedy ze sobą jakieś flagi, ale maleńkie. Sama zaś kolumna miała chyba ponad 30 metrów (67 metrów – przyp. autora). – Chłopcy, wykonać flagi – mówię. Znaleźli więc czerwone płótno z poszwy na pierzynę i białe prześcieradło. Nie mieliśmy wtedy maszyny do szycia i flagi robiliśmy przy pomocy agrafek i drutu. Miała pięć metrów długości. Zebrałem tych, co byli najbliżej, przeważnie ludzi ze zwiadu i już około piątej byliśmy przy kolumnie. Kolumna miała w środku spiralne schodki. Na górze stały jeszcze aparaty telefoniczne, kilka sztuk. To był niemiecki punkt obserwacyjny. Doszliśmy na samą górę i wyszliśmy na otaczającą pomnik balustradę. Kazałem wywiesić sztandar.”

Temat tabu

A potem na długie lata zapadła grobowa cisza.
W Sochaczewie, dzieci, które miały szczęście mieć lekcje z panią Wandą Górko, mogły się ponadprogramowo dowiedzieć, że mieszkaniec ich miasta zawiesił symbol polskości w gnieździe wroga, który przez sześć długich lat gardził nią i prześladował.
O piątce żołnierzy przypomniano sobie na szerszą skalę dopiero w roku 1965, w dwadzieścia lat po wojnie. Dziennikarze tygodnika „Panorama Północy” odkryli na nowo bohaterów z Tiergaten. Nagle zaczęto mówić, że w Berlinie byli Polacy i wieszali flagi, dokładnie 3. Głodna bohaterskich wyczynów, propaganda umiejscawiała flagi polskie w filmie „Czterej Pancerni i Pies” na Bramie Brandenburskiej, widziano ją także na Reichstagu. Na własne oczy widział je korespondent wojenny Edmund Osmańczyk, opisując to w książce „Był rok 1945″, gdzie zamieścił fakt zawieszenia flagi na Siegesaule. Książka ukazała się w 1970 roku. Jeszcze później, w 1983 roku, opisano to wydarzenie w beletryzowanym wydawnictwie z serii „Tygrysów” – „Na gruzach Berlina” Eugeniusza Walczuka. Ruszyła też lawina wywiadów i artykułów z uczestnikami akcji.
Z prawdopodobnie samodzielnej inicjatywy pięciu żołnierzy, przez tyle lat przemilczanej, uczyniono symbol wielkiego zwycięstwa polsko-sowieckiego nad nazizmem. Różni autorzy artykułów koloryzowali je dodatkowo po swojemu, podając nieraz sprzeczne informacje, przez co czyste fakty ustąpiły tworzeniu ideologicznej otoczki. Zwracano na to zresztą uwagę już w latach 60., tłumacząc ten fakt upływem czasu, tym, że żołnierze działali w ciężkich warunkach i byli przemęczeni, oraz mówiąc wprost o nierzetelności publicystów.

Polsko-ruska rywalizacja

Ale i tak pomimo to, prasa – na potrzeby „wychowawcze” – podrasowała z premedytacją życiorys Troickiemu. Okazało się np. że ojcem był biedny szewc, gdyż przecież bohater PRL-u musiał mieć pochodzenie robotnicze i angażować się w budowę ustroju socjalistycznego od lat najmłodszych.
U schyłku lat 80. temat przygasł, a badanie dokonań Ludowego Wojska Polskiego przestało być popularne. Po upadku komunizmu, zaczęto dla odmiany deprecjonować jego rolę i „odbrązawiać” pomniki dawnych bohaterów. Kontrowersje i wątpliwości narosły też wokół wydarzeń w Berlinie w tym i faktu kto, co i gdzie wieszał. Świadkowie, którzy jeszcze żyli przyznawali, że na tle powiewających flag wynikały „nieporozumienia” z żołnierzami radzieckimi, że dochodziło do bijatyk, że flagi polskie zrywano nie chcąc dzielić się zwycięstwem. Według m.in. profesora Pawła Wieczorkiewicza, doszło wręcz do strzelaniny, w której zginęli Polacy usiłujący zawiesić flagę na Reichstagu. Podobnego zdania jest dr Zbigniew Wawer, który na łamach „Mówią Wieki” 5/2005 stwierdza: „Rosjanie zastrzelili pierwszego Polaka, który zawiesił biało-czerwoną flagę na berlińskiej Siegesoile, ale zaraz weszli następni. Trzeba wyjaśnić, że powodem tego tragicznego incydentu nie była nienawiść do Polaków, lecz swoista rywalizacja – za zawieszenie flagi na ważnym obiekcie w Berlinie dostawało się tytuł bohatera Związku Radzieckiego.”
Co z tego wynika? Ano fakt, że Troicki wchodząc na kolumnę z flagą ryzykował nie tylko niemiecką kulę. Mógł jeszcze prędzej dostać radziecką.
Z wywiadu Adama Węgłowskiego, z 2 maja 2013 roku, z 94-letnim kapitanem Antonim Jabłońskim, ostatnim z żyjących żołnierzy, dowiadujemy się o całym wydarzeniu już bez wzniosłej otoczki PRL-owskiej propagandy: „Weszliśmy w głąb niemieckich pozycji. Patrzymy; stoi tam wieża jakaś. A dowódca, podporucznik Troicki mówi: „Chłopcy, to kolumna Zwycięstwa. Jeszcze koło 1870 roku, gdy Wilhelm wygrał z Francją, na zwycięstwo pobudował tę kolumnę”(…) Poszliśmy tam na ochotnika! Ale zeszliśmy i wróciliśmy, jak zobaczyliśmy, że jeszcze niemieckie pociski latają. Dopiero później przyszedł dowódca i mówi: „Chłopcy, już Niemcy broń składają”. (…) Przy radiostacji mieliśmy płachtę, którą rozkładaliśmy obok, żeby nasze samoloty nas nie bombardowały. Czerwono-białą, trzy na trzy. Drzewce wycięliśmy w parku, obok kolumny. Płachtę przyszyliśmy do niego tym niemieckim kablem, który leciał po schodach kolumny. Weszliśmy w piątkę na wieżę, do tego anioła. Do jego ręki uczepiliśmy tę płachtę na drzewcu.
(…) Za rządów Rokossowskiego w sztabie przez lata było cicho, że my ją zawiesiliśmy. A przecież dowództwo o tym wiedziało, bo zameldowaliśmy. Ale mówiono tylko o flagach, które Ruskie zawiesili.”.
Stary żołnierz mówi już bez ogródek o mordach i gwałtach Armii Czerwonej, o wysyłaniu Polaków przez dowództwo radzieckie prosto pod ogień dział i karabinów bez rozpoznania, i wreszcie o tym, że meldunek o zawieszeniu flagi przeszedł w dowództwie bez echa, żeby nie urazić radzieckich towarzyszy broni. Ci zresztą zamienili ją szybciutko na francuską, gdy delegacja tego kraju pojawiła się w Berlinie. W końcu pruska kolumna była symbolem zwycięstwa nad Francją, szkoda tylko, że Francuzi nie pofatygowali się w stronę Berlina wcześniej, żeby ją sobie zawiesić. O żadnej strzelaninie z Rosjanami natomiast nie słyszał.
We wcześniejszej publikacji w „Gazecie Wyborczej” z 7 maja 2010 r. pojawia się natomiast relacja Ludwika Skokunia, który też twierdzi, że z kolegą zawiesił na Kolumnie polską flagę. W tekście wydarzenie opisane jest bardzo lakonicznie – on miał czerwoną flagę, kolega białą, spięli agrafkami i zawiesili. Ani słowa o tym, żeby wisiało tam coś jeszcze. Skokuń również zaprzecza, jakoby dochodziło do potyczek z Rosjanami, ale przyznaje, że w powojennej Polsce przez 20 lat wręcz nie można było mówić o wieszaniu polskiej flagi. Wzmianka, że wieszało je kilka grup żołnierzy, w tym oddział ppor. Troickiego, pojawia się dopiero w komentarzu do wspomnień.
Pomimo licznych nieścisłości, wieszanie flagi na Kolumnie Zwycięstwa pozostaje dziś najlepiej udokumentowane i jako jedyne podawane za pewnik. Niestety, bardzo niewielu zostało już świadków tamtych wydarzeń, a i tak mowa o osobach bardzo zaawansowanych wiekiem. Przegapiono niestety lata, w którym ktoś mógłby powiedzieć coś więcej już bez knebla komunistycznej cenzury.

Więzienie za partyzantkę

A co z Mikołajem Troickim? Zdaje się, że po tak burzliwych przygodach nie był już w stanie usiedzieć w miejscu. Po odejściu z wojska, wylądował w Krośnie, gdzie był inspektorem do spraw osadnictwa. Ale wrócił stamtąd do Sochaczewa, tu została przecież rodzina.
Znów zajął się handlem, niestety własnego sklepu już otworzyć nie mógł, wchodziła w grę tylko praca w spółdzielni. Grał na puzonie w orkiestrze rzemieślniczej. W 1948 roku niespodziewanie problemem zaczęła być przynależność do jugosłowiańskiej partyzantki, kiedy Tito jako jedyny przywódca państwa socjalistycznego w Europie ośmielił się pokazać figę Stalinowi, gdy ten zbytnio zaczął się wtrącać w politykę jego kraju. Rozłam wykorzystano do czystek w bloku socjalistycznym. Pan Mikołaj musiał się wtedy także gęsto tłumaczyć przed sądem z kontaktów z Jugosłowianami, a i tak trafił do więzienia. Wyszedł po dwóch latach i po szeregu listów do Bieruta. W 1959 roku otworzył pierwszą w Sochaczewie kolekturę Totalizatora Sportowego. Przeniósł się następnie do Wilanowa, gdzie otrzymał posadę kierownika domu wycieczkowego w przedsiębiorstwie „Wisła”. Jako czynny członek ZBOWiD, często był zapraszany na spotkania z młodzieżą, podczas których opowiadał o swoich przygodach wojennych. Do Muzeum Bitwy nad Bzurą przekazał swoje pamiątki z czasów wojny – odznaczenia, a nawet fragment posadzki z Reichstagu, który przywiózł z Berlina.
Zmarł w 1989 roku.
Radosław Jarosiński