morderca w rękach policji

 

Są zbrodnie tak brutalne, że nawet policjanci, którzy niejedno widzieli nie mogą o nich zapomnieć. Kiedy jeszcze morderca nie został złapany trudno taką sprawę odłożyć do  archiwum. Bydgoska policja po 18 latach dopadła w końcu mordercę 77 letniej staruszki. Trzech braci z sąsiedzka z jej życia uczyniło koszmar. Były groźby, pobicia, gwałty, podpalenia i na koniec brutalne morderstwo.

Ta historia pokazuje, że podziały etniczne w Polsce po drugiej wojnie mogą byś przyczyną konfliktu nawet po wielu latach. Rodzina przesiedleńców z kresów wschodnich nie zasymilowała się z rdzenną ludnością Strzelec Górnych dużej wioski pod Bydgoszczą.

Helena S. wraz z matką przyjechała zza Buga podczas drugiej fali repatriacji ludności polskiej, którą powojenna rzeczywistość zastała w obszarze Związku Radzieckiego.

Matka z córką zajęła dom na wzgórzu. Od państwa socjalistycznego dostała kilka hektarów ziemi do uprawy. Było tego za mało, by wyżyć z pracy na roli. Młoda dziewczyna wyuczyła się na murarza – tynkarza i zatrudniła się w kombinacie budowlanym w Bydgoszczy.

– Przecieraliśmy oczy ze zdziwienia, kiedy dowiedzieliśmy się jaki zawód wybrała dziewczyna. Ona była bardzo drobna. To nie był zawód dla niej – wspomina jeden  ze starszych mieszkańców wioski.

Wciąż zawsze obca

Helenę S. we wsi pamiętają doskonale. Zapamiętali ją jako bardzo zawziętą kobietę. Nie odpuszczała nikomu, a pracowała lepiej niż niejeden mężczyzna. Poranna jazda pekaesem  do Bydgoszczy, potem powrót i praca na swoim. Gospodarstwo było małe, ale dla dwóch osób było co robić. Mieszkańcy z jednej strony podziwiali ją za pracowitość i siłę, ale z drugiej strony cały czas szykanowali za wschodni akcent. Mimo upływu lat dla nich ciągle była obca.

Helena S. z uporem walczyła  o poprawę sytuacji materialnej, oprócz stałej pracy i uprawy ziemi, kiedy tylko ktoś potrzebował we wsi murarza była pierwsza do roboty. Niestety kobieta nie miała szczęścia w życiu. Źle ulokowała uczucia. Mężczyzna, którego poślubiła okazał się pijakiem i leniem.

We wsi żartowano, że przy tak pracowitej kobiecie każdy facet byłby nierobem, ale pojawiły się jeszcze dodatkowe kłopoty. Mąż zamiast do pracy wolał spędzać czas pod sklepem wiejskim. Piwo i tanie wino było dla niego najważniejsze. Kiedy  brakowało pieniędzy bez skrupułów okradał żonę. Podczas jej nieobecności potrafił nawet sprzedać telewizor tłumacząc, że oddał go sąsiadom za półdarmo ponieważ się zepsuł. Umówił się nawet z sąsiadem i z telewizora wykręcił lampę, by przekonać Helenę, że zrobił dobry interes.

Kobieta była sprytna. Obejrzała u sąsiada  dokładnie swój niedziałający odbiornik telewizyjny. Odkręciła tylną klapę i dojrzała wykręconą lampę. Zezłoszczona odebrała od sąsiada swoją własność, a męża złodzieja spakowała i kazała mu się wynosić.

Od tego momentu córka z matką mieszkały samotnie. Dwie kobiety na gospodarstwie mogły wydawać się bezradne, ale one świetnie sobie radziły.

Gwałcili, bili i utopili

 Niestety mieszkańcy nie odpuszczali. Cały czas wyzywali Helenę od rosyjskiej babuszki. Najwięcej złego spotkało kobietę od sąsiadów. Po drugiej stronie drogi mieszkało  trzech braci P.

Najmłodszy z  nich zgwałcił kobietę za co trafił na siedem i pół roku do więzienia. Kiedy tylko wyszedł pierwsze kroki znowu skierował do sąsiadki i zgwałcił ją drugi raz.

Dwaj pozostali bracia nie byli wcale lepsi. Znęcali się nad kobietą, wyzywali i bili. Władysław P. ukradł jej nawet traktor. Za te przestępstwa kilka razy trafili do sądu, ale usłyszeli wyroki w zawieszeniu. Sprawa stała się poważniejsza, kiedy ktoś podpalił dom Heleny. Niestety policji nie udało się udowodnić, że za tym barbarzyńskim czynem stoją sąsiedzi. Helena zakasała rękawy i sama odbudowała ponownie dom. W końcu była z zawodu murarzem.

Helena i jej matka były coraz starsze. Na początku lat dziewięćdziesiątych Helena pracowała już tylko na własnym gospodarstwie. We wsi coraz częściej mówiło się, że zamierza sprzedać ziemię i żyć z emerytury i zaoszczędzonych pieniędzy. O majątku starszej pani krążyły we wsi  niestworzone historie. Miała ona tuż po wojnie przyjechać z kresów z workiem pełnym starych złotych monet carskich. Z pewnością plotki te rozgrzewały wyobraźnię braci, którzy wielokrotnie włamywali się do domu sąsiadki. Niestety ciągle nie mogli oni natrafić na ślad ukrytego skarbu.

W styczniu 1998 roku babuszka zaginęła. W chwili zniknięcia miała 77 lat. Policja rozpoczęła poszukiwania. Szybko odnaleziono zwłoki kobiety. Leżały w studni na jej podwórku pod warstwą kamieni i drewnianych kłód.

Sekcja zwłok wykazała, że starsza pani została dotkliwie pobita, ale przed wrzuceniem do studni ciągle jeszcze żyła. Bezpośrednią przyczyną zgonu było utopienie. Potwierdzała to woda znaleziona w płucach.

Policjanci od razu jako głównych podejrzanych wytypowali braci z sąsiedztwa. Zaczęły się przesłuchania. Władysław P. został nawet tymczasowo aresztowany. Jednak mimo wielu poszlak, zabezpieczonych śladów oraz  zeznań wielu świadków policjantom nie udało się ustalić, kto zamordował starszą panią. Brakowało twardych dowodów, a prokurator nie chciał się zdecydować na proces poszlakowy. Sprawę po roku umorzono, a akta odłożono do archiwum.

Zatrzymany  po latach

 Jednak policjanci nie potrafili zapomnieć o tej makabrycznej zbrodni. Z pewnością ogrom krzywd jaki spadł na biedną staruszkę zrobił na śledczych wrażenie. Co kilka lat przeglądano akta, by sprawdzić, czy nic nie zostało przeoczone.

Przełom nastąpił dopiero na początku 2016 roku. Jeden z braci po 18 latach chyba poczuł się zbyt pewnie i przy alkoholu zaczął swoim kompanom opowiadać o wydarzeniach sprzed lat.

Policjanci byli czujni. Do akcji wkroczyli śledczy z „Archiwum X” kujawsko- pomorskiej policji, czyli specjalnego wydziału w komendzie zajmującego się starymi nierozwiązanymi sprawami. Głównie zabójstwami.

Na trop mordercy policję naprowadzili świadkowie. Prokurator jeszcze raz dokładnie przejrzał akta. Przez te lata technika kryminalistyczna poszła mocno do przodu. Policjanci cały czas dysponowali próbkami ziemi zabezpieczonymi na butach i odzieży Władysława P. tuż po odkryciu zwłok studni. Potwierdzenie, że ziemia pochodzi z podwórka Heleny stał się mocnym dowodem, który oprócz zeznań świadków pozwolił na zatrzymanie i postawienie zarzutów Władysławowi P.

Do zatrzymania doszło w lutym 2016 roku w Bydgoszczy. Obecnie podejrzany ma 39 lat.  Założył rodzinę, ma czwórkę dzieci i pracuje w budownictwie. Został aresztowany, kiedy układał kafelki w remontowanym domu.

Władysław P. był mocno zaskoczony, gdy policjanci zakładali mu na ręce kajdanki. Nie przyznał się do zbrodni. Cały czas twierdził, że w dniu morderstwa nie było go we wsi. Nawet po larach sprawdzenie alibi jest możliwe.

Skarbu nie było

Prokurator postawił mu zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Policjanci od samego początku twierdzili, że głównym motywem zabójstwa była chęć rabunku. Co prawda ofierze skradziono tylko tysiąc złotych, ale zabójca spodziewał się obłowić się o wiele bardziej. Liczył na odnalezienie złotych  monet. Oprócz tego we wsi krążyła informacja o sprzedaży ziemi przez starszą kobietą. Ponieważ była ona osobą starej daty przestępca mógł przypuszczać, że pieniądze schowała w przysłowiowej skarpecie.

Niestety obie historie okazały się nieprawdziwe. Kobieta nigdy nie posiadała żadnych carskich monet. Za Buga przyjechała taszcząc ze sobą skromną walizę z kilkoma ubraniami. Ziemi, którą w ramach reformy rolnej otrzymała od socjalistycznej ojczyzny nigdy nie sprzedała. To były tylko plotki. Kobieta żyła bardzo skromnie. Okazało się , że morderca zabił tylko dla tysiąca złotych.

Władysław P. trafił do aresztu tymczasowego na trzy miesiące. Za zabójstwo grozi mu nawet dożywocie. Prokurator zlecił jeszcze badania psychiatryczne. Znęcanie się nad bezbronną starszą kobietą może wskazywać, że z jego zdrowiem psychicznym jest coś nie tak.  O jego inteligencji nie najlepiej  również świadczy fakt opowiadania po latach szczegółów zbrodni.

Jednak mieszkańcy we wsi wiedzą swoje.

– Jaki on tam psychol. Chłop normalny, babę miał, dzieci też, a że wypić lubił to inna sprawa. Wtedy mu się coś mieszało w głowie i zaczynał opowiadać różne historie. Nie nam oceniać kto  winien. Niech policja i sędzia osądzą – tłumaczy starszy mężczyzna pod sklepem pociągając co chwilę z butelki.

Przemysław Graf