WIEŚ WISIELCÓW

0
24298

Jedną z najbardziej nawiedzonych wsi na terenie  Puszczy Kampinoskiej jest Bromierzyk. To tutaj, na skraju gminy Brochów, według mieszkańców okolicznych miejscowości dzieją się rzeczy, które powstrzymują ich, aby samotnie zapuszczać się do tej opuszczonej dziś wsi.

Wiele osób twierdzi, że duchy dawnych mieszkańców błąkają się w opuszczonych puszczańskich wioskach, takich jak Bromierzyk, Bieliny czy Karolinów.

– Kiedyś w nocy zapuściłem się rowerem do Bromierzyka. To jest opuszczona wieś, a miałem wrażenie, jakby było tam pełno ludzi, Słyszałem ich głosy, kroki. Tak, jakby wieś żyła. 

O Bromierzyku opowiada nam Wiesława Szymańska z Plecewic; – To jest przerażające miejsce, tam coś zawsze straszyło. Tam jest coś takiego, że ludzie stawali się tam opętani. Byli tacy, którzy mieszkali daleko w innych wsiach, ale jak ktoś miał się powiesić, to szedł właśnie tam. Do Bromierzyka. Ludzie z okolicznych wsi w końcu zaczęli się bać tam chodzić. Nie bez powodu tak się dzieje.

Według pani Wiesławy, w Bromierzyku straszą duchy żołnierzy i cywilów, którzy zostali zamordowani przez Sowietów podczas II Wojny Światowej, a idąc tam nocą można usłyszeć rozmowy, mimo iż wieś jest dziś opuszczona. Według relacji innych świadków, Bromierzyk jest nawiedzony przez ducha dziewczyny, która przed laty została tam zamordowana. Dla uczczenia jej pamięci, w miejscu mordu, rodzice wybudowali kapliczkę i powiesili zdjęcie córki. Wizerunek kobiety na zdjęciu każdego roku coraz bardziej się starzeje. Idąc nocą przez Bromierzyk można też usłyszeć ciągnący się po ziemi łańcuch, do którego ma być przywiązana krowa, której zjawę również można tam spotkać.

Bromierzyk, to wieś ciesząca się od lat ponurą sławą. Kolejne historie z nią związane, opowiada nam jedna z mieszkanek Wilcz Tułowskich, w gminie Brochów.

Dawno temu jechałam przez Bromierzyk z mężem na motocyklu. Między kapliczką świętej Teresy, a dębem świętej Teresy, zauważyliśmy, jak biegnie za nami koń. Oczywiście, mógł wybiec komuś z podwórka, ale mimo wszystko uciekaliśmy przed nim. Mocno złapałam męża ze strachu, ale nie udawało nam się przed nim uciec  – opowiada kobieta  – Uciekaliśmy, jednak w pewnym momencie motor zgasł i nie było możliwości, żeby jechać dalej. Koń zbliżył się do nas i przednie kopyta wyciągnął do góry. Tak, jakby chciał nas zaatakować. Zdążyłam się tylko schylić i nie było konia. Nie było też słychać jego galopu. Uciekliśmy stamtąd i myśleliśmy, że to przywidzenia, że koń mógł gdzieś pobiec. Gdy opowiadaliśmy tę historię już innym ludziom, to niektórzy zaczęli potwierdzać, że to samo spotkało ich. Najpierw przejazd obok kapliczki, koń albo inne widmo. Zgaśnięcie silnika i to coś się wtedy zbliżało. Każdy z nich próbował się jakoś ratować, osłaniać, ale w końcu to coś znikało. Od tamtej pory nie chodziłam już sama na Bromierzyk, boję się, mimo że minęło już prawie czterdzieści lat – kobieta relacjonuje zdarzenie sprzed lat.

Spotkania z duchami i  zjawami  zdarzały się tu także w ostatnich miesiącach.

 – Lubię jeździć na Bromierzyk i często tam bywałem, ale jakoś nigdy nie byłem tam sam. W końcu pewnego razu wybrałem się na samotną przejażdżkę samochodem, do kapliczki świętej Teresy. To było słoneczne, niedzielne popołudnie. Nagle, jadąc przez pustą i leśną drogę, samochód zgasł. Próbowałem go oczywiście ponownie uruchomić, ale to było coś takiego, jakby akumulator był rozładowany, albo nie było iskry. Po kilku nieudanych próbach wyszedłem z samochodu i podążyłem w kierunku asfaltu, żeby znaleźć jakąś pomoc. Przeszedłem może 40 metrów i usłyszałem, jakby dosłownie za moimi plecami, tuż obok mnie, ktoś uderzał łańcuchem o drzewo. Słyszałem nie raz opowieści o tym, że jest to dziwne miejsce, że coś może tu straszyć, ale nigdy nie wierzyłem w takie opowiastki. Przypomniałem sobie je od razu. Trochę się zawahałem, ale pomyślałem, że to się przesłyszało i poszedłem dalej. Po paru krokach, znów pojawił się ten sam dźwięk. Uważnie obejrzałem się wokół, ale przy drzewach nie było nikogo. Przystanąłem na chwilę, obróciłem się w stronę samochodu, a ten dźwięk znowu pojawił się za moimi plecami! Spanikowany obróciłem się, ale nikogo znów nie było. Poszedłem jeszcze parę kroków dalej, to było ze dwadzieścia metrów. Znowu to samo, znowu ten dźwięk łańcucha jakby uderzającego o jedno z drzew, był obok mnie. Wtedy już uciekłem do samochodu, po kilku próbach już odpalił. Nie wiem teraz, czy to było coś, czego gołym okiem nie widać, ale innego wytłumaczenia nie mam. To było tak realne i tak blisko, że nie potrafię teraz powiedzieć, że nie wierzę w takie rzeczy. Na pewno nieprędko pojadę tam samotnie – opowiada jeden z mieszkańców Sochaczewa.

W Puszczy Kampinoskiej nie tylko Bromierzyk cieszy się złą sławą. Straszy niemal w każdej wsi. Opowiadają o tym dawni mieszkańcy opuszczonych puszczańskich wiosek.

– Dawniej historii o duchach słyszało się dużo, ludzie więcej opowiadali. Może z nudów, a może faktycznie im się coś takiego przytrafiło. Ja pamiętam, że gdy byłam młoda i wracałyśmy z koleżankami przez Karolinów, przechodziłyśmy obok takiej starej zniszczonej stodoły – opowiada 79-letnia mieszkanka Sochaczewa, dawniej mieszkająca w puszczy Spojrzałam na nią, a po szczycie dachu ktoś szedł. Odwróciłam się, bo pomyślałam, że mi się przywidziało, ale też bałam się tam spojrzeć ponownie i nie powiedziałam nic koleżankom, bo nie chciałam wyjść na głupią. Przeszłyśmy jakieś 200 metrów i jedna z nich pyta, czy też to widziałyśmy. Nie wiem do dziś, czy to mogła być jakaś zjawa, czy to ktoś tam po prostu wszedł na dach, ale to była stara i spróchniała stodoła. Nie było możliwości, żeby tam ktoś mógł wejść. Gdyż dach by się pod nim zawalił.

Wspomniana wieś Karolinów, znajduje się w Puszczy Kampinoskiej. Podobnie jak Bromierzyk, jest od lat całkowicie wymarła. Dziś nie ma tam nawet śladu domów. Pozostał jedynie ewangelicki cmentarz, obok którego znajduje się symboliczny grób zamordowanego w 2002 roku mężczyzny. Na skraju dawnej wsi stoi stary krzyż. To miejsce jest otoczone tajemniczą aurą.

 – Przygotowując w 2015 roku trasę rajdu pieszego po puszczy – opowiada Janusz Szostak   szliśmy we dwójkę przez Bromierzyk i Karolinów do Famułek Królewskich i Miszor. Dochodziło południe, była piękna, słoneczna niedziela. Mniej więcej od Karolinowa czuliśmy, że mamy za plecami „ogon”. Nie było go widać, ale jego obecność była wyraźnie odczuwalna. Szedł za nami prawie do Miszor. Nie jestem lękliwy, zdarzało mi się w przeszłości chodzić nocą samemu po lasach, a nawet w nich nocować. Ale wówczas, mimo że był dzień i świeciło słońce, czułem się  nieswojo.

Położona niedaleko Bromierzyka wioska Lasocin, według wielu osób, również jest nawiedzana. Przy moście, pod którym przepływa kanał Łasica, nieopodal gimnazjum w Lasocinie, nocą przejazd ma być zakłócany przez zmorę ubraną w białe szaty, która czai się po zmroku w przydrożnych wierzbach.

Innym miejscem, które ma być nawiedzone, to most w Witkowicach, który jest granicą gmin Brochów i Młodzieszyn. Jeden z mężczyzn łowiących ryby przy moście, miał tam zobaczyć nocą zjawę, która wygoniła go z tego miejsca.  Według niego, było to coś małego, lekko świecącego. To coś, miało szybko i bezszelestnie się poruszać. Historię tę opowiadał jednemu z naszych rozmówców, który postanowił się przekonać, co do prawdziwości tej opowieści.

Wiadomo, jak człowiek jest młody, to i ciekawy. Ten wędkarz, który mi to opowiadał, zatrzymał się samochodem, blokując drogę przejazdu przez drogę do Witkowic. Droga jest wąska, więc nie było z tym problemu. Wyszedł i powiedział, co się stało. Był przerażony, to wyglądało tak, jakby miał mnie pobić, ale nie pozwolić mi tam jechać. Zmieszałem się, dziwnie na niego popatrzyłem. On zaraz wsiadł do samochodu i pojechał. Nie wiem, kto to był, głosu ani osoby o podobnych rysach twarzy nie znam. Dziwna sprawa, ale nie odważyłem się tam jechać już nawet samochodem tej nocy. Później opowiedziałem to kolegom, a jeden zaproponował, aby tam pojechać w nocy. Pewnej nocy w końcu się tam wybraliśmy. Usiedliśmy przy moście, samochód zostawiliśmy prawie kilometr dalej. Przez kilka minut nic się nie działo i gdy miałem zaproponować, aby już jechać, wówczas usłyszeliśmy kroki kogoś, jakby miał iść po moście. Jeden z nas wybiegł, aby zobaczyć, czy to ta niby zjawa. Nikogo tam nie było, kroki ustały w momencie, gdy tylko pojawił się obok mostu. Za chwilę poszedł tam drugi zobaczyć, czy nikogo nie ma. Potem poszedłem za nimi ja. Na dole został jeden z nas. Za chwilę zaczął nas wołać, krzyczał strasznie. Zbiegliśmy do niego, a on leżał na ziemi, w błocie. Zdążyłem zauważyć, jak za drzewem tylko coś błysnęło. Coś mocno świecącego. To coś szybko się poruszyło, bo przez jakieś dwie sekundy widziałem taką białą poświatę. Nie wiem, co o tym teraz myśleć. Od tego czasu  minęło ponad 10 lat, ale nie wiem, czy to faktycznie było coś nie z tego świata, czy to tylko wyobraźnia. Później ktoś mi jeszcze o tym opowiadał, mówił o tym podobnie, jak ten napotkany wędkarz. To wszystko jest dziwne, jak się patrzy wstecz – opowiada mieszkaniec gminy Brochów.

Jakub Brzeziński

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ