Szlak zbrodni Fantomasa

0
229
Hand holding knife with blood isolated on white

Przez lata bezkarnie zabijał i gwałcił. Mścił się na kobietach za to, że osadzono go w więzieniu za gwałt, którego rzekomo nie dokonał. Temu, potężnie zbudowanemu, mężczyźnie wymknęła się drobną czternastolatką. I to był jego koniec.

– To było dokładnie 7 marca 1983 roku – opowiada Mieczysław Skowron, inspektor w stanie spoczynku, były komendant powiatowy policji w Będzinie, a w latach 80. ubiegłego wieku oficer wydziału kryminalnego milicji w Mysłowicach. – Po zmroku zadzwoniła do dyżurnego MUSW w Mysłowicach Monika K., zgłaszając gwałt na swej 14-letniej córce, Ilonie.

Waleczna nastolatka

– Napadli na moją córka! – krzyczała zdenerwowana kobieta do słuchawki, chaotycznie przekazując informację.
Ustalono, że Ilona K. zanosiła codziennie obiady swej babci. Co prawda starsza pani jeszcze potrafiła ugotować sobie posiłek, ale rodzina dbała o nią i nie chciała, aby ta niepotrzebnie się trudziła. Ilona nosiła zawsze jedzenie w specjalnej menażce, aby było ciepłe. Tego dnia jak zwykle wyruszyła z mysłowickich Łąk do babci, która mieszkała na osiedlu Bończyk.
Było po deszczu. Nikogo w pobliżu. Na wąskiej dróżce niedaleko parku, z zarośli wyskoczył znienacka dobrze zbudowany mężczyzna na i ją zaatakował Ilon. Pośliznął się jednak i zdołał jedynie złapać dziewczynę za prawą rękę, w której niosła menażkę. Chciał Ilonę przewrócić na ziemię. A tymczasem ona machinalnie odwinęła się, a trzymana w siatce gorąca menażka musnęła głowę mężczyzny, nie robiąc mu większej szkody. Jednak puścił 14-latkę, a babciny obiad wylądował na ziemi.
Ilona rzuciła się do ucieczki.
Bandyta dopadł ją i tym razem przewrócili się na ziemię. Broniła się. Wtedy złapał dziewczynę za szyję i zaczął ją dusić. Straciła przytomność, którą odzyskała, gdy ją gwałcił. Była przerażona. Wołała o pomoc. Znowu zaczął ją dusić. I ponownie straciła przytomność. Kiedy odzyskała ją po raz drugi, wiedziała już, że musi walczyć o życie, bo zginie. Mocno, jak tylko mogła, pchnęła nogami napastnika, który nie spodziewał się po 14-latce takiego zachowania. Na mokrej trawie bandyta znowu się pośliznął i upadł na kolana. Wtedy wyrwała mu się. Zdołał jeszcze zerwać z niej płaszcz. Niewysoka drobna Ilona szybko biegała, i to uratowało jej życie. Gwałciciel nie zdołał jej dogonić, zniknęła mu z oczu. Ilona dopadła do pierwszych zabudowań. Do napotkanych po drodze osób krzyczała, że została zgwałcona. I pędziła do domu.
– Proszę przyjechać, córka jest już na miejscu! – matka wołała ze zdenerwowania w słuchawkę.
– Pojechaliśmy – wspomina Mieczysław Skowron. – Dziewczyna potwierdziła wszystko, co matka mówiła dyżurnemu przez telefon. Dodała jeszcze, że gdy uciekała, to w pewnej chwili, nie czując za sobą oddechu napastnika, odwróciła się. A ten mężczyzna czegoś szukał w trawie. Klnąc przy tym głośno. Szukał czegoś, co w trakcie szamotaniny z Iloną wypadło z kieszeni jego szaroburego prochowca.
Ilona opisała dokładnie miejsce zdarzenia. Milicjanci, aby nie brać ze sobą i tak już wystarczająco podenerwowanej dziewczyny, sami pojechali szukać tego czegoś, co napastnik zgubił.
– Było już zupełnie ciemno. Oświetlenie terenu liche. A praktycznie żadne. Jak to w tamtych czasach. A my, latarkami, przeszukiwaliśmy dokładnie ścieżkę i trawę na obszarze stu metrów kwadratowych, wskazanych przez dziewczynę.
Szukali i znaleźli: – W snopie światła latarki ukazał się leżący w trawie prostokątny przedmiot w plastikowej oprawie, leżał po przeciwnej stronie dróżki, na której zaatakował bandyta, i dlatego zapewne nie mógł znaleźć zguby, szukając po prostu w złym miejscu. Była to jego legitymacja ubezpieczeniowa. Z jego zdjęciem, nazwiskiem i adresem. Wypadła mu w trakcie szamotaniny z Iloną i znalazła się w naszych rękach. W książeczce ubezpieczeniowej ze zdjęciem widniało, że jej właścicielem jest Mieczysław Zub, 32-letni wtedy pracownik kopalni Barbara w Chorzowie, zamieszkały w Chorzowie przy ulicy Słonecznej.

Po książeczce do zbója

Następnego dnia był 8 marca. Po południu komendant rozkazał, aby Mieczysław Skowron wraz z grupą dochodzeniową udał się do domu Mieczysława Zuba.
– Nie zatrzymaliśmy wozu przy ulicy Słonecznej – wspomina były policjant. – Samochód zaparkował kilka przecznic dalej, a ja z kolegą, ubrani po cywilnemu, udaliśmy się pod adres z książeczki ubezpieczeniowej.
Na piętrze otworzyła im mieszkanie około 30-letnia kobieta, z półroczną dziewczynką na ręku. Drugie 5-letnie dziecko bawiło się w przedpokoju. Przedstawili się i zapytali, czy mąż jest w domu. Nawet nie była zdziwiona, że są z milicji, i że chcą porozmawiać z jej mężem.
– Nie wiem, gdzie jest – oświadczyła i dodała jeszcze, że nie wie, co jej mąż porabia całymi dniami. Po pracy w kopalni zawsze gdzieś wychodzi i bardzo późno wraca. I nawet jej nie informuje, dokąd się udaje, i kiedy zamierza wrócić. – Tak samo było wczoraj. Dziś wrócił o 3.30 nad ranem, brudny, umorusany w błocie, spodnie miał całe w trawie. Pokłóciliśmy się, uderzył mnie. Powiedział, że nie pójdzie dziś do pracy. Długo spał, a potem ubrał się, i znowu gdzieś polazł. W ogóle ze mną nie rozmawia, tylko na mnie warczy ciągle…
– Kobieta sprawiała wrażenie, jakby nic już nie łączyło ją z mężem – dodaje Skowron – Zapytała nas nawet, czy nie napijemy się herbaty. Odmówiliśmy, w każdej chwili mógł z pracy wrócić gospodarz. Zapytałem jeszcze, czy przypadkiem nie ma tu gdzieś tego jego wczorajszego ubrania, tych spodni.
– Są tutaj – pokazała ręką na łazienkę – Muszę je wyprać – dodała.
– A, czy mogę spojrzeć na nie? – zapytał Skowron.
– Ależ proszę… – odpowiedziała i przyniosła z łazienki jego brudną odzież.
– Spodnie na kolanach i na nogawkach, jak i prochowiec w dole, były upaprane w błocie, z resztką wyraźnie widocznej trawy na nogawkach, tak, jakby się w tych spodniach ktoś tarzał.
Milicjanci spojrzeli po sobie porozumiewawczo, gotowi w każdej chwili zatrzymać Mieczysława Zuba, gdyby się tylko pojawił się mieszkaniu.
Skowron postanowił zabrać ze sobą brudne ubranie Zuba. Żona Zuba nie oponowała.
Było kilka minut po 17., gdy Mieczysław Zub wrócił do domu.
Był potężnej masywnej budowy mężczyzną, o dużych dłoniach. Wyglądał na bardzo silnego, trudnego do zatrzymania: – Miał ponad 190 cm wzrostu, mocne bary i ważył z ponad 100 kilogramów.
Jego widok trochę zaskoczył milicjantów.
– Jak się Ilonie udało wyrwać takiemu zbirowi? – przeleciało Skowronowi przez głowę.
– A panowie? – zapytał nas.
Milicjanci nie tracili rezonu: – Był pan świadkiem wypadku i musimy udać się do WUSW w Katowicach, tam pan złoży zeznania – skłamał kolega Skowrona.
Spojrzał na nich bez emocji, nie protestował. I wyszli z mieszkania. W samochodzie Mieczysław Zub zerkał na pojawiające się we wstecznym lusterku oczy kierowcy, które często spoglądały na niego, siedzącego w tyle, pomiędzy dwoma funkcjonariuszami.
– Gdzie właściwie jedziemy? – zdenerwował się, kiedy mijali Katowice.
– Zaraz pan zobaczy.
Nie szarpał się, gdy dojeżdżali do MUSW w Mysłowicach.
Sam wysiadł z samochodu.
– Kiedy zapytaliśmy, co robił wczoraj w Mysłowicach po pracy, powiedział, że był oddać honorowo krew, że często oddaje honorowo krew. W różnych miejscach województwa katowickiego, i dlatego tak krąży i jest w różnych miejscowościach. Kiedy oświadczyliśmy mu, że jest podejrzany o napad na dziewczynę w Mysłowicach, to tylko wzruszył ramionami.
– To chyba jakaś pomyłka, panowie – odparł.
– A gdzie jest pana książeczka ubezpieczeniowa? – zapytali milicjanci. Na co on żachnął się. Zatem mu ją pokazali i powiedzieli, w jaki sposób weszli w jej posiadanie. Wprawdzie spuścił głowę, ale próbował się bronić, że to jeszcze nie żaden dowód przeciwko niemu, bo poprzedniego dnia po powrocie z punktu krwiodawstwa, w którym oddawał krew, przechodził tamtędy i musiała mu ona wypaść z tylnej kieszeni spodni.
Jednak nie legitymacja ubezpieczeniowa, z jego adresem, pogrążyła Zuba.
– A upaprane w trawie spodnie i prochowiec, które wtedy Skowron przytomnie zatrzymał i zabrał z sobą, a które poddaliśmy specjalistycznym badaniom – dodaje Piotr Kurzac, dziś zastępca komendanta straży miejskiej w Mysłowicach, emerytowany już policjant, w latach 80. ubiegłego wieku chorąży milicji w mysłowickim MUSW, który przesłuchiwał Zuba po jego zatrzymaniu, jako pierwszy: – Zub spokorniał i otworzył się przede mną zupełnie, zaczął zeznawać. Wyrzucał z siebie, co go bolało… Wyjaśniał, że robił to wszystko z jakiejś zemsty, i napadał na kobiety, bo niesłusznie miał siedzieć rok w więzieniu, skazany za gwałt, którego miał nie popełnić. Tak przynajmniej opowiadał.
Nikt nie sprawdzał wątków więziennych Zuba, nie było na to czasu.
– W każdym razie, na początku trwania śledztwa z nikim innym nie chciał rozmawiać, tylko ze mną.

Pierwsza była nastolatka

Piotr Kurzac sięga do swych notatek: – Pierwszy raz Zub napadł w Świętochłowicach, 29 listopada 1977 roku, wieczorem, miał wtedy 25 lat. Był w ZOMO, ubrany w mundur milicyjny, i znajdował się pod wpływem alkoholu.
14-latka wracała do domu. Zatrzymał ją pod byle pretekstem i oświadczył, że muszą się razem udać do pobliskiego komisariatu, coś wyjaśnić, i że pójdą krótszą drogą, przez lasek. Nastolatka nie oponowała. Wtedy na nią skoczył. Nagle. Pobił ją bez powodu i przyłożył dziewczynie pistolet do głowy. Brutalnie i perwersyjnie dwukrotnie ją zgwałcił. – A potem zaproponował nawet, że ją odprowadzi do domu! Pytał nawet o jej stopnie w szkole, czy się dobrze uczy!
Jeszcze tego samego dnia 14-latka pobiegła do komisariatu, opowiedziała o wszystkim, o biciu i gwałcie, podała dokładny rysopis sprawcy, rosłego milicjanta w mundurze.
– Na pewno rozpoznałaby jego twarz na zdjęciu. A wystarczało przejrzeć fotografie służbowe milicjantów w całej wojewódzkiej jednostce, w tym ZOMO-wców.
Do dziś nie wiadomo, czy ta sprawa była powodem jego usunięcia z szeregów ZOMO. W każdym razie następnego dnia po tym bestialskim gwałcie 14-latki, 30 listopada 1979 roku, ze względów dyscyplinarnych został zwolniony z ZOMO. Milicja nie precyzowała powodów.
Znowu napadł, gdy się ściemniało. Tym razem w Chorzowie. Był wieczór 14 stycznia 1978 roku. Od tyłu chwycił 44-latkę za szyję, drugą ręka zatykając jej usta, i rzucił kobietę do przydrożnego rowu. Dostrzegł jednak zbliżającego się przechodnia i uciekł.
Trzy miesiące później, w kwietniu, w Mikołowie-Kamionce, w pobliżu przystanku autobusowego przy ul. Doliny Jamny, zgwałcił 22-letnią dziewczynę. Ponownie napadał na swą ofiarę od tyłu, łapiąc ją za szyje i dusząc.
– Chciała krzyczeć, ale otrzymała silny cios w brzuch. To był sposób działania Zuba. Potem, z bólu, straciła na chwilę oddech, a on zaciągnął ją w krzaki.- precyzuje Kurzac.
19 września 1980 roku, również w późnych godzinach wieczornych, w Piekarach Śląskich napadł na 49-latkę: – Jak zwykle, zaatakował od tyłu. Zatykając kobiecie ręką usta, a potem pobił ją i zaciągnął do rowu. Kiedy odzyskała przytomność, Zuba już nie było. Zorientowała się, że od pasa w dół leży w rowie naga. Kiedy badania w szpitalu potwierdziły gwałt na jej osobie, zażądała ścigania sprawcy.
Kilka tygodni później – w okolicach ośrodka „Balaton” w Sosnowcu -napadł o zmierzchu na 45-letnią kobietę, broniła się jednak na tyle skutecznie, wzywając pomoc, że odpuścił i uciekł.
Również wieczorem, 16 października 1981 roku, w Bieruniu Starym zaatakował wracającą do domu na rowerze 38-latkę. Szedł poboczem, a kiedy go mijała kopnął w tylne koło. Straciła równowagę i runęła na ziemię. Szybko się jednak pozbierała i chciała uciekać, ale dopadł ją. Kilkakrotnie uderzył kobietę w twarz, chciał ją dusić, ale pojawili się na szosie rowerzyści, więc uciekł.
W dwa tygodnie później, 3 listopada 1981 roku, w Czechowicach-Dziedzicach na bocznej dróżce wyłonił się z ciemności przed 22-latką, gdy ta wracała z dworca kolejowego do domu. Od razu chwycił dziewczynę za szyję i rzucił na ziemię. Zaczął ją bić i zagroził, że jeżeli będzie się broniła i wzywała pomocy, zabije ją. W trakcie stosunku mocno trzymał 22-latkę za gardło, a potem podniósł się i odszedł.

Ciała przykrywał płaszczem

– Pierwszy raz zamordował 19 listopada 1981 roku, w Rudzie Śląskiej-Bielszowicach.
19-letnia Jadwiga B. była w ósmym miesiącu ciąży i około godziny 19. wracała od lekarza do domu. Dopiero 21 listopada jej zwłoki odnalazły w powojennym opuszczonym bunkrze, kilkaset metrów od najbliższego osiedla mieszkaniowego, bawiące się tam dzieci. Ciało było przykryte płaszczem należącym do 19-latki.
– Została dwukrotnie zgwałcona i pobita, na szyi znajdowały się ślady po duszeniu. – dodaje Kurzac – Zmarła na skutek bestialskiego pobicia i uduszenia się własną treścią pokarmową. Zub nie zdawał sobie sprawy ze swej siły, i gdy uderzał ofiarę w żołądek, jej treść pokarmu wydostawała się na zewnątrz.. Gdy zaś w takim momencie mocno zatykał ofierze usta, aby nie krzyczała, i nos, łatwo mogło dojść do zadławienia i uduszenia zwracaną treścią pokarmową. Tak też było w trakcie tego napadu. Nie było wiadomo, w którym miejscu zamordował, ciało 19-latki przeniósł do bunkra. Skradł ofierze złotą obrączkę i dwa złote pierścionki.
W tej sprawie przesłuchiwano także ojca Jadwigi B., karanego za gwałt, i jego zięcia. O zabójstwo był również podejrzany Edward P., także karany za gwałt – wiele poszlak na to wskazywało, że mógł zamordować Jadwigę B. Jan Widacki – ówczesny ekspert, kierownik katedry kryminalistyki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, z którego pomocy korzystała milicja, niejednoznacznie wyrażał się o badaniach poligraficznych (wariograficznych), które przeprowadził na Edwardzie P. Ten miał nieszczerze odpowiadać na zadawane mu pytania, i wymagał dodatkowych testów. Jednak, najbardziej wtedy obiektywne, badania morfologiczne wykluczyły uczestnictwo Edwarda P. w tej zbrodni. W innym przypadku jeden ze świadków wskazał na Piotra S. Aresztowano go, ale bronił się, że to nie on. Dopiero ekspertyza mikrośladów odzieży definitywnie wykluczyła także jego z tej zbrodni: – A świadek okazał się lipny.
– Kolejny raz Zub zamordował w stanie wojennym, 3 marca 1982 r., w Katowicach-Panewnikach.
Przykryte płaszczem i warstwą słomy nagie zwłoki 25-letniej Elżbiety M., absolwentki AWF – ułożone na wznak – znaleziono 4 marca. Leżały kilkaset metrów od ul. Panewnickiej, przy wiacie w szopie rodziny G., która nie znała 25-latki.
– Na czole, twarzy i szyi kobieta miała liczne otarcia naskórka, treść pokarmowa wypełniała krtań, tchawicę oraz oskrzela, i jak podawali biegli po sekcji zwłok, przyczyną śmierci Elżbiety M. było uduszenie „w skutek aspiracji treści pokarmowej do dróg oddechowych”.
Również i w tym przypadku zatrzymano najpierw innego podejrzanego, karanego już za zabójstwo, który mieszkał w pobliżu miejsca zbrodni bez zameldowania i kręcił się wokół wiaty.
– 18 listopada 1982 roku, w Rudzie Śląskiej-Chebziu, Zub zamordował po raz trzeci – opowiada były chorąży milicji – Tym razem 16-letnią uczennicę drugiej klasy liceum zawodowego Katarzynę B.
Dziewczyna wyszła z domu i udała się do swego brata: – Do domu brata jednak nie dotarła, jej zwłoki znaleziono za dworcem kolejowym, półtora metra od chodnika, w krzakach i wysokiej trawie, w pobliżu ulicy. Styczyńskiego, kilkadziesiąt metrów od najbliższego bloku mieszkalnego. Ciało dziewczynki było nagie, pobite, ze śladami gwałtu.
I w tym przypadku przyczyną śmierci było uduszenie się treścią pokarmową. Zub ukradł swej ofierze dwa banknoty tysiączłotowe i srebrny pierścionek.
Dopiero po trzech zabójstwach, o podobnych cechach, 9 grudnia 1982 r. powołano grupę operacyjno-dochodzeniową pod kryptonimem „Fantomas”, zajmującą się tą sprawą.
– Ostatniego, jak się okazało potem mordu, dokonał 6 stycznia 1983 roku w Sosnowcu-Zagórzu.
Wieczorem śledził w tramwaju 23-letnią Elżbietę S., w drogim futrze. Kiedy weszła na ulicą PPR i wchodziła do bramy kamienicy, w której mieszkała. Zaatakował od tyłu. Zakrył kobiecie usta, żeby nie krzyczała, i wciągnął do piwnicy. Broniła się, szamotała. Rzucił nią o posadzkę piwnicy, zaciągnął w jej głąb i bił. Gdy osłabła, zgwałcił, a potem uderzył mocno w żołądek.
– Śmierć była podobna, przez uduszenie się treścią wymiotną, jak przy pozostałych zabójstwach Zuba. Przez nikogo niezatrzymywany podrzucił potem zwłoki kobiety w okolicę znajdujących się w pobliżu rur ciepłowniczych.
– Jak się okazało – przypomina sobie Mieczysław Skowron – ściągnął z nieżyjącej już kobiety jej futro, zarzucił je sobie na ramię i szedł z nim brzegiem chodnika. Zaszedł tak aż do dworca kolejowego, w same centrum Sosnowca, aby autobusem dojechać do Chorzowa. I tam go zatrzymał patrol, i milicjanci pytali, skąd ma to futro? A on im na to, radośnie, że wraca od kolegów, trochę wypił, a futro niesie żonie, z pralni. Więc się uśmiechnęli, machnęli nań ręką i odjechali, puszczając Zuba wolno. Nawet nie spisując.

Powieście mnie na rynku

Zub przyznał chorążemu, że gdyby nie alkohol, którego nadużywał, to na trzeźwo nie popełniłby tych wszystkich zbrodni: – Okazało się, że w latach 1977-1983 dokonał 4 zabójstw, 13 gwałtów i przyznał się jeszcze do ponad 60 innego rodzaju czynów przestępczych: zwykłych napadów, kradzieży, bójek i rozbojów.
Milicjanci sprawdzali, gdzie oddawał krew, i czy w miastach, w których przebywał w tym czasie zdarzały się jakieś napady rabunkowe na kobiety, kradzieże, gwałty i zabójstwa.
– I rzeczywiście tak właśnie było, wszystko się potwierdziło! Nie wszystkie kobiety zgłaszały napady i gwałty – dodaje były chorąży – Stąd należy przypuszczać, że tego rodzaju zdarzeń mogło być więcej, i zapewne do końca nie poznamy liczby kobiet, na które napadł. Niektóre z ofiar ze strachu mogły się nawet dać zgwałcić, byleby tylko przeżyć. A potem wymazywały takie zdarzenie ze swej pamięci. I tylko od jego widzimisię zależało, czy tylko gwałcił, czy też pozbawiał swe ofiary życia.
Zub sam rozpoznawał świadków, którzy z kolei jego nie rozpoznawali.
– Uwiarygodniał się jakby w ten sposób wobec swych ofiar.
Zdarzały się także kobiety, które napad taki na siebie wymyślały, i zgłaszały się na milicję. Nawet kobiety w sile wieku zmyślały rzekome gwałty. Z wyjątkiem 68-letniej Beaty N. z Rudy Śląskiej, którą Zub napadł i zgwałcił 18 kwietnia 1982 roku:- Myślał nawet, że ją zabił, stąd na początku śledztwa sam mówił o pięciu zabójstwach, których dokonał, i był zaskoczony, gdy dowiedział się, że Beata N. żyła.
– Z zemsty gwałciłem i zabijałem! – raz jeszcze Zub wykrzyczał Kurzacowi w twarz. Wówczas, w Mysłowicach, czekał na pierwszą lepszą, która mu się nadarzy: – I trafiło na tę dziewczynę. – mówił o Ilonie K., która wprawdzie miała pecha, że go spotkała, ale przeżyła.
Zub w poszukiwaniu swych ofiar kilometrami przemierzał Górny Śląsk i Zagłębie. Cieszył się w środowisku dobrą opinią.
Po 4 miesiącach obserwacji biegli określali go, jako zdecydowanego i silnego, który dąży za wszelka cenę do osiągnięcia celu. Nie zdradzał objawów choroby psychicznej, ani niedorozwoju umysłowego. Stwierdzono u niego zaburzenia charakterologiczne, i w trakcie napadów, których dokonywał, nie miał ograniczonej zdolności rozpoznawania swych czynów. Potwierdzono alkoholizm i jego heteroseksualną orientację. W stosunku do kobiet miał przejawiać nieśmiałość, a jego agresywność mogła wynikać z alkoholu i z konfliktów małżeńskich. Nie stwierdzono, aby morderstwa, których dokonywał, charakteryzowała specjalna lubieżności czy sadyzm seksualny.
W katowickim areszcie śledczym miał spać na podłodze, nie mieścił się na pryczy. Aresztanci mieli się bać tak potężnego mężczyzny, o którym słyszeli, że mordował kobiety. A on im na to odpowiadał, żeby się nie bali: – Póki nie poczuję od was zapachu kobiety! – śmiał się.
Rozprawa trwała niecały rok. Była bogata w różne wydarzenia, z Zubem w roli głównej. Znieważał sędziów, prokuraturę. Stanął na ławie w sali sądowej i krzyczał: – Zdrastwujtie towaryszci, bando Cyganów, cweli, chuje, kurwy! Możecie zaczynać!
W trakcie odczytywania aktu oskarżenia buczał, gwizdał i śpiewał. A kiedy zapytany, czy się przyznaje, odpowiedział: – Do popełnienia zarzucanych mi czynów przyznaję się. Nie będę składał żadnych wyjaśnień, bo to nie ma sensu. Lepiej powieście mnie na rynku w Katowicach. Będzie szybciej.
Przez cały czas trwania procesu był agresywny, wielokrotnie wyprowadzano go z sali. Wyroku zaczął wysłuchiwać na siedząco: – Bo tak mi jest wygodnie – stwierdził. Potem się wściekł, kopniakami zniszczył ławę oskarżonych i znowu go wyprowadzono, ogłaszając wyrok do końca już bez jego udziału. Wątków ZOMO w zbójeckim życiorysie sąd nie poruszał, choć Zub się tego domagał.
Oczekiwał wyroku śmierci w więzieniu na Montelupich w Krakowie. Tam również nieźle rozrabiał. Demolował pomieszczenia i sprawiał sporo problemów. Stosowano wobec niego szczególne środki bezpieczeństwa: zakuwano w specjalne kajdany, umieszczany w izolatce. 6 sierpnia 1985 roku próbował popełnić samobójstwo. Udało mu się to 29 września. Powiesił się w celi na kracie.
– Przez cały czas trwania śledztwa, rozprawy, i pobytu na Montelupich, nie chciał się kontaktów z rodziną. W trakcie śledztwa prosił mnie jedynie, czy gdy przyzna się do wszystkiego, to jego rodzina będzie mogła zmienić nazwisko, i miejsce zamieszkania. Zdawał sobie sprawę z tego, co uczynił – kończy Kurzac.

Roman Roessler

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ