W 2006 roku Annie P. – początkującej dziennikarce – jako Malinie Z., kelnerce z Ząbek, udało się pozyskać zaufanie ludzi z gangu mokotowskiego. Znalazła się wśród nich za wiedzą Centralnego Biura Śledczego. Jej związki z warszawskimi gangsterami trwały kilkanaście miesięcy. Po raz pierwszy opowiada o nich na łamach Reportera. Ujawniając przy okazji kulisy konkursu Miss Polonia oraz kontakty polityków z gangsterami.

Tego piątkowego wieczoru Anna P. siedziała, przy suto zastawionym stole, razem z Piotrem S. ps. „Sajur”, Norbertem D. ps. „Szlugu” oraz Karolem R. ps. „Karol” – trzema filarami gangu mokotowskiego. W trakcie tej libacji mieli zostać zatrzymani przez CBŚ. Ona miała zarejestrować rozmowę gangsterów na ukrytym pod sukienką nośniku.
W pewnej chwili Norbert D. odebrał telefon, po którym mężczyźni wyszli na taras: – Nie udało mi się podsłuchać, o czym rozmawiali – wspomina Anna P. – Po powrocie Karol stwierdził głośno, że „właśnie znaleźli kapusia”. Wystraszyłam się i chwilowo pogubiłam w sytuacji.
Jak się potem okazało do Norberta D. zadzwonił Janusz M., ps. „Jarek”, aby poinformować o szpiclu w najbliższym otoczeniu gangu. Nie wymienili wówczas jego nazwiska. Kobieta usłyszała, że – na rozkaz Zbigniewa C., ps. „Dax”, ówczesnego szefa Mokotowa – mieli „uciszyć go na zawsze”.
– Byłam niemal pewna, że właśnie odkryli moją współpracę ze śledczymi – relacjonuje kobieta.
Jej ojciec Marek P. był wówczas śledczym Centralnego Biura Śledczego i to – w pewnym stopniu – sprawiło, że dziewczyna stała się wtyczką CBŚ w jednym z najgroźniejszych polskich gangów.

Zepsuty świat miss

Do świata gangsterów trafiła ze świata modelingu i w konsekwencji uczestniczyła w wyborach miss. Na pierwszym roku studiów została nawet wybrana – w konkursie Miss Polonia – miss miasta B.
– Już sam casting ocierał się o molestowanie – opowiada dziś o kulisach tego konkursu – Komisja, składająca się z samych mężczyzn, łapczywie patrzyła na roznegliżowane nastolatki.
Anna dobrze zapamiętała rozmowę między nią a przewodniczącym jury: – Aniu, jak bardzo chciałabyś znaleźć się w finale? Bo wiesz, my tu jesteśmy bardzo wymagający. Twoje koleżanki obiecały nam, że jeśli przyjmiemy je do finału, to będą dla nas bardzo miłe podczas zgrupowania. A Ty?
Odpowiedziała coś mało kulturalnego, będąc przekonaną, że jej kariera właśnie dobiegła końca. To był jednak dopiero początek walki o koronę miss.
– Podczas innego zgrupowania w miejscowości Z. słynącej z pięknego jeziora, działy się rzeczy niczym z niemieckiego pornosa – wspomina Anna to doświadczenie. Każda z przyszłych miss miała dokonać „indywidualnej prezentacji” w pokoju jury. W skład tej komisji wchodził: prawnik, fundujący w konkursie biżuterię, lokalny biznesmen, od którego miss miała dostać nowy samochód, oraz właściciel agencji eventowej.
– Ci mężczyźni, leżąc ze szklankami whisky na wielkim hotelowym łożu, czekali ze zniecierpliwieniem na pokaz – opowiada kobieta – Dziewczyny wchodziły do ich pokoju na wpół rozebrane. Jedne w samej bieliźnie i pończochach, zaś drugie tylko w stringach, zasłaniając piersi rękami. Oni się normalnie do nas dobierali.
Jedne ulegały obleśnym jurorom, inne uciekały z krzykiem. Zgrupowanie zakończyło się w atmosferze skandalu. Parę dni po jego rozpoczęciu – nad brzegiem jeziora – znaleziono na wpół żywą jedną z uczestniczek. Dziewczyna miała przyjąć zbyt dużą dawkę narkotyku, popijając ją alkoholem. Na ciele prawie nagiej modelki znaleziono liczne siniaki, zadrapania i krwawe wybroczyny. Sprawą zajęła się policja.
Konkurs został przeniesiony do innej miejscowości, zaś opiekunami dziewczyn zostały tym razem same kobiety.

Miss kokainy i premierzy

Na jednym z takich konkursów, Anna poznała Tamarę K. zwaną „Miss Kokainy”, dziewczynę Marcina S. – jednego ze sponsorów wyborów miss. Miało to miejsce w grudniu 2006 roku, po gali finałowej w Teatrze Wielkim w Warszawie. Po wyborach dziewczyny były przewożone limuzynami do prywatnego apartamentu sponsora i tam poddawane różnym praktykom. Tamara K. specjalizowała się w zapewnieniu organizatorom wymyślnych uciech i była za to przez nich sowicie wynagradzana.
Największą atrakcję stanowiła zabawa, której nazwa mówi wiele – „taca”. Jedną z dziewczyn kładziono na ogromnej tacy z czystego srebra bądź złota, ozdabiano jej ciało owocami i śmietaną, zaś na piersiach, brzuchu i w miejscach intymnych rozsypywano kokainę, którą każdy po kolei musiał wciągnąć lub zlizać.
Następnie sponsorzy poili dziewczyny mieszanką alkoholu i środków pobudzających i odbywał się jeden wielki grupowy seks. Ta, która najbardziej zadowoliła organizatorów orgii, miała szansę na „awans” w postaci kontraktu bądź świetnie płatnej fuchy.
Sama Tamara często stanowiła „ozdobę” tacy, co zupełnie nie przeszkadzało jej chłopakowi.
– Ona była „mózgiem” tych chorych zabaw i także negocjowała z łódzkimi handlarzami ceny kokainy. Zdarzało się, że dostawała towar po kosztach, w zamian za seks – twierdzi Anna – To od niej znani politycy, sportowcy czy biznesmeni kupowali prochy. Jeden z byłych premierów dość często wysyłał do niej swojego „chłopca na posyłki”, aby przywiózł parę gram kokainy. Ten polityk, bardzo znany, odwiedzał też agencję towarzyską chłopaka Tamary. Przyjeżdżał zwykle ze swoimi „gorylami”. Dość często urządzał burdy, po których lokal wyglądał jak po przejściu wichury. Dziewczyny z agencji zapamiętały go, jako obleśnego zboczeńca, który uwielbiał podczas aktów seksualnych dusić je, bić po twarzach, a nawet przypalać zapalniczką – Anna nie kryje niechęci – Zaskakujące było to, że w czasie seksu z dziewczynami z burdelu, w pokoju polityka zawsze byli obecni jego ochroniarze. Podobno były premier sam ich zachęcał, aby w ramach relaksu po pracy zabawili się z jakąś prostytutką.
Ponoć takie zabawy ochrony byłego premiera kończyły się siniakami i opuchlizną na twarzach wynajętych kobiet. Ten „twardoręki” polityk nie był jedynym, który odwiedzał ten ekskluzywny przybytek rozkoszy.
– Pojawił się tam jeszcze inny były premier. Świetnie znający się na prawie, a zwłaszcza, wiedzący jak je omijać. Stanowił zupełne przeciwieństwo swojego kolegi. Zawsze miły, szarmancki, wynajmował tylko najlepsze dziewczyny i kupował najdroższego szampana. Dziewczyny mówiły o nim „boski Franz”. Nie przeklinał, dużo nie pił, ale miał gest i potrafił wydawać na kobiety duże sumy – Anna przypomina zdarzenia sprzed kilku lat – Jednej z pracownic burdelu, Laurze, zafundował wczasy w Hiszpanii, a potem nowego mercedesa. Zauroczenie premiera nie trwało jednak długo i piękna Laura została zamieniona na Gizelę, o egzotyczniej urodzie. Ona uwielbiała ostry seks, po którym premier musiał się kamuflować pudrem.
Ponoć ten „kamuflaż” jednak zawiódł, gdyż małżonka polityka dość szybko odkryła jego upodobania do młodych kobiet. Co skończyło się wielką awanturą: – Od tamtego czasu utrzymywał już tylko „zawodowe stosunki” z Tamarą, której płacił bajońskie sumy za „czystą i białą” przyjemność – twierdzi Anna – Tamara miała świetnych dostawców kokainy i wysokie ceny, które gwarantowały jej wygodne życie. Jako, że dawno przestała się uczyć, to poza handlowaniem narkotykami i seksem, nie robiła zupełnie nic. W utrzymaniu pomagał jej bogaty chłopak. Jedyną jej atrakcją była siłownia, fitness i wieczory z koleżankami. Mając jednak głowę na karku, Tamara postanowiła zarabiać na zaspokajaniu seksualnych potrzeb biznesmenów. Wieńczące konkursy miss orgie, okazały się strzałem w dziesiątkę – ocenia Anna P.

Burdel mama

Anna P. – jak twierdzi – nie miała ochoty uczestniczyć w orgiach organizowanych przez Tamarę. Trafiła jednak z deszczu pod rynnę. Gdyż stanowisko specjalisty do spraw rekrutacji – w firmie swojego przyjaciela – zaproponował jej Wojciech S. pseudonim „Kierownik” vel „Wojtas”, późniejszy przywódca mokotowskiej ośmiornicy i członek gangu obcinaczy palców.
Dziewczyna nie do końca zdawała sobie jednak sprawę, kogo i dla kogo będzie rekrutować.
– Jednak postanowiłam spróbować tej łatwej, lekkiej – i jak myślałam – przyjemnej pracy. Już w pierwszym okresie zderzyłam się z ponurą rzeczywistością. Miałam bowiem robić za „burdel mamę”, która rekrutowała dziewczyny do agencji towarzyskiej Marcina S. – chłopaka Tamary. Gdyby nie świetne warunki finansowe, firmowe bmw z serii 7 oraz prywatny apartament podarowany przez Wojtka, to pewnie szybko uciekłabym do domu.
Tak kobieta wspomina pierwszy tydzień tej pracy: – Poszłam do szefa i zapytałam, co mam robić z tymi dziewczynami, które właśnie dostarczono z Ukrainy?
– Rób co chcesz. Jak nie będą ci się podobać, to je wywal. Jak któraś ci odpyskuje, to wal po ryju. Najwyżej „Mufi” (ochroniarz – przyp. red.) ci pomoże. U nas nie ma nieposłuszeństwa. Mamy za dobrych klientów, oni muszą być zaspokojeni bez marudzenia – odpowiedział wtedy „Kierownik”.
– Dziewczyny były brudne i wystraszone. Gdy któraś za wolno wychodziła z samochodu, to na „dzień dobry” dostawała z pięści w twarz. Wybierano tylko najlepsze. W agencji Marcina preferowano Polki, gdyż klienci obawiali się, że Ukrainki mogą ich czymś zarazić – wspomina Anna.
Stałymi klientami agencji Marcina S. byli politycy, między innymi członkowie jednej z chłopskich partii: – Dość często wpadali na „szybkiego Francuza” bądź urządzali z młodymi Polkami wymyślne trójkąty. – wspomina ich z niechęcią Anna. Ostatnim klientem na stanowisku, którego zapamiętała, był burmistrz jednej z dzielnic Warszawy: – Przyjechał o trzeciej w nocy, z jakimś kolegą i zażądał trzech blondynek o dużych piersiach. Akurat w tym czasie większą grupę dziewczyn stanowiły brunetki, więc to je zaproponowałam. Facet lekko się skrzywił, ale kazał „dostarczyć” je do pokoju umyte i ubrane w coś z lateksu. Dziewczyny założyły jakieś lateksowe szmaty, wzięły pejcz i udały się do pokoju klientów. Co się tam działo, to szkoda gadać. Po 10 minutach dziewczyny zaczęły krzyczeć i „Mufi” wywalił obu tych gości – wspomina Anna – Jak się potem okazało, kolega burmistrza wyjął pijawki i chciał zabawiać się nimi z dziewczynami zamiast wibratora. Burmistrz natomiast zamierzał nagrzaną metalową pałkę wkładać dziewczynom w pochwę i robić zdjęcia.
Po miesiącu takiej pracy i oglądania nafaszerowanych narkotykami dziewczyn, które często były gwałcone, Anna postanowiła znaleźć normalne zajęcie. To jednak nie było takie proste, jak się łudziła: – Z gangu można wyjść tylko nogami do przodu.

Gangsterskie porachunki

Wojciech S. ps. „Kierownik” nie był zachwycony jej planami i zaproponował Annie inny, tym razem ponoć legalny interes. Miała być menadżerem w jego dyskotece w podwarszawskim W.
– Umowa o pracę, wysoka pensja i określone godziny pracy, te warunki przekonały mnie do jej podjęcia. W tym czasie zaocznie studiowałam anglistykę – wyjaśnia dziewczyna.
Sielanka była jednak chwilowa. Po 2 miesiącach pracy – 15 marca 2007 roku, około 5. rano – do dyskoteki zawitało 4 napakowanych mężczyzn. W tym czasie w lokalu została już tylko Anna P. i „Kierownik”. Ten, widząc nieproszonych gości, chciał uciec przez okno.
Dziewczyna była w tym czasie na zapleczu i z bocznej wnęki obserwowała sytuację. Jeden z bandytów potężnym ciosem powalił na ziemię Wojciecha S., drugi stanął na jego głowie, a dwóch pozostałych obserwowało spokojnie przebieg zdarzenia.
– Masz trzy dni na oddanie „Daxowi” forsy. Po tym terminie szukaj swojej dupy w Wiśle, bo głowę dostanie szef – zaśmiał się ten, który przyciskał głowę Wojciecha S. do podłogi. Gdy ten próbował coś mówić, gangster znowu mu przerwał: – Jest niedobrze, bardzo niedobrze. Chciałeś swoich wyrżnąć na trzysta tysięcy, a tymczasem to ciebie będą rżnąć niedługo sumy w Wiśle. Teraz to my przejmujemy „La Stradę” (nazwa dyskoteki – przyp. red.), a reszta jest na przydziale „Ożarowa”. Będzie kasa będzie rozmowa, nie będzie kasy, nie będzie rozmowy – podsumował. Zanim wyszli, pozostałych trzech dość mocno pobiło Wojciecha S.
Według podejrzeń Anny, chodziło o dług, który jej przyjaciel miał u szefa gangu mokotowskiego, Zbigniewa C. ps. „Dax”. Prawdopodobnie Wojciech S. ps. „Kierownik” i jego koledzy nie rozliczyli się z wpływów z dyskotek. Ponadto nie podzielili się z „Daxem” pieniędzmi ze sprzedaży kokainy i amfetaminy.
Anna postanowiła spakować wszystkie swoje rzeczy i wrócić do domu. Już wtedy powiedziała ojcu, jak wyglądają interesy jej szefa. Marek P. powiadomił kolegów z centrali CBŚ. Okazało się jednak, że śledczy już od pewnego czasu prowadzili w tej sprawie własne śledztwo. Postanowiono jednak, że jako Malina Z. dalej będzie uczestniczyć w tej akcji.

Rozłam w Mokotowie

Gdy Anna wracała -15 marca 2007 roku – z dyskoteki, drogę zajechało jej czerwone porshe Marcina S. Gangster jechał razem z Karolem R., ps. „Karol”, który właśnie powrócił z Peru. Sytuacja, jak się potem okazało, była ustawiona, gdyż kilka minut wcześniej do Marcina S. zadzwonił Wojciech S. z prośbą o zaopiekowanie się jego przyjaciółką.
W tym środowisku normą było „oddawanie” swoich dziewczyn pod opiekę innych gangsterów, jeśli zmuszała do tego sytuacja. Puszczenie wolno takiej kobiety mogłoby skończyć się dla mafiosów zgubą, gdyby taka postanowiłaby związać się z ich konkurencją (czytaj: z „Pruszkowem” bądź „Wołominem”) albo zbratać z policją. Dlatego Marcin S. zaproponował Annie wszelką pomoc. Tymczasowo miała zamieszkać w wilii Karola R. Gdyż Tamara K., nie zgodziła się, aby Anna mieszkała razem z nią i Marcinem w ich domu. Była o chłopaka chorobliwie zazdrosna – bez wzajemności.
Karol R. – na polecenie szefa gangu mokotowskiego „Daxa” – przywoził z Peru spore ilości narkotyków, które następnie trafiały do warszawskich, łódzkich i katowickich salonów. Z Marcinem S. tworzyli nieodłączną parę bliskich współpracowników „Daxa”.
„Karol” zarobkował na różne sposoby. Sprzedawał m.in. towar kradziony z tirów np. transport eleganckiej bielizny wartej pół miliona złotych. Ponoć miał handlować bronią i podrabianymi banknotami euro, które sprowadzał z Czech. Dostawcami byli gangsterzy z Bałkanów.
Interesy szły dobrze. Jednak za sprawą Wojciecha S. sytuacja mocno się skomplikowała. Już wtedy jednak pozycja „Daxa” była bardzo osłabiona i wielu jego ludzi zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa Karol R. i Marcin S. oraz Piotr S. ps. „Sajur” postanowili wykorzystać tę sytuację i wzmocnić swoje wpływy. Zamierzali podburzyć przeciwko „Daxowi” stary „Ożarów” oraz zjednać sobie „Pruszków”.
W okresie układania tych planów przez mokotowskich gangsterów, Anna z Karolem tworzyli już oficjalnie parę. W nocy 26 maja 2007 roku była świadkiem zdarzenia, które utwierdziło ją w przekonaniu, że jej przyjaciel działa przeciw „Daxowi”.
– Usłyszałam dochodzące z piwnicy domu głosy. W pobliżu nie było Karola, nie mogłam też znaleźć ochroniarza, który patrolował teren posiadłości. Po cichu zeszłam do piwnicy. Tam było kilku mężczyzn w kominiarkach, którzy pakowali coś szybko do czarnego, lateksowego worka. Okazał się, że jest tam Norbert D. ps. „Szlugu”, który razem z „Sajurem” i Karolem rozdysponowywali między sobą skradzione z tirów przedmioty.
Obok łupów z kradzieży, w walizce leżało około 300 tysięcy złotych, z których oni i ukrywający się „Kierownik”, mieli rozliczyć się z „Daxem” za wcześniejszy przemyt amfetaminy. Pieniądze te pochodziły głównie od gangu ożarowskiego.

Zakopią ją żywcem

Karol R. nie zamierzał jednak rozliczać się z „Daxem” – twierdząc, że towar z Ukrainy był trefny i nic nie zarobili. Zaś „Dax” nie planował podarować 300 tysięcy złotych i dał Karolowi ostrzeżenie – podpalając jego samochód: – Karol nie przejął się jednak groźbami swojego byłego już szefa i razem z innymi postanowił rozprawić się z bossem. – opowiada Anna.
Wciąż jednak brakowało Wojciecha S., który po prostu zapadł się pod ziemię, w czym – według mafiosów – maczał palce „Dax”. W ramach odwetu Karol R. wraz z Norbertem D. ps. „Szlugu” porwali kochankę szefa, Amandę D. Zagrozili, że zakopią ją żywcem w lesie, jeśli „Dax” nie zaprzestanie wtrącać się w ich interesy.
– „Dax” tym razem odpuścił i zgodził się na propozycję, ale tak naprawdę nie zamierzał im tego darować – ocenia Anna – Zlecił Robertowi Ż. zlikwidowanie Karola R., za 200 tysięcy złotych. Snajperem okazał się dawny chłopak mojej siostry Ewy.
Robert Ż. ostrzegł Annę i Karola o planowanym na nich zamachu. Po czym już więcej nigdy się nie odezwał.
11 czerwca 2007 roku Anna wybrała się na zakupy do pobliskiego marketu, ale już do niego nie dotarła. Po drodze do samochodu zgarnęli ją agenci z CBŚ, wśród których był jej ojciec. Poinformowano ją o dacie planowanego zatrzymania, i poinstruowano, jak ma się zachowywać podczas samej akcji, aby się nie odkryć.

Zabić kapusia

20 czerwca 2007 roku Karol R., Piotr S., ps. „Sajur” oraz Norbert D., ps. „Szlugu” spotkali się w wilii zaginionego Wojciecha S., ps. „Kierownik”, aby zastanowić się, jak ukarać „Daxa”, którego podejrzewali o zabójstwo „Kierownika”. Była z nimi Anna.
Dziewczyna dzień wcześniej spotkała się w pobliskim lesie z oficerem śledczym, który poinformował ją, że jeden z ludzi „Daxa” ją śledzi i podejrzewa o współpracę z „centralką” (CBŚ – przyp. red).
Tymczasem rozmowa gangsterów przebiegała dość spontanicznie. Paweł S. zaproponował kolegom kupno sporej ilości broni od zaprzyjaźnionego Ukraińca. Gdy rozmowa zeszła na transport ikon z Sankt Petersburga, do Norberta D. zadzwonił Janusz M. ps. „Jarek”. Mówił, że mają na ogonie szpicla. Jednak to nie Annę podejrzewano o kontakty z policją. Januszowi M. udało się wytropić w Szwecji zaginionego Wojciecha S., który według niego miał donosić na kolegów.
– Poinformował kumpli, że wiezie go do nich łącznie z kasą, którą Wojtek zwinął wcześniej innemu gangsterowi, i zapytał, co ma zrobić w tym temacie – relacjonuje kobieta – Mężczyźni po dłuższej naradzie stwierdzili, że kapusia należy po cichu zlikwidować. Zgodnie z wcześniej umówionym hasłem, dała znać oficerom CBŚ, aby rozpoczęli akcję.
– Chłopaków od razu powalono głowami do ziemi i skuto kajdankami. Mnie samą także położono na glebie, ale ubrali mi przy tym kominiarkę – wspomina Anna P. – Karol i reszta, zaraz po zatrzymaniu wpłacili gigantyczne kaucje i wkrótce wyszli na wolność.
Nie na długo. W kwietniu 2008 roku – tuż po ujawnieniu istnienia listy śmierci – Karol R. i 19 członków grupy mokotowskiej zostało ponownie zatrzymanych.

Koniec gangu

Z wiedzy operacyjnej policji wynikało, że to właśnie Karol R. miał odpowiadać na przełomie 2007 i 2008 roku za przygotowanie zamachów na prokuratorów i policjantów rozpracowujących gang mokotowski. „Mokotów” stworzył wówczas dwie listy śmierci. Na pierwszej znaleźli się skruszeni członkowie gangu i ich rodziny, a także kilka osób z konkurujących z Mokotowem gangów, w tym śmiertelny wróg grupy Rafał S., ps. „Szkatuła”. Na drugiej liście było dwóch ostrołęckich i dwóch warszawskich prokuratorów oraz policjanci z CBŚ, rozpracowujący „Mokotów”. Gangsterzy chcieli nawet porwać jednego z oficerów CBŚ, aby torturami wymusić wszystko co wie o sprawie i kto jest rozpracowywany. Później policjant zostałby brutalnie zamordowany. Prokuratorów planowali zastraszyć bombami, a gdyby nadarzyła się okazja, to nawet dokonując na nich zamachów. Nikomu jednak nigdy nie postawiono zarzutów w sprawie list śmierci.
– „Karol” był bardzo ambitny. W 2006 roku wymyślił sobie, że porwie a później zabije „Daxa” i zajmie jego miejsce w gangu. Zaczął namawiać Huberta W. aby ten uprowadził bossa, ale on się nie zgodził – zeznawał w sądzie jeden z bandytów.
Zbigniew C. ps. „Dax” nie został zatem odstrzelony przez kamratów. Oskarżono go o kierowanie w latach 2005-2007 grupą zbrojną o charakterze przestępczym – został skazany przez sąd na 15 lat więzienia. Pozostałych czterech oskarżonych w tej sprawie usłyszało wyroki od 1,5 do 12 lat więzienia.
Piotra S. ps. „Sajur” skazano na 3 lata pozbawienia wolności, gdyż – jak uzasadniał prokurator – dowody nie wykazały jednoznacznie jego organizacyjnej przynależności do żadnej z grup.
Wojciech S. ps. „Wojtas” vel „Kierownik” został zatrzymany w lipcu 2008 roku. Wiadomo, że działał w tzw. grupie „obcinaczy palców”. Potem rządził gangiem mokotowskim po zatrzymaniu jego przywódców, Andrzeja H., ps. Korek i Zbigniewa C. ps. „Dax”. Policja uważała, że od niego wyszły zlecenia uprowadzeń policjantów i prokuratorów prowadzących śledztwo przeciwko grupie mokotowskiej. Przedstawiono mu zarzuty kierowania grupą przestępczą, zlecenia zabójstw, posiadania broni palnej, materiałów wybuchowych, uprowadzenia dla okupu, handlu znacznymi ilościami narkotyków. Wojciech S. – zdaniem policjantów – to najgroźniejszy ze wszystkich zatrzymanych przez CBŚ przestępców, działających w grupie mokotowskiej. „Kierownik” został też oskarżony o podżeganie do zabójstwa Janusza M., ps. „Jarek”, który był wtyczką „Daxa”.
Pełne rozbicie gangu mokotowskiego miało miejsce 19 kwietnia 2009 roku, kiedy 250 policjantów wraz ze snajperem na pokładzie śmigłowca, zatrzymało 20 osób z gangu mokotowskiego.
***
Anna P. nie została policjantką – mimo, że jej to proponowano, zrezygnowała również z zawodu dziennikarza. Zajęła się czymś bardziej przyziemnym. Założyła własny biznes w branży tekstylnej i razem z nowym narzeczonym zaczęła nowe życie w jednej z bogatych dzielnic Warszawy.
Sielanka trwała w najlepsze, aż do pewnego lipcowego poranka, kiedy to do drzwi ich domu zastukał Marcin S. Jak się okazało, był on dobrym kolegą narzeczonego Anny, Macieja B., z którym od dwóch lat prowadził klub nocny, należący wcześniej do „Kierownika”. Złe „duchy” z przeszłości wracały. Postanowiła od nich uciec.
Od kilku lat Anna mieszka na stałe w jednym z krajów skandynawskich.
– Nie zamierzam wracać do Polski, wiem, co by mnie tam czekało – zastrzega kobieta.

logo REPORTER

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ